Cześć dziewczyny!
Nigdy wcześniej nie udzielałam się na żadnych forach, ale już nie wiem co mam myśleć, dlatego zapytam was o zdanie. Mam wrażenie, że los mnie pokarał za przeszłość.. ale do rzeczy.
Moja historia wygląda następująco:
Mam 19 lat, i jestem z moim chłopakiem oficjalnie od roku. Znamy się 4 rok. On przez pierwsze lata liceum był moim najlepszym przyjacielem, na początku nie postrzegałam go jako potencjalnego partnera dla siebie, czego nie można powiedzieć o jego stosunku do mnie jak się potem okazało.. On bardzo się starał, żebym zmieniła swoje podejście do niego, był strasznie strasznie zakochany i wszyscy to widzieli poza mną na początku. Ja trochę bałam się wejść w związek i w sumie nie wiedziałam czy będę w stanie odwzajemnić jego uczucia, czy nie zniszczymy tylko naszej przyjaźni, ciągle mi sie wydawało, że on nie jest jednak w moim typie. Ale mój chłopak był bardzo wytrwały... I tak był zawsze przy mnie, najwspanialsza osoba jaką znam, walczył o każdą chwilę spędzoną ze mną a ja ciągle trzymałam go trochę na dystans.. Ja naprawdę na to nie zasługiwałam, tyle czasu się wahałam.. Ale wreszcie po roku jego starań stwierdziłam, że dam nam szansę, bo zauważyłam, że podświadomie szukam z nim ciągle kontaktu, że tęsknię i może coś z tego będzie. Nie znałam żadnego chłopaka o takim charakterze, który miałby tak solidny system wartości, który byłby tak wytrwały, taki gotowy do poświęceń tyle czasu. I on bardzo dobrze zawsze traktował dziewczyny.
Jak tylko opuściłam moją 'bariere bezpieczeństwa' i dopuściłam go do siebie, pozwoliłam na bliski kontakt, na początku na przytulenie, pocałunki, trzymanie za rękę.. był bardzo ostrożny i delikatny i zawsze sprawdzał moje przyzwolenie na kolejne kroki.. moje nastawienie do niego zmieniło się o 180 stopni.. w życiu chyba tak bardzo nikogo nie kochałam, nawet rodziny. Kiedy się do niego zbliżyłam to dopiero to zrozumiałam. On był mega szczęśliwy, że się udało, pytał kiedy może znowu przyjść, kiedy możemy gdzieś wyskoczyć, czy może ja wpadnę do niego. Bardzo o mnie dbał. Ja też chciałam mu się odwdzięczyć..
Sama zaczęłam też wychodzić z inicjatywami spotkań, byłam nim zafascynowana, zakochana. Zupełnie mnie to zszokowało jak bardzo wszystko się zmieniło. Chciałam mu wynagrodzić ten trud, i pokazać, że też bardzo kocham..
Ale obecnie, po 10 miesiącach bycia razem, sytuacja wygląda bardzo dziwnie... wiadomo, że nie zawsze było kolorowo. Ale teraz on nagle nie ma dla mnie w ogóle czasu.. Mimo że są wakacje, przez ostatnie miesiące widujemy sie tylko około raz w tygodniu (czasami nawet tyle nie mógł znaleźć.. Nawet w weekendy) .. O każde spotkanie muszę sama prosić, pytać.. Jakby przestało mu zależeć.. Mam wrażenie, że im więcej chcę dać od siebie, tym bardziej on obojętnieje?? Dodatkowo coraz częściej się kłócimy. Zaczęły mu przeszkadzać moje cechy charakteru jakie posiadam od dawna, m.in nieśmiałość, niechęć do obcych ludzi, niska samoocena. Kilka razy przy naprawdę poważniejszych kłótniach groził, że się zabije, bo on nie może żyć beze mnie.. z drugiej strony jednocześnie coraz bardziej mnie olewa, mam wrażenie, że spotkania ze mną traktuje jak jakiś obowiązek teraz. Robi problemy o totalne głupoty.. Bardzo łatwo się wkurza albo obraża, jakby wszystko co robię i mówię go denerwowało. Zawsze znajdzie powód, żeby nie przyjechać albo być później, zawsze coś jest ważniejsze ode mnie.
Po co tyle walczył o nas a teraz odpuszcza, niszczy to?? Dlaczego im bardziej ja sie staram, tym gorzej to wychodzi??
Czy to jest możliwe że on był typowym 'zdobywcą' i póki było coś do zdobycia do walczył.. ? A kiedy już wszystko co się dało zostało osiągnięte stracił zainteresowanie??
Czuje się trochę oszukana.. Ja nie ufam ludziom, mam złe przejścia.. ON był pierwszym któremu tak całkowicie zaufałam, uwierzyłam, że on poważnie mnie potraktuje, w końcu tyle czasu o mnie walczył.. Teraz mówi takie rzeczy, że uszom nie wierzę, że to słyszę od niego czasami.. Jeszcze niedawno żałowałam, że tak długo czekałam z dopuszczeniem go do siebie, teraz żałuję czasami, że na przyjaźni to się nie skończyło. Tylko teraz ja bardzo go kocham. I wydaje mi się ze to karma mnie dopadła, za to, że tak długo się wahałam i on się męczył, teraz ja będę cierpieć..
A może ja oczekuję zbyt wiele, utrzymania w miarę "równego" zaangażowania w związek obu stron? Może powinnam znowu zwiększyć dystans? Tylko teraz to już trudne.
Nie wiem co o tym myśleć.
Poradźcie dziewczyny.