Dla zainteresowanych - spadł mi już dojrzalutki, po czterdziestce, a wciąż jędrny i pachnący.
Spadl mi przez przypadek - znajomy zmienił numer telefonu, ja o tym zapomniałam i wysłałam mu na stary numer życzenia noworoczne.
Spędzałam wówczas Sylwestra w towarzystwie kolejnego toksycznego kolesia, nudziłam się jak mops, otworzylam pyszne winko i oglądałam "Skrzypka na dachu" po raz milionowy, wysyłając w przerwach na reklamy smsy do znajomych.
Moje życzenia powędrowały do krainy wiatraków i kanałów nieopodal pięknego miasta Amsterdam.
Tysiące kilometrów ode mnie - ja przebywałam na egzotycznej wyspie, marząc o śniegu.
Dostałam odpowiedź na życzenia - Pan nudził się niemiłosiernie w jakimś barze ze znajomymi i zajmował się dokładnie tym samym co ja.
Myślałam że to jakiś studencik - numer należał wcześniej do organizatora praktyk studenckich. Zaczęłam robić sobie jaja z chloptasia, dotałam tekst że mógłby być moim ojcem. Doszliśmy who is who. I że obydwoje jesteśmy Polakami. Zaczęliśmy więc pisać po polsku. Trwało to całą noc.
Następngo dnia zadzwonił. Dzwonił już codziennie. Pisaliśmy często. Traktowałam go jak wirtualnego powiernika, kumpla, rozmawialiśmy o wszystkim. Nie korzystaliśmy z netu - nie miałam wówczas do niego dostępu w tym dzikim kraju. A jak miałam - nie chciałam wysyłać zdjęć. Po co? Na grzyba mu mój wygląd. Ja jego też znać nie chciałam.
Po kilku tygodniach pisania i gadania mój powiernik, przyjaciel, męski punkt widzenia świata - zdradził - wyznał mi miłość. Byłam wściekła. Poleciłam opiekę psychiatry od zaraz. To ja mu tu się zwierzam, traktuję jak człowieka, a ten mi takie kwiatki. Zerwałam znajomość.
Zadzwoniłam do matki wściekła, że znowu mi się palant trafił. Czy ja jakaś naznaczona jestem że mnie wyczuwają przez morza i oceany? Dochodziłam do 30tki i ciągle jakieś popaprańce.
Mama w śmiech - i mi tłumaczy - dziecko, nie przekreślaj go, wcale Cię nie zdradził, jesteś fajną babką to się zakochał. W tobie a nie w twoim wyglądzie. Kiedyś jak nie było telewizji dziewczyny wzdychały do spikerów radiowych. Ty go uwiodłaś swoim głosem.
A ja nie chciałam. Ale tak pisał i prosił, że dałam się przekonać - na starych zasadch = żadnej cholernej miłości!
Po dwóch miesiącach spotkaliśmy się w połowie drogi, nawet za rączkę go nie wzięłam. Gdzieś z tyłu głowy = wariat.
Kombinator. Zarzeka się - ale pewnie ma dzieci, żonę i kredyty. Oszukuje jak w banku. Kawaler po czterdziestce = pewnie z nim coś nie halo.
A on po prostu późno dojrzał na tym drzewku. Związki były - jak i u mnie, ale małżeństwa nie, dzieci nie. Ciężko mi było uwierzyć. Ściemę wali żeby mnie zaciągnąć do wyra jak nic. A figę.
Stawał na uszach żeby udowodnić że nie jest wielbłądem. Nawet za to buzi w polik nie dostał. Precz z facetami - to moja dewiza była.
Kolejne spotkanie - przedstawił mi swoją rodzinę dwa pokolenia wprzód, dwa w tył. Myślałam że padnę.
Wariat, popapraniec myślę. Be cool.
Przyjedź do mnie, mówił, zobaczysz jak żyję, gdzie pracuję, że nie mam w domu żony i czwórki dzieci.
Raz kozie śmierć - myślę. Jadę. Tęskniłam za Amsterdamem.
I stało się. W marcu tego samego roku zamieszkaliśmy razem, w grudniu był ślub. Rocznicę pierwszego smsa spędzaliśmy jako
malżeństwo.
Z takiego drzewa mi spadł.
Dlatego pilnuję terenu, osikuję wszystkie trawki i szczerzę kły ostrzegawczo.
Bo mój ci on.