Cześć. Jakiś czas temu udzielałam się trochę w wątku Beyondblackie, ponieważ nasze historie były do pewnego momentu bardzo zbliżone. Historia z cyklu: zauroczenie inną osobą, kiedy jednocześnie jest się w długoletnim, fajnym związku.
Podobnie jak BB, również i ja dałam w odpowiednim czasie ostro po hamulcach, czyli wtedy, kiedy zorientowałam się, że za dużo fantazjuję. Samo podejrzenie, że mogłoby to pójść w złą stronę, stało się dostatecznym sygnałem alarmowym. Podejrzenie, przypuszczenie, umiejętność przewidywania, chęć zapobiegania... Ponieważ jeśli chodzi o czyny i słowa, to nie zdarzyło się nic, czego musiałabym się wstydzić. Czyli zawsze było grzecznie.
Nazwałabym ten stan: zauroczeniem, zachwytem daną osobą, radością ze spotkania jej w swoim życiu. Statusu zakochania stanowczo bym temu nie dała. Pewnie również dlatego, że należę do osób, które nieprędko tracą głowę i udaje mi się zachowywać zimną krew nawet w dość emocjonujących sytuacjach. Znaczy – emocje mną w prawdzie szarpią, ale jestem równocześnie jakby ponad nimi – kto zna ten stan, ten mnie zrozumie.
I teraz tak... Chciałabym zachować tę znajomość mimo wszystko. Lubię tego człowieka, jego myśli, charakter, czuję czułość, kiedy o nim myślę. Gdy go nie widzę „nie wzdycham, nie płaczę”.
Jednak co tu dużo mówić – istnieje między nami ten rodzaj chemii, która aż strzela w powietrzu, kiedy gdzieś tam się przypadkiem spotkamy. To jest wręcz nieznośne i jak się domyślam, zauważalne dla otoczenia: dwoje ludzi zachowuje się normalnie i swobodnie, a kiedy to drugie wchodzi do pomieszczenia, to oboje zaczynają szybować na różowych obłoczkach. Nie wiem, co to jest, odurzenie chemią, feromonami?
Nie widziałam się z nim niemal od roku, ale kontaktujemy się ze sobą od czasu do czasu mailowo. Maile te dotyczą najczęściej jakichś poleceń książek, filmów, dyskusji na tematy psychologiczne, filozoficzne, religijne, światopoglądowe. Nie ma w nich flirtu, są utrzymane bardzo neutralnie, choć zawierają dużo elementów wzajemnego wsparcia i okazywania sobie sympatii.
Raz zapytał mnie, czy miałabym ochotę pójść z nim na kawę. Ale go zbyłam. Bo co... bo się waham. Może chodzi tu głównie o to, że ja raczej nie mam męskich przyjacół, z którymi ot tak sobie kawkuję. Mam dobrych znajomych, wśród nich również mężczyzn bardzo atrakcyjnych, którzy jednak nie działają na mnie tak jak on i to jeszcze z wzajemnością.
Moje pytanie do Was: czy da się tego typu znajomość jakoś konstruktywnie i mądrze kontynuować? O dziwo ten mój znajomy podchodzi do tematu chyba dość na luzie. Jako inteligentna osoba oczywiście zauważył, co się dzieje. Rok temu pociągnął sam ten temat i powiedział do mnie coś w tym stylu; „Przecież można się tym (w znaczeniu: chemią między nami) po prostu delektować i tyle”. Spaliłam buraka. Wiem, że on wie i vice versa. Ale nie jestem przekonana do jego teorii i czy on dobrze kombinuje.
Czy faktycznie może być tak, że niektórym udaje się „delektować tak tylko”, bez żadnych oczekiwań, bez chęci pójścia dalej? W myśl zasady: w prawdzie jesteśmy dla siebie atrakcyjni, ale jesteśmy także ponad to? Da się tak?