Była sobie bardzo młoda dziewczyna... Oto początek historii. Poznała chłopaka. Wielka miłość. Po dwóch latach - małżeństwo. Mieszkanie u teściowej, która nienawidziła synowej. Awantury, wypędzanie, ubliżanie. Świeżo poślubiony mąż boi się wtrącać. Tu matka, tu żona. Więc gehenna trwa nadal. I żeby nie wzajemna miłość małżonków, nic by dalej nie było. Może i lepiej? Potem - dziewczyna w ciąży. Ale nie donosiła. Tragedia, dzieciątko zmarło, a dziewczyna sama ledwo uszła z życiem. Po niedługim czasie rodzi znowu. Ale dzieciątko bardzo chore. Parę miesięcy w szpitalu. Ale przeżyło! Dziewczyna bardzo je kocha. Za bardzo. Mąż chyba robi się zazdrosny o tę miłość. Nie pomaga przy dziecku. Ważniejsi koledzy. Po paru latach, nadzieja na lepszy los! Wyprowadzka do własnego mieszkania! Ale zaczynają się coraz częściej nieporozumienia. Mąż ciągle wszystko krytykuje. Przeważa w nim despotyczne zachowanie. Strach się sprzeciwić. Ale bywają też dobre chwile. Wraca uczucie, łączy seks... I potem znowu krytyka. Że żona źle wychowuje dziecko i różne inne pretensje. Czasami dołącza się alkohol i wtedy lepiej siedzieć cicho. Żonę męczy już wtedy bardzo to podporządkowanie się mężowi. Nieraz strach odmówić, np. pójścia do znajomych, bo jak mąż ma ochotę iść, to i żona MUSI. Inaczej może oberwać /co miało nieraz miejsce/. I tak mijały lata. Dziecko dorosłe źle trafiło i się rozwiodło... Następna okazja do krytyki. Ale żona już ma DOŚĆ! W dodatku nie ma już swojej rodziny i nikogo prócz męża i "dziecka". Znajomości się pourywały... I co ma robić teraz? Choć dobrze wygląda /mimo wszystko/, zdrowie /o dziwo!/dopisuje, nadal pracuje/a praca dobra/, to w sercu pustka i żal..
Podobne tematy
" stare...lecz niestety nie nazwałabym go dobrym małżeństwem"
widzę nieszczęśliwą kobietę która boi sie własnego męża więc często woli po prostu siedzieć cicho...
Co ma teraz robić? zająć sie własnym życiem, sobą, wlasnymi przyjemnościami! Moze czas najwyższy by zacząć cieszyć sie zyciem by zrobic coś dla siebie? Moze warto byłoby sie zastanowić nad sensem tego małżeństwa bo zamiast ciepła i miłości mozna wyczuć strach i obawę.
Plakac mi sie zachcialo. TO wszystko, o co opisalas to moj najwiekszy strach zycia. Moge nie pojsc na studia, moge miec beznadziejna prace.. ale wlasnie tego sie boje i dokladnie TO widze przez oczami z kazdym facetem. Z kazdym rozstaje sie po kilku miesiacach.
Z wlasnej perspektywy, jak uwazasz - lepiej byloby nie wiazac sie z wlasnie tym mezczyzna, czy nie mieszkac z tesciowa, czy zwiazac sie z kims innym? Gdzie byl pierwszy blad?
Odpowiadam "Loveaellie." Raczej związać się z innym mężczyzną, a może ... nie wiązać się wcale.. To los na loterii! Więc nigdy nie wiadomo na kogo się trafi. Jak w filmie " Forrest Gump" który powiedział : "życie jest jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz co ci się trafi"! Wady napewno mają obie strony, lecz czy związek to tylko podporządkowanie się drugiej osobie, przyjmowanie ciągłej krytyki, strach czy zrobiło się dobrze czy źle? Dziękuję wam za odpowiedzi. Czas wziąć się w garść. Tylko nie wiecie jaka jest reakcja małżonka, gdy powie mu się, że ma się już dość i myśli się o rozstaniu... Już kiedyś tak było, to trzeba było uciekać z własnego domu. A teraz siedzę i piszę i myślę że jak do tego ostatecznego rozwiązania dojdzie, to zostanę sama. W nie najlepszej sytuacji finansowej na przyszłość, gdyż wiadomo jakie są emerytury przeciętnych obywateli. Ale chyba coś za coś. Albo spokój i odetchnięcie pełną piersią, odzyskanie radości, o wiele mniej stresów, albo skromne, a może bardzo skromne życie i zdanie się sama na siebie.
I jeszcze dopiszę : albo, życie w strachu, stresie i z uczuciem "wypalenia". Bo z mojej strony nie czuję już w sercu prawie nic.
Ale to jest wrecz przerazajace, jak wiele par konczy tak, jak Wy. Dlaczego ludzie, ktorzy kiedys sie kochali, byli mlodzi i lekkoduszni, po kilkunastu/dziesieciu latach koncza w malzenstwach bez milosci? Jak tego uniknac?
Ale żona już ma DOŚĆ! W dodatku nie ma już swojej rodziny i nikogo prócz męża i "dziecka". Znajomości się pourywały... I co ma robić teraz? Choć dobrze wygląda /mimo wszystko/, zdrowie /o dziwo!/dopisuje, nadal pracuje/a praca dobra/, to w sercu pustka i żal..
No jak to co ma robić? MA ODWAŻYĆ SIĘ ŻYĆ! Ma postawić na siebie, ma rozejrzeć się wokoło, sprawić sobie przyjemność, wyjechać na chwilę, ma stać się zdrową egoistką, ma odejść od męża ...
Czasu nie wrócisz, przeszłość pełna wyborów, których dokonałaś, a cała przyszłość jeszcze przecież przed Tobą ...
Odpowiem najpierw Loveaellie. Otóż myślę że to kwestia narastających z latami problemów, które zmieniają człowieka, powodują narastającą frustrację. Poza tym życie pod jednym dachem też wyłania nie zauważone wcześniej cechy charakteru drugiej osoby. Np. żal, że gdy teściowa robiła piekło, to małżonek bał się, lub nie chciał reagować. Różnice w zapatrywaniach na różne sytuacje. Ze strony żony wieczna niepewność, czy dobrze robi... / ! /. W towarzystwie musiała uważać na każde słowo, by nie powiedzieć, czy nie poruszyć jakiegoś tematu niepotrzebnie... No i najważniejszy od wielu lat temat do kłótni, to wymierzanie kar cielesnych dziecku. Żona zdecydowanie przeciwna, a mąż bez tego nie widzi wychowania. Sam był bity przez matkę i może dlatego lubi tak reagować. Poza tym, ma do dziś pretensje o wychowanie, gdyż uważa że za dużo miłości, serca się okazało /nie z jego strony/. A dziś siedzi smutny, załamany, biedny, bo żona ma dość wszystkiego. Ale to nie do końca jego prawdziwa twarz. Bo czasem reaguje też i rękoczynami. Napewno i żona popełniła wiele błędów. Nikt nie jest idealny. Ale "kropką nad i" była ciągła dominacja ze strony męża. Bo niby dobry z niego człowiek, ale różnica zdań co do codziennego funkcjonowania i podejmowania różnych decyzji, jest nie do przebrnięcia. Żona i owszem, zawsze dużo serca okazywała dziecku /teraz dorosłemu/. Ale czy nie miała ku temu powodów? Dziękuję Sierpniowej za odpowiedź i wsparcie! Mądre słowa pozwalające mieć nadzieję że życie ma toczyć się dalej i więcej ma w nim być radości. Pozdrawiam serdecznie!
Odpowiem najpierw Loveaellie. Otóż myślę że to kwestia narastających z latami problemów, które zmieniają człowieka, powodują narastającą frustrację. Poza tym życie pod jednym dachem też wyłania nie zauważone wcześniej cechy charakteru drugiej osoby. Np. żal, że gdy teściowa robiła piekło, to małżonek bał się, lub nie chciał reagować. Różnice w zapatrywaniach na różne sytuacje. Ze strony żony wieczna niepewność, czy dobrze robi... / ! /. W towarzystwie musiała uważać na każde słowo, by nie powiedzieć, czy nie poruszyć jakiegoś tematu niepotrzebnie... No i najważniejszy od wielu lat temat do kłótni, to wymierzanie kar cielesnych dziecku. Żona zdecydowanie przeciwna, a mąż bez tego nie widzi wychowania. Sam był bity przez matkę i może dlatego lubi tak reagować. Poza tym, ma do dziś pretensje o wychowanie, gdyż uważa że za dużo miłości, serca się okazało /nie z jego strony/. A dziś siedzi smutny, załamany, biedny, bo żona ma dość wszystkiego. Ale to nie do końca jego prawdziwa twarz. Bo czasem reaguje też i rękoczynami. Napewno i żona popełniła wiele błędów. Nikt nie jest idealny. Ale "kropką nad i" była ciągła dominacja ze strony męża. Bo niby dobry z niego człowiek, ale różnica zdań co do codziennego funkcjonowania i podejmowania różnych decyzji, jest nie do przebrnięcia. Żona i owszem, zawsze dużo serca okazywała dziecku /teraz dorosłemu/. Ale czy nie miała ku temu powodów? Dziękuję Sierpniowej za odpowiedź i wsparcie! Mądre słowa pozwalające mieć nadzieję że życie ma toczyć się dalej i więcej ma w nim być radości. Pozdrawiam serdecznie!
Powiem brutalnie - nie masz racji pisząc, że to jest "niby dobry człowiek". Nie jest dobry. I nie mam na myśli różnicy zdań tylko rękoczyny. Tak, nikt nie jest idealny, wszyscy popełniamy błędy, ale rękoczyny są dla mnie niedopuszczalne.
Pretensje, że za dużo serca okazałaś własnemu dziecku ?! Nigdy tak nie myśl. Nie można własnemu dziecku okazać za dużo serca (pomijam jakąś chorą miłość do dziecka). Dobrze, że to robiłaś i rób nadal zwłaszcza jeśli dorosłe dziecko samo ma problemy osobiste. I zacznij żyć dla siebie skoro do tej pory tego nie robiłaś. Trzymam kciuki.
Dziękuję Luc. Zawsze myślałam że to ja robię wszystko źle, że winna jestem wielu rzeczom. Ale kilka postów które otrzymałam, otworzyły mi oczy bardzo szeroko. Dziękuję raz jeszcze i pozdrawiam!
11 2012-09-18 11:18:27 Ostatnio edytowany przez cisza to ja (2012-09-18 11:27:17)
Powiem brutalnie - nie masz racji pisząc, że to jest "niby dobry człowiek". Nie jest dobry. I nie mam na myśli różnicy zdań tylko rękoczyny. Tak, nikt nie jest idealny, wszyscy popełniamy błędy, ale rękoczyny są dla mnie niedopuszczalne.
Pretensje, że za dużo serca okazałaś własnemu dziecku ?! Nigdy tak nie myśl. Nie można własnemu dziecku okazać za dużo serca (pomijam jakąś chorą miłość do dziecka). Dobrze, że to robiłaś i rób nadal zwłaszcza jeśli dorosłe dziecko samo ma problemy osobiste. I zacznij żyć dla siebie skoro do tej pory tego nie robiłaś. Trzymam kciuki.
Dziękuję Luc. Zawsze myślałam że to ja robię wszystko źle, że winna jestem wielu rzeczom. Ale kilka postów które otrzymałam, otworzyły mi oczy bardzo szeroko. Dziękuję raz jeszcze i pozdrawiam!
'bagnaboch7
Nie ma ludzi niby dobrych i niby złych.
Są albo dobrzy i tych należy szanować, albo źli i od tych trzeba uciekać.
Każdemu zdarza się zbłądzić, ale to zbiór cech decyduje o charakterze, a błędy można naprawić.
Wyczytałam wcześniej, że mąż uprawia rękoczyny i stosuje terror psychiczny.
To wystarczy, żeby wiedzieć do jakiej grupy można go zaliczyć.
Siedzenie bezczynne i akceptowanie takich zachowań sprawia, że czujemy się nic niewarte.
W każdym wieku można i należy szukać pomocy.
Dopóki Ty na zewnątrz milczysz, dopóty on ma Ciebie w garści.
Co do mnie, to teraz oni cierpią, że ich władza nade mną skończyła się.
Zdążyłaś się zorientować, że miałam podobnie zwłaszcza w kwestii szukania przyczyn naszych niepowodzeń w sobie.
Ne ma w małżeństwie winy tylko jednego małżonka.
Oboje są winni tego co dzieje się w ich życiu.
On, że stosuje metody drakońskie, Ty że pozwalasz.
Pozdrawiam.
Zgadza się. Winę ponoszą obie strony. Ale ja już nie pozwalam. Lepiej późno niż wcale! Dziękuję ci za tych parę refleksji. Pozdrawiam!
Dobre malzenstwo to takie gdy jest w nim szacunek ,milosc, zaufanie, wsparcie , sa i klotnie bo nigdzie nie jest idalnie ale trzeba potrafic sie klocic nie uzywajac argumentow takich jak przemoc pokazania kto jest silniejszy ten ma racje !!
To co opisujesz czesciowo przypomina mi moje malzenstwo , ja juz jutro skladam pozew o rozwod i zycze Tobie z calego serca bys obudzila sie i otworzyla oczy tak jak ja ze zycie trzeba przezyc z usmiechem ze warto byc szczesliwym pomimo tego co czlowiek przezyl .
Wcześniej przeczytałam jeden z Twoich wątków /o podobnej tematyce/ i odpowiedziałam tam, że mi podoba się twój pomysł pójścia razem na terapię.
W tym wątku, zanim przeczytałam tamten też wypowiedziałam się.
No, tak się dzieje, gdy pozakładamy różne wątki, w których w sumie o to samo chodzi ![]()
Nie zmieniam zdania, że widzę Twojego męża jako przemocowca i należy moim zdaniem od takiego wiać, ale też nie zmieniam zdania, że jeśli zgodzi się na terapię małżeńską, to warto dać jemu i sobie szansę, bo na starość może nie warto drzew rozsadzać.
Witam ponownie! Dalej tkwię w tym małżeństwie... Brak mi silnej woli! Parę miesięcy temu, doznałam potłuczenia żeber. Szanowny małżonek popchnął mnie tak, że przewracając, uderzyłam się o fotel, w wyniku czego potłukłam sobie cały bok. Miałam rozległe siniaki. Tego dnia pojechałam /sama/ do szpitala, gdzie mnie zbadano i prześwietlono. Na szczęście żebra były całe. Miałam zawiadomić policję. Miałam... Ale wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Mąż kupił mi bukiet kwiatów i wręczył mi go razem z listem. Miłosnym! Przyjęłam przeprosiny, ale z łaski.. A może i z litości, bo bardzo przepraszał. Lecz do dziś mu tego nie wybaczyłam. Zbyt dużo wycierpiałam i fizycznie i psychicznie. A wogóle, to myślę że ten "pokaz", to był dlatego że groziłam mu policją. To typ człowieka "co ludzie powiedzą"! I myślę że dlatego takie przedstawienie odegrał. No i przez te parę miesięcy, między nami jest pozornie dobrze. Pozornie. On zmienił się w czułego mężulka, więc niby wszystko gra. Chciałam wykrzesać z siebie chociaż trochę uczucia. Bo nieraz to mi głupio, że on tak się stara, a ja - zimna jak lód. Nie potrafię pewnych rzeczy zapomnieć! Czy związek bez miłości ma sens?