Tak jak napisały dziewczyny wyżej - nie popadajmy w skrajności.
Dla kobiet jest sporo literatury, m.in. osławiona książka "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy". W tej książce "zołza" to normalna, asertywna kobieta ze zdrowym poczuciem własnej wartości - żadna wyrachowana jędza zatruwająca życie swojemu mężczyźnie. Niestety nie znam żadnej lektury dla mężczyzn o tym, jak powinien zachowywać się "prawdziwy mężczyzna" nie będący ani egoistycznym samcem, ani pantoflarzem.
Tak jak napisała Kaisa - z opisu Twojego związku wyłania się obraz prawdziwego pantoflarza (może nieprawdziwy, ale jak widać nie tylko ja takie wrażenie odniosłam). Takie przesłodzone nadskakiwanie żonie, nadmierna troska o to, co ona chce i sobie myśli. Jest ona, ona, ona, nigdzie nie ma "ja". Trudno wyjaśnić, gdzie przebiega granica między zdrowym egoizmem a zachowaniem dupka - to trzeba samemu wyczuć.
Mężczyzna ma swoje potrzeby i oczekiwania. Ma swoje zdanie i nie boi się go przedstawić. Żona i rodzina jest dla niego bardzo ważna, ale nie jest jego całym światem - ma swoje życie, swoje zainteresowania. Jest konkretny, stanowczy. Samodzielny i niezależny. Jest INTERESUJĄCY I INTRYGUJĄCY. Dotrzymuje słowa. Jego honor jest dla niego bardzo ważny.
To są te "silne" strony mężczyzny. Specjalnie je wyodrębniłam od pozostałej części mojej definicji prawdziwego mężczyzny, żebyś zobaczył, że nie ma tu mordobicia, zdradzania, kłamstw. Dodatkowo mężczyzna powinien umieć być delikatny, czuły, troskliwy, czasem wręczyć kwiatka, cmoknąć w nosek, pomiziać po łapce, wyprzytulać, wysłuchać ze zrozumieniem przedokresowych irracjonalnych lamentów, pozmywać, zrobić poranną kawkę i milion innych rzeczy zaczerpniętych z definicji pantoflarza. Bo pantoflarz od prawdziwego mężczyzny różni się tylko tym, że nie występuje u niego pierwsza (ta wyodrębniona) część definicji...
Pantoflarz (przez Ciebie zwany "romantykiem") cały czas biega koło kobiety, obsypuje kwiatkami i czułościami, cały czas troszczy się o jej samopoczucie, zupełnie zapomina o sobie, o tym, że on też ma swoje potrzeby, uczucia. Więc lata, lata, lata i myśli, że im bardziej on będzie się starał, tym bardziej ona będzie szczęśliwa i bardziej będzie go kochać. A to bzdura. Bo kocha się partnera a nie służącego.
Ze wszystkich Twoich postów najbardziej przeraziło mnie zdanie w zupełnie innym temacie. Napisałeś tam coś w tym stylu (cytuję z pamięci):
serce napisał/a:zrezygnowałem ze wszystkich swoich znajomości ze względu na szacunek do żony
Tu mi łapki opadły. O jakim szacunku Ty mówisz? Zwłaszcza w zestawieniu z Twoim kolejnym zdaniem:
ona zaś wychodzi z kolegami na piwo
To nie szacunek, Serce. To głupota i jakieś nielogiczne postrzeganie rzeczywistości. Od biedy jestem w stanie zrozumieć, że para chorobliwie zazdrosnych ludzi WSPÓLNIE podejmuje decyzję, że nie będą wychodzić na żadne spotkania w pojedynkę. Ale tutaj TY ewidentnie rezygnujesz z własnego życia, świadomie decydujesz, że od tej pory całym Twoim życiem będzie ona. Ona nie podejmuje takiej decyzji. Bo ona jest panią, Ty w tym momencie wybierasz rolę podwładnego. I całą reszta Waszego związku wygląda tak samo - Ty rezygnujesz z siebie, wyrzekasz się wszystkiego, ofiarowujesz jej wszystko, co możesz dać - ona przyjmuje dary.
Taka słodycz, takie oplątanie przez drugą osobę, choćby najbliższą - zaczyna w końcu męczyć i dusić. Niestety nie wiem, jak można wyjść z roli podwładnego po 8 latach małżeństwa. Na pewno musisz zmienić swój sposób myślenia i postrzegania swojego małżeństwa. Może nie jest za późno. Ale, jeśli Twoja żona nie będzie chciała współpracować - nic sam nie zdziałasz.