Witam,
tak czytam i czytam te niektóre posty i zauważyłam, że bije z nich niesamowita ilość zatraconych charakterów. MASA.
Ludzie okropnie uzależniają własne szczęście od innych osób. Zapominają o własnych potrzebach, często o szacunku do samych siebie, tracą poczucie wartości, skazują się na "męczennicze" życie i to z absolutną świadomością. A potem jest żal, pretensja do całego świata, że ktoś jest nieszczęśliwy, nie układa się. Ale jak ma się układać skoro każdy odpowiada za swoje własne życie, los, przyszłość, a postępuje tak, że niszczy szanse na tę radość bytu. Po co godzić się na coś, co nie sprawia nam satysfakcji, nie daje poczucia bezpieczeństwa, takiej ..."błogości"? Rozumiem, że nie zawsze jest lekko, że życie nie jest proste, jednak gdyby ludzi nie gubili własnej tożsamości, własnego JA to nie byłoby tyle tego dramatu, tych klęsk życiowych.
Dobrze... Jeżeli już komuś potoczył się żywot tak, ze była zdrada, rozstanie to dlaczego od razu ma to być KONIEC ŚWIATA???
Wiem, że musi być okres"żałoby", ból, strata...ale nie wolno się zamykać. Nie można nie wierzyć w przyszłość, w lepsze jutro bo ta apokalipsa to tylko pretekst, usprawiedliwienie żeby nie walczyć, żeby nie odnaleźć z powrotem tego własnego JA.
Czasami widać po prostu, że ludzie ślepną. Ale to taki typ ślepoty, że widzą co chcą, a nie widza tego co trzeba.
Zirytowałam się:) i musiałam napisać to co myślę.
Mogę sie mylić...
Pozdrawiam:)