Witam. Jestem tu nowa. I właścicie dlatego, że potrzebuje porady, bo sama nie daje rady z tym wszystkim. To będzie długa opowieść, gdyby ktoś chciał się z nią zapoznać i pomóc - dziękuję.
Gdy miałam 14 lat, poznałam chłopaka. Starszy o 3 lata, imponował mi. Był moim pierwszym facetem. Początkowo był acy cacy, do rany przyłóż. Potem, zaczął osaczać, kontrolować, zakazywać, nakazywać, czasem i bić. Byłam potrzebna tylko do jednego. Ulegałam, godziłam się, bałam się. w wieku 17 lat zaszłam w ciąże. On nie bardzo się interesował, nie pomagał psychicznie czy finansowo. Za moimi plecami łaził na imprezy, bawił się z innymi laskami.
Jak się urodził synek, niby się interesował na początku. Ale na ile to było prawdziwe - nie wiem. Mieszkałam z rodzicami, on tylko przychodził w odwiedziny. Po jednej z awantur po pijaku - odeszłam. Na szczęście na zawsze. Dzięki "pomocy" rodziców, skończyłam szkołę, zaczęłam pracę. Chociaż i to było męczarnią. Wieczne pretensje, wygórowane wymagania, obiekcje, wtrącanie się, rozkazywanie, szantaż psychiczny. Ale jakoś trzeba było żyć, choć nie raz płakało się w poduszkę, przytulonym do śpiącego dziecka, błagając by Bóg przeniósł nas gdzieś indziej. Potem spotkałam osobę, na której bardzo mi zależało. Jednak rok z nią spędzony skończył się z hukiem, właścicie do dziś nie wiedząc czemu. Miałam niemałą depresję, choć wiedziałam, że musiałam być silna.
Jakiś czas później poznałam faceta, który obecnie od pół roku jest moim meżem.
Na początku bajka, sielanka. Jednak on zaczął dużo pytać o przeszłość, na co ja nie zawsze mu odpowiadałam prawdę. Uważałam, że nie ma mimo wszystko z buciorami wchodzić w jakąś przeszłą strefę życia. Można pytać o nie które sprawy, ale bez przesady. Potem, zaczęły sie małe spiecia, głównie o to, że "jemu się nie zgadzało coś odnośnie przeszłości". No i potem zaczął sobie jakieś wersje wymyślać etc. Niestety, takie nie zgodne z prawdą. Tłumaczyć się już nic nie dało. Kłótni było coraz więcej, mniej bardziej burzliwych. Doszo do tego, że musze się tłumaczyć z wszystkiego co robie, z każdej sekundy. A jak są jakieś "niejasności" to mam wojnę. On się usprawiedliwia tym, że gdybym go nie kłamała.... Czuje się usprawiedliwiony. Nie raz mi powie, że jestem szmatą, że trzeba było w domu siedzieć a nie z facetami łazić. "Rozlicza" mnie za to, że kiedyś się z kimś spotykałam. Obecnie nie jestem w zadnych właściciw relacjach z moimi rodzicami, bo zaczęli włazić mi z butami w życie i próbować manipulować. To nawet w tym szuka "ale", że to moja wina, że moi rodzice byli dla mnie tacy oschli.
Boże, opowiadać tu by można w nieskończoność.
Nie mam gdzie się wyprowadzić, zresztą teraz to bym i się bała, ze będzie się na mnie mścił "bo całe życie mu zniszczyłam". Nie chce mi się wracać do domu. Ciągle tylko płacz, ból, przygnębienie. Ciągły strach, że zaraz będzie miał o coś pretensje, że do czegoś znów się przyczepi i wycedzi z nienawiścią prosto w twarz - "k ł a m c a".
Czuje się jak chodzące ciało, strzęp człowieka. Życie mnie nie rozpieszczało, nie dało miłości i zrozumienia. Tego czego najbardziej pragnę. A teraz mam piekło na ziemi jakiego nie miałam nigdy. Ciągłe rozkazy, nakazy, ograniczenia. Nie mam nikogo, z kim mogę pogadać, zwieżyć się. Bez niego nigdzie nie wychodzę, bo nie mogę... Najgorsze jest to, że on uważa, że nie robi nic złego, że to ja powinnam mieć za całe swoje życie pretensje do siebie. Nie daje sobie nic przetłumaczyć, wytłumaczyć bo on wie lepiej.
A chciałam być tylko szczęśliwa...