Witajcie kochane. Cieszę się, że znalazłam to forum, bo kiedyś pisałam na kafeterii, ale tam nie można liczyc na ciepłe słowa i zrozumienie, bo wszystkie dziewczyny tam są idealnymi pseudoekspertkami... A Wy wydajecie się przyjaźnie nastawione:) No ale do rzeczy.
Moim problemem jest to, że kocham za bardzo. Mam chlopaka, który nie jest dla mnie dobry, ciagle gdzieś chodzi z kolegami. Kilka razy spędzał noce na bibie u znajomych dziewczyn. Kiedy dzwoniłam to nie odbierał, ciągle się gdzieś szlaja. Chciałabym mieć kogos kochanego, kto by mnie wspierał i był przy mnie.
Ale NIE UMIEM zakończyć zwiazku. Przeraża mnie ta pustka, która będzie jak się rozstaniemy. Ta świadomośc, że już nigdy nie dostanę od niego smsa, nigdy nie zadzwoni...
Czasami mam wrażenie, że najwazniejsze, zeby był, to tak jak uzaleznienie, jakaś obsesja. Nie wazne, czy jest dobry, czy czerpię satysfakcję z tego związku, nie wazne, że on co weekend gdzieś wychodzi a ja zostaję sama i cierpię. Najwazniejsze żeby był... To jest takie przytłaczające. I zazdroszczę dziewczynom, które mówią, że już by takiego chłopaka nie chciała. Bo ja chcę, nie czuję wewnętrznie, że dosyć tego, już go nie chcę. Bo ja po każdej takiej akcji coraz bardziej teskie i chcę być jeszcze bliżej niego!
Nie umiem byc sama. Moje związki ciągną się latami, a wogóle nie dają mi satysfakcji, bo ja jestem skłonna cierpieć, odpuścić, przymknąć oko na klamstwo, żeby tylko ON nie odszedł...
To jest jakaś tragedia, jakiś koszmar. Nie umiem sobie z tym poradzić, co ja mam zrobić???:(