Moja znajoma po 12latach małżeństwa ( obecnie kobieta 37lat) wdała się w romans. Nie trwał on długo, parę schadzek, później urwała kontakt. Swoje skoki w bok tłumaczyła tym, że z mężem oboje już nie czują do siebie takiej chemii. Chciała odejść, jednak nie potrafiła. Mąż jest jej najlepszym przyjacielem, wszystko sobie mówią, nierozłączna z nich para, nie potrafiła złamać mu serce.
Co w takiej sytuacji zrobić. Budować własne szczęście na czyimś cierpieniu i nieszczęściu? Czy jednak trzeba się liczyć z faktem, że po jakimś czasie nie sposób, żeby ten dziki popęd seksualny wygasł i być w związku opartym na przyjaźni i takim samym seksie co noc. W końcu każdy wie, że co nowe, to nas bardziej podnieca i inspiruje.