Leżąc ostatnio znowu pół dnia w łóżku zaczęłam łączyć kropki.
Z jednej strony nauki św Hildegardy, z drugiej psychoterapia. I wiecie co? To się wcale nie wyklucza. To się idealnie uzupełnia.
Św Hildegarda pisała o umiarze. O harmonii. O tym, że nadmiar szkodzi tak samo jak niedobór. Że człowiek ma żyć w równowadze – jedzenie, sen, praca, modlitwa, odpoczynek.
A ja całe życie robiłam dokładnie odwrotnie.
Albo 100 postanowień naraz, albo totalne odpuszczenie wszystkiego.
Albo jem idealnie zdrowo, albo rzucam się na słodycze.
Albo modlę się „perfekcyjnie”, albo wcale.
Albo dbam o wszystko, albo leżę i nie mam siły wstać.
Psychoterapeuta powiedział mi ostatnio, że moim problemem jest myślenie „wszystko albo nic”. I że mam sobie dać prawo do błędów.
A św Hildegarda mówiła dokładnie to samo tylko innymi słowami – brak umiaru niszczy ciało i duszę.
I ja jestem tego żywym przykładem.
Najpierw latami zaniedbywałam zdrowie – sen rozwalony, stres, słodycze, zero równowagi. Potem wpadłam w drugą skrajność – restrykcje, kontrola kalorii, czytanie tabel, panika że od zdrowych orzechów tyję (718 kcal! szok), a cola zero ma 0 kcal i świat mi się zawalił
Potem znowu perfekcyjne postanowienia. Potem zniechęcenie. Potem chroniczne zmęczenie i leżenie.
I tak w kółko.
Teraz zaczynam rozumieć, że moje ciało jest po prostu zmęczone tą huśtawką. Układ nerwowy też.
Św Hildegarda mówiła o „viriditas” – zielonej sile życia. A ja tę zieloną siłę w sobie sama wyciskałam jak cytrynę, bo chciałam wszystko na raz, szybko, idealnie.
Psychoterapeuta kazał mi wybrać jeden cel. Jeden.
Nie sto.
Nie dziesięć.
Jeden.
I wiecie co? To jest trudniejsze niż jakiekolwiek restrykcje.
Bo ja całe życie żyłam napięciem. Presją. Ciśnieniem. A teraz mam żyć… spokojniej? Wolniej? Z błędami?
Dla mojego perfekcjonizmu to prawie jak herezja
Ale może właśnie tego potrzebuję.
Nie kolejnej diety 0–200 kcal.
Nie kolejnego „od jutra zmieniam całe życie”.
Nie kolejnej listy 20 duchowych postanowień.
Tylko umiaru.
Może świętość nie polega na katowaniu się postanowieniami.
Może polega na tym, żeby nie niszczyć własnego ciała i psychiki w imię bycia „idealną”.
Bo prawda jest taka, że kiedy leżę wykończona w łóżku, to nie służę ani Bogu, ani ludziom.
A kiedy mam choć trochę energii, trochę równowagi – mogę się pomodlić normalnie, mogę wyjść na spacer, mogę z kimś porozmawiać bez irytacji.
I może to jest początek.
Nie rewolucja.
Nie perfekcja.
Tylko mały krok w stronę umiaru.
Może właśnie tego uczy mnie teraz i św Hildegarda, i psychoterapia jednocześnie.
A ja spróbuję tym razem nie robić wszystkiego idealnie.
Tylko wytrwać.