Nie wiem, czy w dobrym miejscu wstawiam wątek, ale zaryzykuję
Bo więc nigdy nie lubiłam dzieci. Już od małego. Nawet jak miałam np.8 lat i moja nauczycielka przyprowadziła na lekcję swoją 3-4letnią córkę i moje rówieśniczki się nią zajmowały, to ja jakoś niechętnie do tego podchodziłam.
Potem w wieku nastoletnim, tak odkąd skończyłam 14 lat moi rodzice odnowili kontakty ze swoją rodziną, która ma młodsze ode mnie dzieci. I to sporo młodsze np. 7 i 10 lat. I co do nich jechaliśmy to ja musiałam się z tymi dziećmi bawić. Raz miałam gorszy moment, byłam bardziej z boku, bo byłam smutna, coś mi w szkole nie szło (miałam 17 lat) to następnym razem wujek do mnie wyskoczył, że jego dzieci narzekały, że ja siedzę tylko przy stole z dorosłymi. I byłam przez to zmuszona się z nimi bawić. Wujek gdzieś polazł, wrócił później, ja się z tymi dziećmi bawiłam aż miałam ich dosyć, na koniec, tuż przed wyjazdem usiadłam z boku to było "A czy [moje imię] bawiła się z Zusią i Maćkiem?"- tak jakby to był jakiś mój obowiązek. Mi było głupio odpyskować, bo taki wiek, a rodzice się za mną nie wstawili.
Albo przyjeżdżała do mnie korepetytorka z francuskiego. Kilka razy nie miała z kim zostawić dzieci, więc zabrała je do nas. Najpierw francuski miałam ja, potem siostra i się tymi dziećmi zajmowaliśmy. To było straszne. Dziewczynka lat 9 i młodsza lat 2-3 a robiły hałasu za cały pluton. Nie potrafiły grzecznie usiedzieć i np. porysować kredkami, gdy im przyniosłam i próbowałam zachęcić, tylko tak rozrabiały, że szkoda gadać. Już pomijam, że nie szanowały czyjejś własności, bo miałam takie kulki w wazonie z kwiatkami, które pod wpływem wody pęcznieją, to się zaczęły nimi rzucać i nie mogłam im tego wyrwać na początku
Albo inni znajomi rodziców, którzy przyjechali i jakąś 1,5 roczną córkę zostawili mi pod opieką, oni zaczęli gadać z rodzicami a ja się musiałam dzieckiem zajmować, nawet zjeść nie mogłam. Ja nie wiem czemu niektórzy traktują czyjeś prawie dorosłe dzieci jak darmowe nianie? Oni te dzieci zrobili to niech oni się opiekują
I tak było wiele razy
Po każdej takiej wizycie kilka dni dochodziłam do siebie, bo zawsze byłam introwertyczką lubiącą ciszę, spokój i własne towarzystwo. Te dzieci też były tak niegrzeczne, że szkoda gadać. Autentycznie 2-3 dni po takiej wizycie z dziećmi musiałam zamknąć się w pokoju i w ciszy dochodziłam do siebie
Wyjechałam na studia i jakoś urwał mi się kontakt z dziećmi, ale kiedyś zrobiłam patent instruktorski z pływania, dostałam od znajomego propozycję wyjazdu na obóz pływacki z młodzieżą, więc chciałam to wykorzystać. I to było straszne. O ile z licealistami dogadywałam się w miarę dobrze, to te najmłodsze dzieci mnie tak denerwowały, że szkoda gadać. Ja nie mówię, że te starsze mnie nie denerwowały. Też mnie denerwowały, ale mniej, niż te np. 7-latki.
Nie lubię po prostu dzieci. Tak ze 2 lata temu trafiłam w internecie na dziewczynę, która napisała, że ona dzieci nie chce. Napisałam do niej, że jak to tak można nie mieć dzieci (dla mnie to był szok, bo miałam wpajane od małego, że dzieci to sens życia i to takie piękne) i ona mi poleciła grupy dla bezdzietnych na fb i tłumaczyła, że dzieci to wybór, nie żadna naturalna kolejność i obowiązek. Wtedy poczułam taką ulgę
Ogólnie zawsze dzieliłam życie na 2 części: wolność przed urodzeniem dziecka oraz zakończenie tej wolności po pojawieniu się dzieci. Mi się nigdy dzieci nie kojarzyły z czymś pięknym, tylko z byciem głośnym i rozwrzeszczanym. Sama widzę masę sfrustrowanych rodziców, którzy niby mówią, że kochają dzieci i to takie fajne, ale widać po ich twarzach, że są nieszczęśliwi.
Rok temu trafiłam na pewnego bloga, gdzie dziewczyna pisała, że nie chce dzieci. Komentarze pod spodem były bardzo przykre. Dziesiątki komentarzy, gdzie kobiety pisały, jak bardzo są niezadowolone z posiadania dzieci, że to właściwie one nie chciały tylko mąż, a one muszą przy tym dziecku wszystko robić
Sama też za bardzo dzieci nie chcę. Lubię ciszę, spokój. Nie wyobrażam sobie chodzić do szkoły, na wywiadówki, ciągać to dziecko ze sobą na jakiś wyjazdach. A nie ukrywajmy- choćby się facet dwoił i troił to większość spoczywa na kobiecie, bo to ona jest w ciąży, to ona musi rodzić, to ona musi znosić połóg i karmienie piersią. Ja mam ogromną tokofobię, panicznie boję się ciąży i porodu. Już jak widzę kobietę w ciąży to czuję ogromny lęk i strach. Tak więc to też jest nie dla mnie (bo wiem, że jak kobieta bardzo chce to strach przełamuje)
Jedyne, czego się boję to tego, że się zakocham i przepadnę. Dam się facetowi namówić na dziecko a potem będę nieszczęśliwa. Już rodzicom w przeszłości dawałam się wiele razy na coś namówić, czego teraz bardzo żałuję (np. wybór studiów, z których jestem bardzo niezadowolona), a to tylko małe rzeczy. Ale niestety jak się zakocham, to potrafię stracić rozum. Wiem niby, że istnieją faceci, którzy dzieci nie chcą. Sama widzę na żywo czy w internecie bezdzietne małżeństwa 30+
Właściwie jedyny powód, dla którego miałabym się decydować na dzieci to właśnie dlatego, że facet by tego chciał, a by, go kochała i uległa, ale czy to odpowiednia motywacja do robienia dzieci?
Ale i tak to do mnie nie dociera
Mam wbite przekonania przez rodziców, że dzieci to sens życia, że to najpiękniejsze co się może trafić, że jak kobieta nie chce dzieci to facet odejdzie do innej, która mu te dzieci urodzi i takie inne farmazony
Nie umiem się tego wyzbyć
Oglądam filmiki na youtube, gdzie kobiety mówią, czemu nie chcą dzieci, sama przed sobą to tłumaczę. Tłumaczę swoje wybory. Jakoś nie może to do mnie dotrzeć i nie mogę wyzbyć się takich przekonań
Czy to jest coś dziwnego, że ja nie chcę dzieci i ich nie lubię?