Anitus3-miałam podobne wymiary(tak, to już czas przeszły)-164 wzrost, waga w "szczycie" 85kg.Jakieś....11 lat temu zaczęlo mi to przeszkadzac.Wróc...pierwszy raz pomyślałam, że jestem po prostu gruba.Postanowiłam coś z tym zrobić.No cóż, moją ulubioną dietą na tamte czasy była:"Od jutra".Miałam też inne, lubiane nie mniej-"Od poniedziałku", "Po imieninach", "Po Świętach".Efekty byly... w postaci następnych kilogramów.Przy moim wzroście waga 85 kilogramów to była męczarnia.Powiem (napiszę)prosto-nawet podtarcie tyłka zaczynało być wyczynem.O względach estetycznych nie napiszę, bo o jakiej estetyce mowa?Sadło maskowałam coraz szerszymi swetrami, lato było zmorą.Przez jakieś dwa lata zabierałam się do odchudzania, czytałam, były nawet jakieś tablety, co to niby szybko i skutecznie...skutecznie to mój portfel dostawał zawału w aptece.Bo wiesz, pewnie mózg też był tłuszczem obrośnięty, co utrudniało myślenie.Żarłam więc i tablety i żarło.O losie!!!9 lat temu jedna z moich koleżanek z pracy(bardziej turlała się niż chodziła, więc "swoja "była)przyszła do pracy z pudełkami wypełnionymi jedzeniem...???.Kopenhaska.Dała jadłospis oraz wtyczne i wytyczne.Poległam przy zdaniu, w którym nakazywano ścisle przestrzegać jadłospisu, żadnej kawy pomiędzy, żadnej gumy do żucia.NIC.To nie dla mnie.W bardzo krótkim czasie, nie chcę wymyślać, nie pamiętam, utrata wagi u koleżanki zaczęla być widoczna.Myśle,ze po tygodniu wszyscy zaczęli prawić jej komplementy, a mnie zżerało.Szukałam, myślałam, czytałam.Zdecydowałam się na 1000kcl.Kalorii trzymalam się mocno, czasami przeginałam w drugą stronę.Jedynym "grzechem" było jedzenie wieczorem.Oszczędzałam kalorie w ciągu dnia, żeby nie kłaść sie do łóżka z pustym żołądkiem.Było ciężko.Zamykalam oczy i widziałam jajka w majonezie, pajdy razowego chleba, pachniala mi pieczona biała kiełbasa.Udało się.Odchudzanie zaczęłam w maju, w Sylwestra ważyłam 54 kg-7 miesięcy i 31 kilogramów sadła pooszlo.Oczywiście ćwiczyłam, ślubny widząc moją determinację wyczarował mi maszynerię do ćwiczeń mięśni brzucha i nóg.Czułam się wspaniale, lekko......za to wyglądałam na wychudzoną.Z biegiem lat zaczęłam sobie pozwalać na wiecej chleba(jadam od dziecka tylko ciemne pieczywo).I jeszcze więcej chleba.Słodycze nie są dla mnie problmem, mam na nie ochotę naprawde bardzo rzadko.Nie lubię owoców.Uwielbiam warzywa.Wydawać by się mogło-świetnie, ciemne pieczywo, warzywa, nic, tylko trzymać wagę.Gó...o prawda.Jasne, ciemny chlebek zdrowy, nie tuczy...pod warunkiem, że jada sie kromkę,dwie, a nie pół.Tak, tak.Potrafiłam, a jakże.Kilka kromek, pięknie grubych (nie kupowałam krojonego, bo kromki byly za cienkie), jajeczko,majonezik, szczypiorek....i tak moglam na śniadanie, drugie śniadanie, obiad, podwieczorek i kolację.Slubny pasta z makreli, ja tez, ale na wierzchu majonez.I chlebek, dużo i czarny.Ubiegłoroczne lato bylo torturą.Waga- 82.Tylko wielkanocna szynka wygląda apetycznie ściśnięta sznurkiem.Mężowskie T-shirty zaczęły się robić za ciasne.W szafie tyyyyyyyyle ciuchów, a ja ledwo dopinam się w niedawno kupione spodnie.Niedziela, może spacer?Nie, głowa mnie boli.Poszłaby, ale.........się wstydzę.Sylwester.Jestem z córką na zakupach.Przymierzalnia........stoję i wyć mi sie chce, bo już się rozmiary skończyły....pójdę chyba w koszuli nocnej.Tak wiem, muszę schudnąć.........ale to "Po Sylwestrze".Moja ukochana dieta!!!Przecież schudnę, wiem ,jak to zrobić, już raz mi się udało.Do lata daleko, w zimowych kurtkach nie wygladam najgorzej....o , tamta jest jeszcze wieksza.To co na kolację?Kanapki, dużo, dobre, kolorowe....mój żoładek osiągnął rozmiar wiadra.Teraz będzie od serca i nieapetycznie.Kwietniowa niedziela, nażarłam się( nie najadłam tylko nażarłam)tak, że miałam wrażenie, że pęknę.Absolutnie mi to nie przeszkadzało,bylo, powiedziałabym, błogo.W poniedziałek rano kawusia, papierosek i czas przywitać WC.Uffffff.To może się zważę....eeeeeee,nieeeeee......a jednak.86!!!!!Szok!!!!Koniec żarcia, koniec chleba.Po pracy zakupy, wracam na 1000.Dziś ważę 63 kg.W 5 miesięcy 23 kilogramy.Chciałabym do końca roku dojść do 60 i wystarczy.A potem chciałabym tą wagę utrzymać.
Na dzień dzisiejszy nie liczę kalorii z uporem maniaka.Bywa, że jest 1200, zdarza sie i 1800,ponad 2000 też.Całkowicie wyeliminowałam pieczywo, ponieważ to mnie gubi.Jak widzę chleb, to nie mogę się powstrzymać.Po prostu nie kupuję.Małżonek woli bułki, ewentualnie chleb pszenny, którego ja wprost nie znoszę, jak mam zjeść bułkę, to mam wrażenie, że zęby mi sie korzeniami wywracają, aż do bólu.Dla ślubnego gotuję obiady normalnie, sobie raz w tygodniu i mrożę w pojemniczkach.Co jadam?Przykładowy mój dzień(dziś):
Zawsze rano pijam kawę.Nie jest to w żadnym wypadku jakaś dieta.Pijam kawę od zawsze,czarną i gorzką, rano nie jestem w stanie nic przełknąć.
Śniadanie:
-3 razowe sucharki, posmarowane cienko na smak serkiem Almette, troszkę wędliny-dziś była jakaś polędwica drobiowa, kilka pomidorków koktailowych, kilka pasków papryki
II śniadanie:
-jogurt kokosowy
Obiad:
-porcja(odważona-200 gram)mojego przygotowanego kilka dni temu jedzonka.Skład:pierś z kurczaka,marynowana w sosie sojowym(300 gram), krótko przesmażona w woku na oleju orzechowym, papryka sztuk 3, cukinia sztuk 2, mango, kilka ząbków czosnku, marchewka sztuk 3.Wszystko pokrojone w zapałkę, przesmażone w woku.Na koniec makaron, kupuję taki specjalny do woka, też mniej więcej długości i grubości zapałki.Makaronu daję na taką porcję warzyw okolo 100 gram (suchego, przed namoczeniem).Całość doprawiam słodkim sosem chili oraz dolewam 150 ml mleka kokosowego.Wychodzi spokojnie 7 porcji na cały tydzień.
Do tego surówka, pomimo, ze to prawie same warzywa, bez surówki nie zjem.Dziś była sałata lodowa.
Podwieczorek:
Raczej nie jadam, bo nie jestem głodna.Piję kawulca, czasami skubne od ślubnego tak na gryza jakiegoś wafelka lub herbatnika
Kolacja:
-Wędzony pstrąg bez skórki, nie wiem dokładnie ile, myśle, ze z pewnością okolo 150-200 gram.Do tego kopiec lodowej z pomidorem, szczypiorem, ogorkiem.Dziś polałam jogurtem wymieszanym ze słodka musztardą,chyba ona jakoś bawarska się nazywa.
Tak jadam.Może źle, może niezdrowo.Wiem ,czego mam się wystrzegać.Jeśli mam ochotę na coś słodkiego nie mam zahamowań, nie mam wyrzutów sumienia.W niedzielę zawsze idziemy na spacer i lody.2 gały.Pyszności.
Prawie każda z moich koleżanek czy znajomych była kiedyś na diecie.Dużo dyskutowałyśmy, każda ma jakieś dośwadczenia.To, co jest dobre dla mnie, niekoniecznie będzie dobre dla Ciebie.
Jeśli Twoja waga nie spada i nie jest to spowodowane problemami zdrowotnymi, to moim skromnym zdaniem Twój sposób żywienia nie jest dla Ciebie odpowiedni.Czytałam co jadasz.....przede wszystkim wyrzuciłabym banany.Następna sprawa-jakie to są ilości?Bo wiesz-ziemniaki z mięsem to jednak nie to samo co 2 ziemniaki i 100 gram piersi z kurczaka.Osobiście-nie łączę mięsa z ziemniakami,wolę kawalek mięsa z surówką.
Ależ sie rozpisałam.Mam nadzieję, że nie nudziłam i ktoś odważy się przez to przebrnąć.
Tak czy inaczej trzymam kciuki.Ja dałam radę i wierzę, że każda z nas potrafi.
Pozdrawiam i przepraszam za tak długi wpis.
Małgorzata