To mój pierwszy post i z góry przepraszam, jeśli będzie przydługi, ale potrzebuję obiektywnej opinii. Mianowicie chodzi o moje małżeństwo, albo szkielet małżeństwa, który ledwo się trzyma. Pokładam w tym forum nadzieję, że pomoże mi znaleźć odpowiedzi na kwestie siedzące w mojej głowie, a że w normalnym życiu nie mam z kim o tym porozmawiać to tych emocji i żalu zebrało się we mnie bardzo dużo.
Ale może zacznę od początku.
K. poznałam w 2015r., przyjechał tutaj na studia zza granicy. Od razu wpadł mi w oko i zaczęliśmy rozwijać naszą znajomość. Spotykaliśmy się przez 3 miesiące do momentu podjęcia decyzji o wejście w związek. W tym momencie zapalała mi się lampka i wielu znajomych mnie ostrzegało, że to przecież obcokrajowiec, pewnie przyjechał tutaj na chwilę, wykorzysta mnie i zostawi. Bardzo długo miałam wątpliwości, ale coraz bliższe poznawanie się z K. utwierdzało mnie w przekonaniu, że to myślenie jest błędne. K. stracił dla mnie głowę. Byłam dla niego najważniejsza i przyznaję, że po serii zawodów po poprzednich znajomościach uwiodło mnie jego zachowanie. Był bardzo szarmancki i kulturalny (do dzisiaj jest, czasem aż za bardzo), odnosił się do mnie z szacunkiem, poświęcał mi bardzo dużo uwagi, no właśnie, dużo za dużo. Tutaj zaczynają się pierwsze problemy w naszym związku. Przed poznaniem go byłam osobą niezależną, mającą zawsze swoje zdanie, zdecydowaną, wiedzącą co chcę od życia i też umiejącą walczyć o swoje. Byłam również osobą wolną, lubiącą swobodę (w pozytywnym sensie), szaloną, korzystającą z życia. I właśnie.. K. zaczął mnie bardzo kontrolować. Zaczęło się od tego, że non stop do mnie pisał, chciał wiedzieć wszystko, od tego co robię, po to co się zmieniło po godzinie od robienia ostatniej rzeczy itd. Wtedy wydawało mi się to dziwne, ale próbowałam to sobie jakoś usprawiedliwić, że się o mnie troszczy, że go ciekawię i nawet mi to schlebiało na początku, że tak się mną interesuje. Zaczęło mi to przeszkadzać w momencie, gdy wychodziłam gdzieś ze znajomymi lub gdy przez dłuższą chwilę nie odpisywałam. Gdy otrzymywał informację, że gdzieś wychodzę to automatycznie stawał się “przyduszony”, zimny w stosunku do mnie. Już przed wyjściem zaczynała się kontrola: a gdzie idę, z kim, po co, na co, o której wyjdę, co ubieram, nie zapomnij do mnie pisać blabla. W trakcie spotkania, gdy nie odpisywałam dłużej zaczynał swoje “jazdy”: kilkanaście wiadomości, dzwonienie, zły humor, wymuszanie na mnie podporządkowania się, pełna manipulacja. Początkowo uważałam to za fajne, że kurde facet jak się o mnie troszczy, pyta cały czas gdzie jestem i z kim, co robię. Dostawać tyle uwagi od faceta - BAJKA. Ale byłam wtedy głupia i naiwna, lecz na swoje usprawiedliwienie mam to, że już wtedy moja intuicja podpowiadała mi, że to nie jest okej. Mimo to próbowałam jakoś to zaakceptować, pomyslałam - a może ma taki charakter? Zaczęło się o to kłótnie, pokazywałam mu i dawałam do zrozumienia, że takie zachowanie mi się nie podoba. Później były próby rozmowy, bez emocji, w trakcie czego tłumaczył się, że on się po prostu o mnie martwi i nie chciałby, żeby coś mi się stało, a jakby mi się coś stało to chociaż wie, gdzie jestem i z kim blabla. Okej, myślę sobie, że to mega słodkie. Kupił mnie tym. Co nie zmienia faktu, że to jego kontrolowanie doprowadzało do wielokrotnych kłótni, ale żyliśmy jakoś dalej. Hm, żyliśmy.. ciężko to nazwać życiem, bo nawet nie zauważyłam kiedy wpadłam w ręce manipulanta.. Jego kontrola stała się dla mnie normą. Do takiego stopnia, że stałam się taką samą osobą kontrolującą jak on. Zaczęłam go kontrolować, wypytywać, stawać się nerwowa, jeśli szybko nie uzyskałam od niego informacji zwrotnej (np. już po 10 minutach od mojej wiadomości byłam nerwowa, że nie odpisuje..). Stało się dla mnie to tak normalne, że widząc wśród znajomych przeciwieństwo - rzadkie pisanie ze sobą, nie dopytywanie się o szczegóły, częste kontakty itd. - wysuwałam wnioski, że pewnie w ich związku jest źle, nie są szczęśliwi, nie kochają się tak bardzo jak my. Idealnie prawda? Ptaszek wleciał do klatki i sam się w niej zamknął. Dodam, że pomimo naszego 5 letniego stażu, on nie zmienił się. Nadal mnie kontroluje, wypytuje. Np. ostatnio jak byłam na piwie z koleżanką i nie odpisywałam przez 2 godziny, bo tak nam się dobrze rozmawiało i też przyznaję, chciałam od niego odpocząć i skupić się tylko na koleżance, ten wydzwaniał do mnie co minutę, co dało mu w sumie 25 połączeń do momentu mojego odpisania. Ja z tego błędnego koła kontroli się wydostałam, całe szczęście. Nie czuję już tak silnej potrzeby kontaktowania się z nim i kontrolowania jego. Ale ta historia nie kończy się tylko na tym, bo manipulant wykończył mnie psychicznie o wiele bardziej, niż tylko tym co powyżej. Ale to w dalszej części historii.