Witam,
w skrócie: nie jesteśmy ze sobą od pół roku... pierwszy miesiąc okropna tęsknota, zerkanie w telefon co chwila, nadzieja że sie odezwie... NIC!!
Po miesiacu zaczełam dochodzić do siebie, bylo nawet fajnie... zrozumiałam że musi tak być, że widocznie lepiej że się tak stało... nagle wielka tęsknota z jego strony, płacz... Ja uparta, nie chciałam powrotu, było mi dobrze samej. Postanowiliśmy zostać "przyjaciółmi" spotykaliśmy się raz na jakiś czas, piwko, jakiś wspólny wyjazd, grill... po przyjacielsku naprawdę. Zawsze w sercu czułam sentyment ale wiedziałam że tak jak jest jest lepiej..ostatnie 2 tygodnie totalnie namieszały w mojej stanowczości...
Przespałam się raz, wszystko wróciło.. myślałam że to będzie zwykłe "wyżycie"... było zupełnie inaczej, wszystkie uczucia we mnie wróciły. Rano ok - "było cudownie, ale żałuję bo wszytsko wróciło, muszę się ogarnąć i zapomnieć.. a przede wszytskim drugi raz tego nie robić"
Minęły ze trzy dni i przeszo, wróciła pewność siebie, i uczucia troszkę osłabły. Kolejne spotkanie, hmm... wieczorne piwko, które on zaproponował.. pomyślałam że spoko, czemu nie? w końcu nie ma opcji żeby do czegoś doszło... wtedy rozmawialiśmy bardzo szczerze jak nigdy jeszcze.. przyszedł do mnie do domu i .... znów się kochaliśmy ale to było takie pożegnanie... rano czułam się lepiej, niż poprzednio. Wiedziałam że oboje sobie ułożyliśmy życie inaczej i nie ma sensu wracać do punktu wyjścia... mimo uczucia do niego było ok. Wieczorem dostałam sms ze teskni ze serce mnie kocha a rozum mówi "nic z tego".. pisaliśmy sporo ale skończyło się na tym że musi tak zostać.
Sobota, basen.. fajnie razem sie bawiliśmy ale tematu uczuć nie było, no może poza jednym pytaniem jego " czemu nie umieliśmy być razem?" ale wybrnełam jakoś i tematu nie było. Później piwka... spałam u niego ... kolejny raz, najgorszy... tym razem oddałam się bez pamięci, nie chciałam żeby ta chwila się skończyła... było pieknie, czułam jak bardzo mnie kocha, czułam jak ja kocham jego...
Poranek, budzi mnie i mówi ze "ona" zaraz przyjdzie i że musze iść ! Boże jak ja sie poczułam... wstałam i wyszłam... poszedł kawałek za mną ale wrócił... za chwile sms ze przeprasza ze tak wyszło, ze jest zerem i ze nigdy w zyciu nie chciał mnie skrzydzic, ze zbyt wiele przez niego wyciarpiałam ze jest zerem etc...telefony...
Nie odpisywałam ani nie odbierałam, czułam się okropnie mimo że nie bylo to dla mnie zaskoczeniem ze ona przyjdzie;/
Wieczorem po którymś tam sms zaczełam z nim pisac... wtedy poza przeprosinami, zalem i ponizaniem siebie napisał że ciągle kocha i nigdy nie przestał.... pękłam.
na drugi dzień pisaliśmy jak bardzo tesknimy za soba jak wiele sie zmieniło w naszych zyciach i jak to wszystko sie pomieszało...jak bylo nam dobrze i jak spierdzieliiśmy wszystko...
Wczoraj nie wytrzymałam, czując się jak kochanka mojego faceta nie było mi najlepiej. z resztą sama wpakowałam się w prawie związek.
Jednocześnie rozwalałam swoj "związek" z drugiej strony, niszczyłam związek jego z tą dziewczyną...
napisałam że cięzko mi tylko pisać z nim o tych uczuciach.... Hmm.. napisał mi " kocham Cię bardzo i tęsknie za każdą chwilą spędzoną z Tobą, ale nie zostawie jej, muszę ją wyciągnąć na prostą..."
A ja wierzyłam że ta historia może się skończyć dobrze.... musze znów nauczyć się żyć bez niego ![]()