Witam wszystkich chciałabym opowiedziec wam swoja historię, zobaczyc co o tym myslicie, moze ktos mial podobne problemy, moze ktos stawial czola gorszym.
Mialam trudne dziecinstwo, przez co zachorowalam na nerwice lękową, ale zachorowalam dopiero wtedy gdy poznalam swojego meza. Jednego dnia spakowalam zamieszkalam z przyszlym mezem. Nigdy tak na prawde go chyba nie kochalam, po prostu chcialam by moj koszmar w domu sie skonczyl, trafil sie mezczyzna z mieszkaniem wiec do niego ucieklam. Wtedy pojawily sie moje problemy nerwicowe. Balam sie wyjsc z domu, balam sie pójsc do sklepu, jezdzic autobusem. Wtedy mąż mi pomagał, pomógł mi znalesc ośrodek bym mogła przejsc terapie. Poczułam sie przy nim bezpieczna, nie było realnego strachu ( przed ojcem) wiec pojawily sie irracjonalne lęki.On czul sie potrzebny, a ja bez niego nie mogłam zrobic kroku. podwozil mnie na studia, odbieral, pomogl zrobic prawo jazdy- wtedy juz nie musialam jezdzic autobuse w tloku- którego tak bardzo sie bałam. Myslalam ze bede przy nim bezpieczna, zaopiekuje sie mną- maż jest 10 lat starszy ode mnie- podejrzewam ze to jakis syndrom braku wsparcia ojca.
Wzięliśmy ślub dosc szybko, relacje z moim ojcem, który bardzo sie obrazil na moja wyprowadzką( to przez niego mam nerwice) poprawily sie, jednak nie na dlugo. Mój mąż zaczal pic. Nie pije codziennie, po prostu nie kontroluje picia. Raz na miesiąc musi sie schlac do nieprzytomnosci, przychodzi wtedy, wymiotuje, czasem sika pod siebie, czasem nie wraca na noc( choc to jest najlepsze rozwiązanie dla mnie- mam wtedy spokój, nauczylam sie juz tak bardzo sie tym nie przejmowac), pije sam ze sobą w piwnicy, w pracy. Wzywałam juz raz policje, byl u nas w domu osrodek interwencji kryzysowej, zdarzylo sie mezowi juz równiez spac na klatce i rózne podobne historie. Myslalam ze dziecko nam pomoze, tak twierdzila jego rodzina, bo przeciez Tomek jest takim dobrym czlowiekiem kiedy nie pije, opiekunczy, czuly- bo tak jest. Niestety kiedy zaszlam w ciaze pil jeszcze wiecej. Poronilam w 3 miesiącu ciąży, wtedy mąż byl bardzo czuly, troskliwy. Poroniłam takze drugą ciąże. Zaczęłam pracę ( jestem nauczycielem), było ciężko nerwica męczyła każdego dnia, ale mąż zawsze mówił ze niczego nie widac, ze to jest w mojej glowie, tak tez mówią mi wszyscy, wiec jakos pracowalam. Jednak nie dawalam juz sobie rady z piciem męża.
Chcialam odejsc. Wtedy poznalam w internecie czlowieka. Zaczęłam sie z nim spotykac. Tolerowal moja nerwicę, mnie taka jaka jestem. Doradzał bym sie rozwiodła. Złożyłam pozew rozwodowy. Szybko zdałam sobie sprawe ze to nie jest czlowiek dla mnie, okazalo sie ze byl karany i jest kompletnie nieodpowiedzialny. Zaszłam w ciąże, a on powiedzial bym radzila sobie sama. Wtedy Tomek byl taki dobry, wróciłam do Tomka. Wycofałam pozew rozwodowy. Nie pił prawie przez 5 miesięcy mojej ciąży, ja go szanowałam bo przeciez przyjal z powrotem zone, która go zdradzila, a na dodatek jest w ciazy z innym. Myslalam ze to dla nas szansa, nie moglismy miec swego dziecka, wiec moze teraz bedziemy w miare normalną rodziną. Ja po studiach, pracuje mąż tez zarabia w miare niezle, piękne mieszkanie, wszystko na zewnatrz takie piekne i poukladane. Normalna rodzina.
W czasie ciąży przymykałam oko na jego picie, cieszylam sie ze mam gdzie mieszkac. Gdy urodzilam przez 2 tygodnie bylo cudownie jak nigdy. Cudowna szczesliwa rodzina. Lecz czar szybko prysł. Znowu picie, policja w domu, kłótnie, szarpaniny, popychania ( mąż już wcześniej popchnął mnie na schody bo jak twierdzil fikalam, gdy jest pijany, a ja nie potrafie byc spokojna wtedy).
Obecnie nie pracuję, jestem na wychowawczym urlopie. Całą ciąże też byłam na zwolnieniu. Z nerwicy troszkę sie wyleczyłam, wciąż jest, (zupełnie jak niepijący alkoholik), ale staram sie przelamywac chodze do sklepów ( nie do hipermarketów), kilka razy jezdzilam autobusem, chodzę na długie spacery. Nie chce zeby dziecko odczulo, ze z jego mama jest cos nie tak. Jest zdecydowanie lepiej niz kiedys, lecz nie daje rady juz z piciem meza. Przerasta mnie to. Nie chce by moje dziecko widziało " tate" w takim stanie. By sie bało tak jak ja. Zaczęłam sie już bac męża. Codziennie mnie wyzywa od dziwek, kiedy przychodzi pijany zamykam sie na klucz w sypialni razem z córeczką. Staram sie z nim juz nie kłócić na co dzień ze względu na córeczkę, ale on jest coraz bardziej agresywny. Może nmoja uległość tak na niego działa.
Namówiłam męża na leczenie. Poszedł na terapie. Po pierwszym dniu terapii, musiał sie napić. Terapia nic nie pomaga. On prosi bym dała mu jeszcze miesiąc, moze cos do niego dotrze. Mówi że nie wyobraża sobie życia beze mnie i dziecka. Ale ja już nie daję rady. Jego picie mnie przerasta, nie moge pozwolic by dziecko widzialo takie rzeczy i przezywalo to co ja.
Jedynym problemem ktory nie pozwala mi od niego odejsc jest ta nerwica. Boje sie ze sobie nie poradze finansowo, ze nie bede dala rady pracowac przez chorobę, ze nie pójde do sklepu po zakupy. Choć z drugiej strony wiem ze jak bede musiała to to zrobię. Przecież mam dziecko, dla niego zrobilabym wszystko. Na biologicznego ojca dziecka nie mam co liczyc, wiem ze finansowo pomoga mi rodzice- w miare mozliwosci oczywiscie. Bardzo boje sie wziac odpowiedzialnosc w koncu sama za swoje zycie.
Czy ktos moze mial podobne problemy i sobie poradzil? Co wogle sądzicie o tej sytuacji, co mam zrobic?
Podobne tematy
Też chorowałam na depresje-nerwicowo-lękową.Nie pracowałam pięć lat bo bałam się iść do pracy.To było straszne...
Kolejną straszną sprawą było dla mnie gdy zdałam sobie sprawę że weszłam w związek małżeński nie jako kobieta -ale jako mała dziewczynka która oczekuje opieki.Zycie pokazało ile rzeczy i spraw jestem w stanie załatwić-tylko że nie dla siebie.Mi pozostało użalanie się nad sobą jaka to jestem nieszczęśliwa,obolała itp - to jest myślenie osoby współuzależnionej... wypełza najczęściej kiedy należałoby zająć się swoimi sprawami,zawalczyć ,pokonać lęki i strachy które nie pozwalają szczęśliwie i godnie żyć
"Choć z drugiej strony wiem ze jak bede musiała to to zrobię" - jak będę musiała to to zrobię -tak naprawdę chyba każda kobieta o tym wie.Tylko z lenistwa,wygody i żeby choć troszeczkę było lżej zostanę jeszcze bo przecież wcale nie jest tak żle.Tylko dziwnie jakoś czuje że więdnę,że coś umyka.
Nikt nie przyjdzie i nikt mnie nie uratuje. Sama muszę a raczej chcę zadbać o swoje potrzeby,potrafię.Kiedyś nie potrafiłam ich nawet nazwać...
Katija00, twój mąż jest uzalezniony od alkoholu, ty jestes współuzależniona i doświadczasz przemocy z jego strony. Ponadto chorujesz na nerwicę. Tego nie da sie rozwiązac na forum. Potrzebujesz profesjonalnej terapii. Programy terapeutyczne dla osób takich jak ty realizują Wojewódzkie Ośrodki Terapii Uzależnienia i Współuzależnień, które są we wszystkich miastach wojewódzkich, w wielu przychodniach leczenia uzależnień, centrach pomocy rodzinie i klubach abstynenta. Skoro mąż chodził na terapię, oznacza to, że tam gdzie mieszkasz jest jakas poradnia i byc może ma oferte dla ciebie. Koniecznie się dowiedz i zacznij sie leczyć. Leczenie współuzależnienia jest bezpłatne.
Bardzo często tak sie dzieje, że to żona pierwsza podejmuje terapię, która pomaga zmienic jej życie i postępowanie wobec uzaleznionego męża w taki sposób, ze pozwala mu na pełne ponoszenie kosztów (materialnych, emocjonalnych, społecznych i wszystkich innych) swojego picia i zachowania, a tym samym wpływa na podjęcie przez niego poważnej decyzji w sprawie leczenia. Jednym słowem: zostawiając go samego z jego piciem naprawdę mu pomagasz! To jest trudne, dlatego potrzebujesz profesjonalnego wsparcia oraz wsparcia innych kobiet, które doswiadczyły tego samego co ty. W poradni dostaniesz też pomoc w sprawie przemocy, którą należy bezwzglednie zatrzymać. Przemoc fizyczna i psychiczna jest karalna i podlega ściganiu z oskarżenia prywatnego co znaczy, że musisz ja zgłosić w prokuraturze. W poradni dowiesz sie wszytkiego.
Nie zwlekaj z podjeciem decyzji, bo jeśli nic nie zrobisz może być tylko gorzej. Uzależnienie męża to podstępna choroba, która mąci mu w głowie, nie pozwalając dostrzec spustoszeń, których dokonała w jego życiu i życiu rodziny. Te same mechanizmy, takie jak minimalizacja, intelektualizacja,racjonalizacja, wyparcie i inne działaja również w twoim życiu. On jest uzależniony od alkoholu, ty od niego - trzeba przerwać ten zaklęty krąg, zanim zupełnie zniszcz twoje życie!
Naprawdę wiem co mówię, bo ostatnie 20 lat pracowałam z uzależnionymi i ich rodzinami. Jestem terapeutą uzależnień na emeryturze.
Życzę determinacji w naprawie swojego życia. Pisz jak ci idzie!
Dziękuję za odpowiedź w mojej sprawie. Poraz pierwszy czuję siłę w sobie że mogę coś zrobić, że może coś zmienie. To dla mnie bardzo ważne. Wiem też że do takiej decyzji trzeba dojrzeć i mam wrażenie, mam ogromną nadzieję że ja w końcu dojrzałam.
Do psychologa chodziłam, nie raz, ale musiałam płacić za wizyty. Sama zastanawiam się nad tym czy nie skożystać z jakiejs pomocy. Kiedy już złożę pozew pomyślałam że na pewno się zgłoszę, będzie łatwiej może stanąć na nogi. To tak jakbym sie na nowo urodziła, ktos musi pokazac jak trzeba chodzic, bo chodzic trzeba sie nauczyc.
Myślalam również o terapii współuzależnień, ale wciąż zastanawiam sie czy na pewno to jest ten kierunek. Czy jestem współuzależniona. Niby jestem trochę poinformowana w temacie, ale wciąż nie dochodzi do mnie to że ja mogę być współuzależniona, czasem nawet zastanawiam sie czy mój mąż jest uzaleźniony, czy jest alkoholikiem, może to ja przesadzam, przecież mężczyźni piją, przecieź w końcu nie pije codziennie. Ale to chyba jest typowe myślenie współuzaleźnionej??? ( to że jestem uzależniona od męża wiem, ale chodzi mi o te drugie współuzależnienie ). Izmirro czy uważasz że nadaje się na taką terapię współuzależnień, czy może poszukać zwykłego psychologa?
Nie lubię wizyt u psychologów- ale to z pewnością związane jest z tym, że trzeba tam "rozgrzebywać" stare rany...
Daria 1968- jak z tego wyszłaś, jak się leczyłaś, czy da się z tego wyjść całkiem, czy ta nerwica zawsze gdzieś zostaje- ja porównuje to zawsze do niepijącego alkoholika, nie pije ale zawsze moze wrocic i zawsze gdzies jest czycha..
Jeśli chodzi o nerwice przez jakiś czas łykałam prochy -mobemid.Tak się nazywał.Czasem zdarzyło mi się wpadać w panikę gdy kończyło mi się opakowanie wydawało mi się że bez nich nie dam rady funkcjonować.A więc psychiatra,psycholog,specjalista od uzależnień i Al-anon.Tak to wyglądało...
Jeśli chodzi o depresje -mam nawroty, tak zwane doły -ale nauczyłam się z tym radzić. Każdy ma to coś co daje mu szczęście -ja mam muzykę,kocham przyrodę,uwielbiam się śmiać...
Jeśli chodzi o nerwice -otoczyłam sama siebie miłością.Dałam sobie prawo do popełniania błędów bo przecież nie jestem doskonała.Nauczyłam się prosić innych o pomoc.Nie obchodzi mnie czy moja niewiedza jest śmieszna czy nie.Po prostu tego nie wiem i dlatego pytam.Staje się dla siebie najlepszym przyjacielem. W chwilach silnego stresu "ratowałam się" Modlitwą o Pogodę Ducha. Z lękami mam dalej problem nie umiem sobie z nimi poradzić.Jest dobrze ale jeszcze wiele pracy przede mną.
Mam wspaniałą panią psycholog która pomaga mi zrozumieć samą siebie ,moje uzależnienie od partnera .Wyciągam brudy z dzieciństwa ponieważ to właśnie dzieciństwo jest fundamentem mojego współuzależnienia,mojej niskiej samooceny.
Mam te same lęki:
." Bardzo boje sie wziac odpowiedzialnosc w koncu sama za swoje zycie."
Katija, idź do poradni, a terapeuci pomogą ci postawic diagnozę w sprawie współuzaleznienia. Jeśli stwierdzą, że to nie ten kierunek to podpowiedzą ci inny. W poradni bedziesz mogła skonultować się z psychiatrą, psychologiem i terapeutami nie płacąc za to, skorzystaj z tej oferty. Można przeczytac wiele książek o uzależnieniu i współuzaleznieniu, ale od tego sie nie zdrowieje, potrzebujesz relacji z mądrym terapeutą i innymi pacjentkami mającymi ten sam problem. Poczujesz sie lepiej, gdy zobaczysz, ze nie jestes sama ze swoimi problemami!
Pozdrawiam!
Pełna siły, chęci zmian zgłosiłam sie do poradni. Do tej samej poradni do której zapisał się mój mąż. Wyczytałam że zajmują się także leczeniem nerwic i różnych zaburzeń psychicznych. Uznałam że to będzie dobre miejsce.
Zostałam bez czekania od razu przyjęta, na dodatek byłam tam z dzieckiem. Wracałam ze szpitala z badań i postanowiłam zajechac i sie zapisac, po czym zaproponowano mi od razu wizytę, mimo ze byłam z dzieciatkiem. ( Ośrodek świecił pustkami- może dlatego)
Pani psycholog dosc miła, w średnim wieku (ok.55 lat- więc kompetentna). Opowiedziałam jej swoją sytuację. Trochę ze mną pożartowała, powiedziała że namieszałam i zakręciłam w swoim życiu nieźle. Ja na to jej odpowiedziałam że dlatego właśnie chcę to wyprostować w końcu, by w końcu moje zycie wyglądało inaczej- normalnie, że chce zająć się sobą, "wyleczyc" nerwicę zająć się może współuzaleźnieniem jeżeli uzna że to dla mnie potrzebne. Okazało się że jeżeli chodzi o leczenie nerwicy musiałam bym płacić za każde 40 min. 70 zł i pewnie dwa razy w tygodniu. powiedziałam że niestety mnie na to nie stać w obecnej sytuacji- na urlopie wychowawczym.
Co do alkoholizmu męża, myślalam że jeżeli ktos juz sie zgłosi do takiego ośrodka to się zajmą taką osobą tak jak należy, skierują gdzie trzeba. A ja czuje się nieprofesjonalnie potraktowana. Pani doktor w rozmowie od razu z miejsca zaproponowała mi leki. Powiedziałam że leki niczego nie rozwiążą, że to tylko znieczulenie objawów, a ja nie chce leczyć objawów tylko przyczyny nerwicy. Leki traktuje jako ostateczność. Powiedziałam że leki brałam ok 4, 5 lat temu przez rok ( PAXTIN) i w okresie brania było ok ale potem i tak wszystko wróciło i nauczyłam się sobie z tym radzić. Poza tym rok, czy 2, 3 lata temu było ze mną na prawde zdecydowanie gorzej(ZDECYDOWANIE) i wtedy nie skusiłąm się na leki tylko chciałam walczyć, więc tym bardziej teraz sobie poradze bez nich. Powiedziałam pani doktor ze owszem bardzo boje sie brac leków, ale negatywne nastawienie mam do nich dlatego ze łagodzą objawy a nie przyczyny, nie wyleczą mnie z nerwicy. po czym pani doktor powiedziała, że przecież ludzie żyją na lekach, a poza tym brałam za krótko, jeżeli pobiorę 4,5 lat to moja nerwica byc moze zniknie i juz nie wroci po odstawieniu leków. Nie jestem na tyle kompetentna by wypowiadać takie sądy ale mam wrazenie ZE TO PRZECIEZ KOMPLETNA BZDURA. Kiedy jej to delikatnie zasugerowałam powiedziała mi że, no wie pani ale pani jest taka jeszcze rozchwiana emocjonalnie, chce pani odejsc ale sie boi, tak na prawde chyba nie wie czego pani chce, boi się pani nowości. Leki pozwolą pani sie wyluzować, spojrzy pani na swoje problemy z innej perspektywy. Oczywiscie boje sie nowosci, boje sie czy sobie poradze finansowo i emocjonalnie- to chyba naturalne jest, nie znaczy ze mam brac leki.
Najbardziej jednak zachwiało się moje poczucie profesjonalizmu u pani doktor gdy powiedziała: A czy pani mąż już na prawde tak dużo pije, przecież mężczyźni piją, a raz w miesiącu to jeszcze nie tak dużo. powiedziałam jej ze juz nie wierze w jego wyleczenie, a ona na to ze on dopiero byl na 2,3 spotkaniach i jeszcze moze sie jakos ulozy, moze jeszcze sie podleczy. Myslalam ze jezeli ktos przyjdzie do poradni i powie ze chce odejsc od meza alkoholika, to myslalam ze terapeuci zrobią wszystko by pomoc wytrwac przy decyzji, by dac siłę, wiarę w siebie. A ja po tej wizycie poczułam się dużo słapsza, wplątana w sidła męża.
Pani doktor sugerowała również że sobie nie poradzę bez męża. Gdy powiedziałam jej ( oczywiscie w subtelny sposób) że psycholog przecież nie może tak powiedzieć, to oznajmiła że ona tak nie powiedziała, że chodziło jej o to że będzie mi ciężko samej sobie poradzić. Powiedziałam jej ze sugeruje mi juz ze sobie nie poradzę. Pani doktor odpowiedziała mi na to że owszem " może sobie pani poradzić, ale ja uważam że będzie ciężko i że sama sobie nie poradzę", bez pomocy leków, psychologa, męża. Matko święta przecież zgłaszają się osoby w dużo gorszym stanie niż ja i sobie radzą. Wyszłam w bardzo złym samopoczuciu zresztą powiedziałam to pani doktor ze zamiast wychodzić podbudowana z gabinetu, z większą siła i słusznością swojej decyzji wychodzę w złym samopoczuciu z przekonaniem ze sobie nie poradzę. Na koniec pani doktor powiedziała, żę "może w takim razie skieruję panią na terapię dla współuzależnionych, pochodzi sobie pani na kilka spotkań, a z mężem może mi sie ułoży".
Powiedźcie proszę co o tym myślicie. Przecież to jest kompletny brak profesjonalizmu.Czy tak właśnie powinna wyglądać ta wizyta. CZUJE SIE PO TEJ WIZYCIE BARDZO ZLE, CZUJE SIE SLABSZA NIZ PRZED NIA.( bo przecież nie poradze sobie bez lekow itd)
Ok pół roku temu zgłosiliśmy się z mężem na terapię rodzinną ( do innej pani psycholog i innego osrodka w miescie). Przy pierwszej wizycie pani doktor powiedziała że nie podejmie się naszej terapii jednak bo jest miedzy nami zbyt wiele agresji i ona uważa że nie da się już uratować naszego małżeństwa. Ona nie widzi dla nas szans. Czy tak powinni postępować psychologowie i terapeuci, przecież oni nie mogą wydawać swoich opinni.
CHYBA NIE MAM SZCZESCIA DO DOBRYCH SPECJALISTOW.
Katija co to za poradnia? Nigdy mi sie nie zdarzyło powiedzieć pacjentce, ze sobie nie poradzi. Nie taka jest zresztą rola terapeuty, żeby z góry określać czy pacjentka sobie poradzi czy nie. Terapeuta pomaga pacjentce "rozejrzeć się" w jej zyciu, pomóc w nazwaniu problemu z którym przychodzi, pomóc w określeniu jej mocnych i słabych stron, w tworzeniu planu radzenia sobie z problemem i wspiera jego realizacje. To tak wielkim skrócie i uproszczeniu o roli terapeuty zajmującego sie osobami współuzależnionymi.
Jeśli lekarz skierował cie na terapię dla współuzależnionych idź tam, spróbuj. Od czegoś trzeba zacząć proces zmian w swoim zyciu.
Co do nerwicy, na którą chorujesz to trudno mi sie wypowiadać, nie jestem psychiatrą. Piszesz, że miałas trudne dzieciństwo, tam najprawdopodobniej jest źródło twoich problemów. I najprawdopodobniej potrzebujesz psychoterapii. Do tego jeszcze przemoc, której doświadczasz. Strasznie to wszystko splątane i potrzebujesz fachowca, który pomoże to rozplątać. Spotykałam w pracy kobiety z problemami podobnymi do twoich. Jednocześnie korzystały z pomocy fachowców od współuzależnienia, od przemocy i z pomocy psychiatry i psychologa. Radziły sobie, rozwiązywały swoje problemy. W przychodni, w której pracowałam każda pacjentka miała swojego opiekuna, terapeutę, który zajmował się nią indywidualnie, spotykał się z nią przynajmniej raz w tygodniu, opracowywał dla niej osobisty program terapii, wynikający z jej indywidualnych potrzeb, z jej sytuacji życiowej. To działało! Ja pracowałam w przychodni leczenia uzależnien i współuzależnienia. Nie wiem gdzie ty trafiłaś.
katija, nie upadaj na duchu. Czasami jest tak, że nie od razu trafia się we właściwe dla siebie miejsce. Trzeba próbować do skutku.
Życzę ci wytrwałości w walce o siebie samą. Walcz bo to twoje życie, jedyne jakie masz.
w moim miescie najlepis fachowcy sa w osrodku interwencji kryzysowej, radze ci tam sie zglosic, oni maja doczynienia z kazdym problemem, mysle ze warto tam sie zglosic i porozmawiac o wsparciu.
mysle ze narazie powinienes podjac sie opieki siebie, dla tego radze ten osrodek.
ja wierze ze se poradzisz, ja w wieku 19lat zostalam sama w ciazy bez wsparcie bez kasy, poradzilam sobie bo po prostu w to wierzylam:)
trzymam kciuki
Aż mi się łezka w oku zakręciła. Powinnaś go zostawić, do domu bym na Twoim miejscu nie wracała skoro Twój ojciec również wprawia Cię w lęk. A jeżeli podejmiesz decyzję powrotu do rodziców, to ustalcie jasne zasady. Od męża powinnaś odejść i podać go o alimenty zdrowotne, gdyż doprowadził Cię do nerwicy i zastraszał psychicznie, zaniżył Ci wartość. Myśl o córce, dzieci może nie okazują swoich lęków, jednak dużo rozumieją i atmosfera w której wychowuje się Twoja córeczka nie jest zdrowa. Pomyśl o sobie i o niej. Trzymam za Ciebie kciuki, napisz nam jaką decyzję podjęłaś i jak Ci się układa
. Pamiętaj w kobietach siła.