Co to jest, kiedy facet ma problemy z kontrolowaniem emocji, dusi w sobie dlugo a potem wybucha i juz sie nie kontroluje, wyzywa, przeklina, meczy psychicznie, szantazuje, nagaduje takich rzeczy ze hej, posuwa sie do przepychanek, plucia, wyrzucania mnie z domu, tak, jakby cos w niego wstapilo. Ja to nazywam - nakrecaniem sie, kiedy emocje u niego biora gore nad rozumem.
Mowi i robi rozne rzeczy, ktore ja swietnie pamietam, ale on - nie dosc ze nie pamieta, to jeszcze mi wmawia, ze on nigdy czegos takiego by nie powiedzial! To tak jakby pijak powiedzial, ze nie pamieta, bo mu sie film urwal.
Czy to sie kwalifikuje do jakichs zaburzen psychicznych??? Emocjonalnych?? Czy to normalne??
Powiedzial mi np, ze ja sie do jego kraju przeprowadzilam do niego, tylko po to, zeby go wykorzystac, miec dach nad glowa i jedzenie za jego koszt, do czasu az znajde prace i go zostawie, wiele razy mi to mowil i tym mnie meczyl. WIELE! A teraz mowi, ze nigdy czegos takiego nie powiedzial!! (Ja rzucilam wszystko, prace, kraj, i przenioslam sie do jego kraju by z nim byc)
Takze, 2 razy mowil o samobojstwie, jak mu o tym przypomnialam niedawno, to sie baaaardzo zdziwil, i mowil ze to niemozliwe!
I on uwaza, ze nie ma problemu, ani ze nie jest agresywny, bo mnei nie uderzyl..
Wczoraj w koncu ze mna zerwal, bo chyba przeczuwal, ze to ja z nim zerwe, bo juz mialam dosc. I jak to zrobil? Przez sms, potem maila, nagadal mi, ze to wszystko moja wina, ze to ja mam problem sama ze soba. Dodam, ze tak samo podsumowywal byle partnerki, ze go tak bardzo unieszczeliwily, kiedy on dawal im wszystko, ze go wykorzystaly, i na koniec, ze to ich wina, bo byly psychiczne, kazda o dziwo, miala jakis problem. Ja nie mowie, ze ja nie mam problemow, kto nie ma, ale jak tak mozna zwalic wine na kogos za upadek zwiazku? Kiedy ewidentnie samemu ma sie jakis problem???
Oczywiscie on dalej uwaza, ze nie ma problemu. Mi to tam juz musi zwisac i powiewac, trzeba sie pozbierac, ale tak z ciekawosci pytam.