Witam,
Byłąby to piękna historia, gdyby nie moje wyrzuty sumienia.
Po wielu latach odnalazłam się z moja wielką miłoscia. bylismy dla siebie stworzeni, ale nasze drodi rozeszły sie...ja w wieku 17 lat zachorowałąm na depresje i zerwałąm z nim, On bardzo cierpiał...ale nie znał powodu..Szukalismy sie długo, bez skutku, mieszkalismy po2 stronach oceanu..Odnalezlimy sie po wielu latach. Tylko, ze ja mialam brac slub za pół roku. Wydawało mi się, ze juz ułozyłam sobie zycie, mój narzeczony nie był wielką miłoscia, zreszta przestałam juz wierzyc w prawdziwa miłosc.Ale chciałam z nim być..Jednak gdy odnalazłąm Jego wiedziałam ze nie bede mogła o nim zapomniec...Wyjechałam do niego, okłamujac narzceonego , rodizzine...Zachowałąm sie jak najgorszy tchorz,,,nigdy jeszzce nie odczuwałą m takiego strachu...takiej nieporadnosci...Zraniłam narzeczonego najgłebiej ja tylko mogłam, okłamalłam go, ze jade z innego powodu..chciałąm powiedziec mu to z daleka, zebym nie była swiadkiem lamentów moich rodziców. jego cierpienia...bałam sie tego/
Odwołąłąm slub przez telefon, okłąmujac go znowu, ze nie zrywam dla kogos innego.. On dowiedział sie o wsyztkim pprzez przyadek..Myslałam ze jak skłamie, bedzie go mniej bolało...
Dzis wiem,ze nigdy wiecej nie skłąmie w zadnej sprawie...
Jestem ze swoja wielka miłoscia...Jest dla mnie wsyztkim , kocham Go jak nigdy nikogo nie kochałam,,,
ale poczucie winy jaka wyrzadziłam narzeczonemu nie daje mi zyc...On nie chce ze mna rozmawiac, i wcale sie nie dzwie..A ja czuje, ze swoje szzcescie mam dzieki krzywdzie innych..Mimo, ze kocham i jestem kochana, nie umiem sie cieszyc...Codziennie rozpamietuje co zorbiłam, i czasem chciałąbym abym pzrestała istniec...Wtedy juz bym, ta nie cierpiała,...Jestem tchorze, i kłamca a z tym nie potrafie zyc,,,:(((
k