Według statystyk co czwarte małżeństwo śpi w osobnych łóżkach. Często jest to recepta na... harmonijny związek i udane życie seksualne.
Decydując się na spanie w osobnych pokojach partnerzy przenoszą do małżeństwa zalety życia singli. Własna przestrzeń pozwala na bezkompromisowe robienie tego, na co ma się ochotę - spanie z kotem, czytanie książek do rana lub zasypianie przy meczu piłkarskim.
Co jednak najważniejsze, rozchodząc się po ciężkim dniu do dwóch pokoi, partner nie zobaczy nas we flanelowej piżamie i z torebkami herbaty na zmęczonych oczach. Nie dowie się, czym są niewydepilowane nogi i bóle miesiączkowe. Nie ogląda żony z zatruciem żołądkowym i jesiennym przeziębieniem.
Czy taki związek, unikający codziennych prostych trudności, ma większe szanse na przetrwanie czy przeciwnie, jest niepełny? Niedojrzały?
A może jest to dobry pomysł na podtrzymywanie namiętności? Seks przestaje być oczywistym, powtarzalnym zwyczajem. Partnerka jest niedostępna, trzeba się o nią starać, zdobywać. Każde zbliżenie jest umówieniem się na randkę - wystrojeniem, przygotowaniem się i zaproszeniem do swojej sypialni. Nie ryzykujemy nudy i spania z mężem "jak z kolegą".
Czy, zakładając możliwości mieszkaniowe, chciałybyście spróbować takiego rozwiązania?
Czy warto poświęcić bliskość, intymność wspólnego snu dla podtrzymywania namiętności tym sposobem?
Małżeństwa żyjące "na dwie sypialnie" więcej zyskują czy tracą?