Po 10 miesiacach zwiazku rozstałam sie z chłopakiem. Pierwszy kryzys mielismy półtora miesiąca temu, wtedy on chciał końca, bo jak twierdził nie ma czasu na zwiazek, zarzekajac ze bardzo mnie nadal kocha. Wtedy walczyłam, nie poddałam sie, pojechałam do niego i w koncu on sam wyciagał reke, mówił ze był debilem, ze jestem dla niego najważniejsza, ze te przyjazd nas uratował, ze on sie po prostu poddal. Powiedział mi tez, ze jedynym powodem tego, ze chciał to zakonczyć było to, ze myslał ze nie bede z nim szczesliwa. Wszystko było jak dwaniej, cudownie. Po miesiacu jednak, przestał sie prawie odzywac, po czym w koncu powiedział mi, ze tym razem to prawdziwy koniec, ze wtedy powinien był to zakonczyc, ze nie umie być w stałym zwiazku, ze by mnie skrzywdził, ze nie moze na siłe. Ale, zebym sie odezwała raz na jakis czas, bo chce wiedzieć, co u mnie.
Mnóstwo tu podobnych tematów i losów. Kazdy mówi - odejdz i zapomnij. Ale ja znowu nie wierze jego słowom, tak jak nie wierzyłam, w to ze nie ma czasu. Nie wierze, bo jeszcze nie tak dawno samo o wszystko wlaczył, mówił, ze nie chce tego popsuć. Czuje w sobie cos takiego, abym sie nie poddawała, nie wiem czemu. Moze to taki tradycyjny etap jak cos sie konczy, moze mam klapki na oczach, ale wiem, ze bez niego nigdy nie bede szczesliwa. Życie nauczyło mnie odróżniac miłosć od zakochania. Owszem boje sie tego, co bedzie, ale czuje, ze musze dac z siebie wszystko. I teraz pytanie do Was, jakie rozwiazanie wg was byłoby najlepsze w tej sytuacji? Przyjaźń? (trudno pocierpie najwyżej troche dłuzej). Powiedzieć mu ze nie sie poddam? Zniknać na jakis czas? Nie chce tylko, aby on to odebrał, jako zebranie o milosc, nie chce abym straciła w jego oczach resztke godnosci. Poradźcie coś, bo tylko tu moge liczyc, na jakas pomoc. Znajomych nie zapytam, bo wszyscy wspolni.
Pewnie niektórych bedzie zastanwiał wiek - ma 24 lata, ja 23.