Od zawsze uwielbiałam podziwiać męskie wdzięki. Nic nigdy nie sprawiało mi takiej przyjemności jak obserwowanie przystojnego chłopaka/mężczyzny z daleka i zastanawianie się, jaki to on może być. Zdarzało mi się popadać w niezbyt częste, ale silne zauroczenia, tak na odległość jak i z bliżej poznanymi osobami. Subtelne uwodzenie, flirt czasami nawet okazywanie sobie czułości - taka byłam. Wszystko to trwało zawsze do momentu w którym zauważałam, że obiekt moich westchnień jest już mną bardziej zauroczony niż ja nim. Wtedy automatycznie jak ręką odjął traciłam całe zainteresowanie. Przestawałam dostrzegać zalety tej osoby, za to nagle widziałam wyraźnie wszystkie wady. Wtedy zaczynały się uniki z mojej strony. Byłam zawstydzona i czułam się przez to podle. Nie wiedziałam co o tym myśleć "przecież tak bardzo go lubiłam, tak bardzo mi się podobał, tak bardzo byłam szczęśliwa... więc co jest ze mną nie tak?". Zawsze bardzo pragnęłam miłości, więc dlaczego nie pozwalam jej zaistnieć? No ale przecież moje zauroczenia były tylko zauroczeniami, więc mogłam myśleć, że gdy pojawi się prawdziwa miłość to nie ucieknę.
Zawiodłam się. Pojawił się ON. To była czysta przyjaźń trwająca ponad rok. Pokochałam go jak brata - żyłam tą miłością. Okazało się, że on również mnie pokochał, ale nie jak siostrę. Po pewnym czasie zrozumiałam, że moje uczucie się rozwinęło. To była miłość, która zrodziła się z przyjaźni i wsparcia. Nie nazywaliśmy tego po imieniu, okazywaliśmy sobie czasami czułości, byliśmy o siebie zazdrośni, a emocjonalnie już bliżej być nie mogliśmy - szczęście w nas rosło. Nigdy do nikogo nie czułam czegoś tak intensywnego i tak szczerego.
Jakiś czas temu zauważyłam to, że jego uczucie mnie przygniata, mam wrażenie, że on zrobiłby dla mnie wszystko. Zawsze stara się mi pomóc z całych sił. Widzę to jak bardzo mu na mnie zależy i widząc to jego czułe spojrzenie, mam wrażenie, że jemu zależy na mnie nawet bardziej niż mi na nim. Niby powinnam być z tego powodu szczęśliwa, ale nie jestem. Zaczął nazywać rzeczy po imieniu. Czuję, że to coś oficjalnego. Czuję się jak na smyczy. Czuję, że spoczywa na mnie wielka odpowiedzialność, że to coś poważnego. Nie podoba mi się to. No, ale kto się nie boi czasami odpowiedzialności prawda? Tyle, że to akurat najmniejszy problem.
...Moje uczucie jakby wyparowało. W momencie gdy sobie uświadomiłam to wszystko, ono jakby zniknęło. Przecież to chore... przecież to niemożliwe żeby tak nagle przestać coś do kogoś czuć. Po takim czasie i to coś aż tak silnego... Moje istnienie opierało się na tej miłości więc jak ona mogła wyparować? jeszcze gdyby to był jakiś zwykły romans ale on był przecież także moim najlepszym przyjacielem o którego się zawsze troszczyłam. Nie wiem co mam zrobić. Odczuwam wewnętrzną potrzebę zostawienia go, ucieknięcia i nie oglądania się za siebie. Pozytywy już zniknęły z przed moich oczu, a widzę teraz tylko to co szare i czarne. Ciąży mi to, chce odrzucić ten związek. Chce odrzucić człowieka, który mi pomógł w najtrudniejszych chwilach, który mnie potrzebuje, który mnie kocha, który spędził ze mną dwa lata. Co mam zrobić? Czuję się jak potwór niezdolny do miłości. Moje uczucie do niego się rozmazało i nie sądzę żebym kiedykolwiek była zdolna je odzyskać lub pokochać kiedykolwiek kogokolwiek innego. Chcę uciec. Ale nie chcę go zranić. Co powinnam zrobić? Boję się samej siebie. Mam w głowie obraz siebie za kilkadziesiąt lat: starej, samej jak palec, zgorzkniałej i wzdychającej do jakiegoś całkowicie niedostępnego pięknego mężczyzny (może to jedyne do czego jestem zdolna?)