Witajcie, jestem nowa i chce podzielic sie z wami moimi przezyciami zwiazanymi z trwaniem w toksycznym zwiazku i jak to w moim przypadku stalo sie, rozstaniem. W moim przypadku minelo 3 dni od rozstania, mieszkam nadal w jego domu (jestem w trakcie intesnsywnych poszukiwan lokum).
Zwiazalam sie z Hiszpanem, to bylo ponad 3, 5 roku temu. Bylo to po skonczeniu studiow, poznalismy sie w Zakopanem, podczas miedzynarodowego kongresu esperanto. Zakochalismy sie, i ja po ponad 6 miesiacach zdecydowalam sie przeprowadzic. Moje zycie do czasu, jak znalazlam stala prace, toczylo sie. Nie mialam swoich znajomych, rodzina w Polsce, nie bylo za duzo forsy na rozwijanie swoich zainteresowan, na zwiedzanie, na weekendowe wypady. Wpadlam w rutyne pracy i powrotow do domu i czekania na niego. Byl to poczatek znajomosci, wiec uczucie bylo jeszcze swieze, wszystkie doznania byly takie nowe... Z czasem rutyna zycia codziennego ochlodzila nasze relacje, jednak nasza przyjaz w miare czasu sie umacniala. Szacunek rowniez, choc dochodzilo do glupich spiec z powodu roznicy kultur. Poza tym oboje mielismy silne charaktery, wiec czasami bylo naprawde trudno sie dogadac.
Dopiero od 1, 5 roku mam stala i ciekawe prace, ktora daje mi satysfakcje, choc jest bardzo stresujaca. Nerwowy charakter naszych zajec tez wplynal zle na nasz zwiazek. Warczylismy na siebie, aby rozladowac stresy zwiazane z zupelnie czyms innym. Myslalam, ze jak juz nasza sytuacja materialna sie unormuje, automatycznie nasze stosunki sie poprawia. Mylilam sie. Im wiecej forsy, tym wiecej problemow.
Skoro jestemy przy temacie pieniedzy, on mial z tym duze problemy. Zyl ponad stan. Skonczylo sie tym, ze musialam dokladac wiecej niz to ustalilismy (50%) i bylam bardzo sfrustrowana. Jeszcze sie nie moglam nic odezwac w tym temacie, no bo jak, wytykac facetowi, ze jest beznadzejny w zarzadzaniu kasa. Jak sie odezwalam kilka razy, to byly awantury i jeszcze oskarzenia o to, ze ja je wszczynam ZAWSZE.
Pierwszy kryzys mial miejsce na poczatku zeszlego roku. Postanowil wyjechac do Maroka z dwiema przyjaciolkami (nie przedstawil mi ich, nie opowiadal o planach na podroz, i jak wrocil to nie pokazal mi za wiele zdjec). Mozecie sobie wyobrazic jak sie czulam. Wtedy to tez powiedzial mi, ze nie jest pewny czy mnie nadal kocha i powiedzial, zebym sie wyprowadzila na probe i potem zobaczymy, czy do siebie pasujemy.
Po 6 miesiacach wrocilam do niego, ale juz madrzejsza o doswiadczenia, uniezaleznilam sie od niego. Tym razem naprawde myslalam, ze badzie lepiej. W zwiazku z tym, ze on nie mial kasy, ja zaczelam urzadzac dom. Myslam, ze to doceni. Z czasem nawet tego nie zauwazal. Tak jak przedtem, krytykowal mnie za wszystko: za ubior, za makijaz, za moj styl gotowania, za bycie soba po prostu. Ja sie spalam, ale trwalam. W ostatnich miesiach wogole nie uprawialismy seksu. Nie czulismy do siebie zadnego pociagu.
Zaczelismy planowac nasze zycie osobno, atmosfera byla ciezka, wyrzuty, ciche dlugie momenty, prawie wogole nie rozmawialismy, popsute weekeny, w tym samym czasie piekne przyjacielskie chwile, rozmowy o wszystkim. Chyba takie momemty dawaly mi nadzieje na poprawe, dlatego tak trwalam.
Przelom nastapil tydzien temu, gdy wrocilam z Madrytu. Wydarl sie na mnie juz w samochodzie, w trakcie drogi do domu. Mi tez duzo nie trzeba, i zaczela sie klotnia. O Madrycie rozmawialismy chyba 10 minut. Ja nie mialam ochoty opowiadac (od dluzszego czasu jak go widzialam, to mi sie wszystkiego odechciewalo), on byl w swoim swiecie, pograzony we wlasnych myslach.
Prez ten tydzien duzo rozmawialam z moim przyjacielem o tym zwiazku, tak od strony psychologicznej, doszlam do zwiazku, ze ten zwiazek byl toskyczny i niedobry dla nas obojga. Ja ofiara, on caly czas mnie ponizal i krytykowal, aby sam sie poczuc lepiej. Ja sie caly czas zmienialam dla niego i zatracilam siebie.
W ten czwartek zdecydowalam sie powiedziec mu o tym wszystkim. Odblokowalam sie i przestalam bac jego reakcji, i mu po prostu powiedzialam. Nie bylo klotni, tylko spokojna i rzeczowa rozmowa. Tak czulam, ze on nie podejmie zadnej decyzji, wiec ja zdecydowalam sie na rozstanie ostateczne. Widzialam, ze doszlam do granicy mojej psychicznej wytrzymalosci i po prostu nie moglam dalej. Ten zwiazek wyniszczyl mnie emocjonalnie, mimo ze byly cudowne momenty. Jednak psychologiczny bilsns jest taki jak jest
Teraz, pytanie do was, jak przetrwac to rozstanie? Mimo ulgi, jaka czuje po wyzwoleniu sie z tego wszystkiego, nadal czuje sie do niego bardzo przywiazana, lubie jak jest obok i wiedziec co sie z nim dzieje, aczkolwiek latwiej mi zniesc, jak go nie ma.
Prosze o opinie i rady. Dziekuje bardzo.