Cześć Kobietki, jestem tu nowa. Postanowiłam poprosić Was o radę, bo może któraś z Was miała taki problem? Z góry dziękuję za odpowiedzi. Możecie też mnie krytykować, bo wiem, że ta sytuacja w dużej mierze ( lub w ogóle) jest przeze mnie.
Moja historia będzie dosyć długa.
Mam 22 lata i studiuję w innym mieście niż moje rodzinne. Tydzień temu rozstałam się z narzeczonym. Byliśmy razem 5 lat, planowaliśmy ślub. Mieszkaliśmy razem od 2,5 roku. Było nam dobrze ze sobą. Wspieraliśmy się, byliśmy szczęśliwi. Mój były został uznany jako członek mojej rodziny i po pewnym czasie moi rodzice zaczęli traktować go jak syna. Problemy zaczęły się po przeprowadzce. On studiował zaocznie i znalazł sobie pracę. Cieszyłam się, ale zaczęłam się denerwować,że ciągle w niej musi być. Poza tym byłam strasznie zazdrosna o jego koleżanki z pracy i ze studiów. Teraz wiem,że było to bezpodstawne. Mimo jego wielu zapewnień i starań wściekałam się o wszystko. Później doszło to,że w trakcie sesji byłam bardzo poddenerwowana. Jestem osobą bardzo ambitną i przejmowałam się zawsze, czy zdam wszystkie egzaminy. Nie chciałam słuchać jego rad, bo mnie to denerwowało. Dlatego teraz zarzucił mi,że w trakcie sesji mogłoby go wcale nie być i że nie chciałam nigdy jego wsparcia.
W końcu zdecydował się mi oświadczyć. Byłam w szoku, ponieważ nie ustalaliśmy tego razem, a on poprosił mnie o rękę podczas rodzinnej kolacji. Zgodziłam się, jednak później pojawiły się wątpliwości. Uważałam,że jestem za młoda na ślub. Że najpierw trzeba się czegoś dorobić. Niestety machina ślubna poszła w ruch i nasze mamy zaczęły nam wszystko ustalać. Ubiór, salę. Powoli nas to wykańczało, jednak nie ośmieliłam się o tym powiedzieć Narzeczonemu.
Nasz kryzys zaczął się jesienią. On coraz więcej pracował, ja siedziałam sama w mieszkaniu. Nie potrafiłam nigdy wyrazić o co mi chodzi, bo wiedziałam,że czepianie się o pracę jest głupie. Przecież musi zarabiać, bo niestety nie ma pomocy od matki. Zaczęliśmy się oddalać. No i w końcu po wielu kłótniach ustaliliśmy,że może potrzebny jest odpoczynek. Przyjaciel zaproponował mu przeprowadzkę do siebie. On nie chciał wyprowadzać się wtedy, kiedy będę w mieszkaniu, więc zrobił to w trakcie moich ferii. Miała ta sytuacja trwać do końca lutego. Jednak myślę,że zrobiłam błąd. Zamiast dać mu trochę luzu, to pisałam smsy z wyrzutami, że się nie odzywa. Spotkaliśmy się tydzień temu. Jechaliśmy razem w nasze rodzinne strony autem. Myślałam,że przemyślał już wszystko i będzie chciał wrócić, jednak nie odzywał się prawie wcale. Powiedział tylko, co mu przeszkadza i że nie wie, czy się da ratować nasz związek. Miałam jeszcze nadzieję, ale u mnie w domu zupełnie się zmienił. Powiedział,że przemyślał wszystko i nie ma jak na razie sił na to, żeby coś odbudowywać. Zapewniałam go, że ja mam siły i że chcę mu pokazać, że może mi ufać. Odpowiedział, że jedną szansę już mieliśmy i nie wyszło. Widziałam,że waha się z tą decyzją, jednak odjechał. W pt oddawał klucze naszej współlokatorce i zabierał resztę rzeczy. Podobno bardzo źle wyglądał i też był jakby niezdecydowany.
Chciałabym dodać, że On jest DDA. Tzn, sam tak o sobie mówi. Z ojcem nie ma kontaktu, matka pije teraz mniej, ale za się nim wcale nie interesuje. Natomiast przyznał się, że powiedziała, żeby nie ciągnął tego związku. To przykre słowa dla całej mojej rodziny. Mój były miał też do mnie pretensje o to,że nie chciałam jej odwiedzać i jego brata z bratową. Jestem dosyć skryta i nawet w trakcie rodzinnych uroczystości nie umiem się zanadto otworzyć na ludzi. Nie odwiedzałam ich, ponieważ sami też nigdy nie wyciągnęli do mnie pierwsi ręki. Wiem,że to duży błąd z mojej strony.
Jakoś wytrzymałam te dni bez niego, licząc że w końcu się odezwie. Aż do dzisiaj. Zrobiłam błąd i odezwałam się. Zapewniałam go znów,że może trzeba porozmawiać, że nie chcę skreślać tych 5 lat. Powiedział, że nie wróci, że nie potrafi mi zaufać i że są rzeczy, których się nie cofnie. Pytałam, czy jest ktoś inny. Odpowiedział,że nie. Zapytałam też, czy już mnie nie kocha. Nie chciał w ogóle odpowiedzieć. Wolał zakończyć rozmowę. Nie wiem, dlaczego tak zrobił. Przecież jeśli mnie nie kocha, to może to już teraz szczerze powiedzieć, jeśli tak mu zależy, żeby nic nie odbudowywać. Powiedział też, że spotkamy się jak emocje opadną, ale nie wie kiedy i to raczej będzie spotkanie na 5 minut, żeby zabrał resztę drobiazgów.
Nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć i co robić dalej. Dał mi jasno do zrozumienia, że nie chce wrócić, ale wysyła też dziwne sygnały. Nie daruję sobie, jeśli robi to tylko dlatego, że jest uparty i ma swoje zasady.
Ja przemyślałam wszystko, co robiłam źle. Żałuję mojego postępowania i naprawdę chciałabym być bardziej dojrzała, ale nie wiem na razie, jak mu to udowodnić. Boję się kolejnego odrzucenia. Przez tą całą sytuację zrozumiałam, że naprawdę go kocham, ale widać sprawdza się powiedzenie, że docenia się dopiero coś, jak się to straci. Czy jest możliwy kiedykolwiek powrót ? Czy można tak po prostu przestać kochać i zapomnieć o tylu latach ? I jak odbudować zaufanie, a raczej jak mu udowodnić że się zmieniłam ?