Hej wszystkim, potrzebuję porad, a nawet zimnego kubła na głowę. Jestem w szczęśliwym związku, z mężczyzną parę lat po 30, bez bagażu, o jakim kobiety mogą sobie tylko pomarzyć. Wymienię parę jego cech, choć oczywiście nie poleciałam na konkretne cechy, tylko na całokształt. Otóż skończył drugie studia (pierwsze było prawo, choć nie praktykuje bo zarabia dzięki firmie kokosy), jest bardzo przystojny, inteligentny, zaradny życiowo, elokwentny, ubiera się lepiej niż większość kobiet, jest bardzo męski, a jednocześnie dojrzały emocjonalnie i kochający, uczuciowy, ma dobre serce, pomoże ludziom na ulicy, a jednocześnie gdy trzeba stanąć w obronie to jest wojownikiem, zarabia bardzo dobrze nie wychodząc z domu, jest słowny, spontaniczny, oczytany, zna się na filmach, muzyce, kocha mnie nad życie i bardziej niż samego siebie (co go momentami przeraża), wysoki, zadbany, chce mieć dzieci, rodzinę (jedziemy się zaręczać niebawem), mieszkanie, samochód, nawet pałkę ma wielką, a wierny jest jak pudel, no mówię wam, ze świecą takiego szukać, ale ja nie mogę do końca się zaangażować. Kocham go i to niesamowicie, ale nie mam chyba na tyle wysokiej samooceny, czy kij wie co żeby się przekonać że to tak będzie trwało. Mieszkamy ze sobą od kilku miesięcy, a ze względu na charakter prac spędzamy ze sobą 24 godziny na dobę. Ale tak dosłownie, bez przerwy. I mi się wydaje, że zaczyna mi woda sodowa do głowy uderzać. Zaczynam doszukiwać się w nim rzeczy (tak głupich, że szkoda gadać, 15 latki nie mają takich problemów), boję się że go zranie i zostanę sama jak palec, jak będę taki skarb traktowała źle. Niestety, jestem po doświadczeniach. Oczywiście, dla niego jestem najpiękniejsza i najinteligentniejsza, zresztą wielu mężczyzn tak o mnie myślało, pomimo mojej patologicznej historii życiowej, bez wchodzenia w szczegóły - poświęciłam lata terapii żeby strawić swoje chore zachowania i nauczyć jakoś kochać siebie pomimo wychowania w rodzinie dysfunkcyjnej. Nie do końca mi to jednak wychodzi. Ciągle czuję się niedostateczna pod jakimś względem (oczywiście nie daje tego po sobie poznać otoczeniu, pewnie ludzie myślą, że taka modeleczka ma wysokie mniemanie, a ja de facto czuję się dobrze tylko kochana, inaczej mam się za zero), ale jest też druga strona mnie, która ciągle chce więcej. Ale czego? Pierwszy raz w życiu jestem obsypywana jakimiś diorami, szanelami i ogólnie czym chcę, znając jego dałby mi gwiazdkę z nieba, gdybym poprosiła. Jednocześnie ciąży na mnie straszna presja, bo wiecie "taki facet trafia się raz w życiu, nie możesz go przepuścić, musisz go już zawsze kochać", a ja się boję takich "zawsze", bo dwa razy oddałam moje serce i zostało to brutalnie wykorzystane do maximum. Ostatni raz nie miałam problemu z wiarą że to będzie już trwało i trwało, ale koleś nagle wpadł w alkoholizm i zmienił się o 180 stopni i tyle z tego trwania było. Nigdy nie miałam wysokich wymagań, a wręcz nie przepadałam za typowo przystojnymi mężczyznami, ten mój naprawdę cholernie się o mnie starał i walczył żeby mnie do siebie przekonać. Byłam taka zrezygnowana, że nie chciałam nikomu dawać już szansy. Mimo, że jestem jeszcze kilka lat przed magiczną trzydziestką, to czuję że mój bagaż doświadczeń mnie przytłacza. Oczywiście, chodzę do psychologa, leczę się, ale teraz jest na urlopie, a ja potrzebuję usłyszeć opinie innych ludzi. Boję się też, że przez intensywność naszego związku szybko się sobą znudzimy (nigdy się nikim nie znudziłam, i wątpię żebym była do tego zdolna w dosłownym sensie, chodzi mi bardziej o to, że za szybko przebrniemy przez pierwszą fazę bycia ze sobą i szybko popadniemy w rutynę), bo 24h non stop to jednak dużo, co więcej mamy tak od pierwszego spotkania, więc nie mogliśmy nigdy za sobą zatęsknić nawet. Czytam różne wątki i tylko się dołuje, bo tyle kobiet słyszało to co ja "jesteś tą jedyną, nigdy przy nikim się tak nie czułem, kocham cię najbardziej na świecie, umarłbym za ciebie, nie przeżyłbym jeśli coś by ci się stało" i inne tego typu, a potem nagle BUM, wszystko się sypie. Boję się czasem, że tak będzie i ze mną, że nie zasługuje na szczęście, choć wszystkie te zwroty były wypowiedziane kilkukrotne ze łzami w oczach i podczas bardzo intensywnych rozmów na nasz temat (potrafi się czasem bać, że go wykorzystam lub zostawię, a on nie da sobie z tym rady). On nigdy wcześniej nie kochał, był z kobietami, z jedną nawet prawie dekadę, ale ciągle tylko go irytowały ich zachowania, przyzwyczajenia, braki w wyglądzie czy intelekcie - nie wiem jakim cudem we mnie tego nie dostrzega - mówi że przez te miłość stał się zupełnie innym człowiekiem i faktycznie, znajomi i rodzina go nie poznają, bo z dnia na dzień zmienił wieloletnie nawyki, on nigdy wcześniej nie powiedział żadnej kobiecie że ją kocha - potwierdzone info - był bardzo zamknięty, niekochliwy, a dopiero niedługo przed poznaniem mnie zaczął mieć pragnienie założenia rodziny i znalezienia miłości. Spotkał parę kobiet przede mną w tamtym okresie, ale także do żadnej nie poczuł "mięty", o zakochaniu po uszy nie wspominając. No ale ja mam oczywiście obawy... Co jeśli mu przejdzie zauroczenie i będzie między nami kijowo? Jest długodystansowy jeśli o związki chodzi, więc wiem że by mnie nie opuścił (a raczej staram się w to wierzyć, bo nic nie wiem na pewno, ale nie chcę dokładać sobie kolejnej paranoi), no ale co jeśli pogorszy się jakość naszego życia i nie będę w stanie już dać mu tego zastrzyku endorfin, który przy mnie dostaje? On by mi najchętniej już dzieciaka robił, ale tak samo było z tym poprzednim i teraz bardzo trudno mi wierzyć w trwałość czegokolwiek tak intensywnego. Oczywiście głęboka miłość też się między nami rozwija, nie brniemy na motylkach, zresztą nie da się ich ciągle czuć po takiej ilości czasu ze sobą. Bardzo się wzajemnie budujemy, zmieniamy, dojrzewamy dla siebie. Od drobnostek, po rzeczy ważne, zaszczepione w nas jeszcze za dzieciaka. Pracujemy nad sobą i doskonalimy swoją relację. O wszystkim rozmawiamy otwarcie i bez ogródek. Na początku był jakiś tydzień, gdzie gryźliśmy się ze sobą troszkę, ale naprawiliśmy to. Zrozumieliśmy nasze wymagania i co każde z nas musi zrobić i oboje wywiązaliśmy się ze swoich partnerskich obowiązków, tak by nikt nie ucierpiał. Nie jest to związek niedojrzały, oparty na idealizacji, czy płytki/powierzchowny. Zaglądamy sobie do głów bardzo głęboko, oczywiście nie codziennie, nie robimy sobie lobotomii, i jesteśmy przyjaciółmi w równym stopniu, co kochankami. Oczywiście, że pragnę za niego wyjść i pozwalam sobie na marzenia o rodzince, skoro i On o tym myśli, ale nie potrafię trochę w to wszystko uwierzyć. Post piszę nieco niedbale i wręcz dziecinnie, bo tak się czuję gdy nachodzą mnie wątpliwości, ale nie jestem aż tak niedojrzała czy nieświadoma siebie, by nie rozróżniać zauroczenia od potężnych filarów do budowania prawdziwej miłości. Byłam jakiś czas kobietą kochającą za bardzo, i z tego także musiałam się wyleczyć. Czy ja po prostu nie umiem zaakceptować szczęścia, bo jeszcze nigdy wczesniej mnie nie spotkało? Boję się, że jeśli w to uwierzę, to się obudzę. Czuję, jak podświadomie próbuje go zdewaluować, bo bronie się przed brnięciem dalej. Chciałam trochę zwolnić, ale wiem że sprawia mu straszny ból bycie beze mnie i zrobiłby to tylko dla mnie, no ale w ostateczności mogę poprosić o parę dni bez siebie. Myślicie, że tego właśnie potrzebuję? Ułożyć to sobie w głowie, przełożyć jakoś na prosty język, że on mnie kocha i powinnam się cieszyć i angażować, zamiast bać się o jutro, którego nikt mi przecież nie zagwarantuje? Czy ja potrzebuję jakiejś degeneracji przez DDD żeby czuć się kochaną? Mam nadzieję, że ktoś tu jest na tyle inteligentny, że pomoże mi uporać się z choć jedną kwestią z tego wszystkiego, co wymieniłam.
Życzę wszystkim cudownego dnia i bardzo dziękuję za przeczytanie! :*