Witam wszystkich.
Czytam to forum około pół roku, od jakichś 3 miesięcy zastanawiałam się nad tym, czy napisać tu coś o sobie i czy ma to jakikolwiek sens. Dziś nadszedł ten dzień, w którym się na to zdecydowałam. W sumie nie wiem po co to robię... Przeczytałam naprawdę wiele tematów i widziałam, że naprawdę dużo osób to chyba pomogło, albo coś w tym rodzaju...
Nigdy nigdzie nie pisałam ani nigdy z nikim nie rozmawiałam o tym co mnie trapi i co siedzi w mojej głowie, nie umiem tego robić, nie umiem rozmawiac, ani opisywać tego co czuje, zatem pewnie cały ten tekst będzie bez wiekszego ładu, za co chciałabym z góry przeprosić.
W sumie to nawet nie wiem od czego zacząć i o czym napisać... Może zacznę od początku. Od początku, czyli chyba od dzieciństwa... Dodam w sumie moze, ze mam 22 lata.
Pierwszym moim ogólnym wspomnieniem, które pamiętam jest sytuacja, gdy mój tata przytrzaskuje łóżkiem moją mamę, a ona nie może oddychać... Nie mam pojęcia jakim cudem pamiętam coś takiego, nie wiem dokładnie ile mogłam mieć lat, może z 2 albo 3? Czy to w ogóle możliwe?
Późniejsze wspomnienia z dzieciństwa były tylko gorsze albo na takim samym poziomie. Mój tata był alkoholikiem, wcześniej wdychal klej i był wtedy bardzo agresywny, chyba nigdy nie zapomnę jego twarzy i wzroku, był straszny. Gdy nie był trzeźwy, zawsze gdy wracał były awantury prowadzące do przemocy wobec mamy, gdzie ja z bratem probowalismy ja bronić, stawac miedzy nich, ja czesto blagalam go płacząc, zeby jej nie bil, trwało to zazwyczaj pół albo cała noc, potem gdy mama kupiła sobie komórkę, trwało to aż w końcu wezwana była policja. Wtedy moj tata zawsze uciekał, policja przyjezdzala, coś pisała, a ja następne kilka godzin nie mogłam zasnąć trzęsac się i nie mogąc się uspokoić. Mama wtedy mówiła, żebym się nie trzesla, bo już poszedł, ale ja nie umiałam, wtedy czasem ja to denerwowalo, bo spalysmy razem, bo nie miałam swojego pokoju. Tak zazwyczaj wyglądały dni i noce, kiedy był nietrzeźwy. Kiedy po kilku dniach trzezwial, oni się godzili i było jakby nic się nie stało, do następnego razu. Bylo tez tak, ze przyszedł w nocy i budząc nas zaczal grozic mamie nozem, przykladajac go jej do gardła. Glosne krzyki, wyzwiska i placz byl oczywiście zawsze. Tak mniej więcej wyglądało całe moje dzieciństwo, skończyło się to gdy miałam 15 lat. Tamtej nocy przyszedł z jakimś grubym, metalowym łańcuchem, standardowo budząc nas i robiąc awanturę. Wymachiwal tym łańcuchem w kierunku mamy, nie umiem opisać jak straszne to było. Mama z bratem krzyczeli, żebym zadzwoniła po policję, ale ja płacząc mówiłam, że nie chce, żeby brat zadzwonił, pamiętam że brat na mnie krzyczał, ale nie pamiętam kto w końcu zadzwonił. Tata standardowo uciekł, ale tym razem jakoś nie od razu, tylko został jeszcze chwilę stajac się jeszcze agresywniejszy, miał takie straszne oczy... Pamiętam do dzis, jak blagalam go żeby przestał, próbowałam go uspokoić, a on tylko spojrzał na mnie raz, ale jakby mnie nie widział... Za chwilę uciekł. Nie wrócił już tej nocy. Byłam wtedy chora, spałam w łóżku, mama z babcią (od taty) wpadły do domu zaplakane i powiedziały, że tata nie żyje. Nie pamiętam co wtedy poczułam, pamiętam tylko że nie mogłam tego pojąć na tamten czas.
Pewnie niektórzy pomysleliby, że to dobrze, że w końcu koniec tego wszystkiego.
Ja jednak nie umiałam... Gdy w końcu zrozumiałam co się stało i że już go nie ma to płakałam. Płakałam gdy nikt nie widział, tesknilam za nim. Gdy był trzeźwy, był wspaniałym człowiekiem. Inteligentnym, zabawnym, był taki jak ja, to była dziwna więź, bo chyba powinnam go nienawidzić, a chyba tęsknię za nim do tej pory, a minęło 7 lat. Mama zawsze była bardziej za bratem, a tata za mną, a nagle go nie było... Mialam poczucie winy, że to moja wina, bo to ja zadzwonilam po ta policję, dlatego musiał uciekać i dlatego zdarzył się tej wypadek. Nad ranem znaleźli go na schodach, na klatce schodowej kilka budynków dalej. Obwinialam się, że to moja wina, ale nie byłem do końca pewna czy ja wykonałam ten telefon. Potem już po pogrzebie, gdy przegladalam jego rzeczy, znalazlam zeszyt ze spotkań AA, na które chodził i to co tam przeczytałam sprawiło, że sie poplakalam, było mi go szkoda i było mi przykro, że nie mogłam mu pomóc, że nawet z nim nie porozmawialam... Pisał tam, że znów nas zawiódł, że tego żałuję i że chciałby się zmienić, że nam to wynagrodzi. Miał depresję, a ja nawet o tym nie wiedziałam... Nie umiał sobie z tym poradzić, był z tym sam. Żałuję, że nie bylam wtedy starszą i nie rozumialam tego, że nie pomoglam mu. Pomimo tylu złych chwil, dni, miesięcy, lat, byly też dobre, byly dobre chwile... Szkoda, że alkohol nim zawładnąl.
To teraz może trochę o mnie. Od małego w sumie byłam trochę nieśmiałym dzieckiem, wstydzilam się wielu rzeczy, nie bylam odważna. Jednak wychodzilam na dwor, bawilam sie z innymi dziecmi, bylam w miarę normalna. W podstawówce miałam przyjaciółkę, kolezanki, znajomych, bylam jak inni, tak mi się wydaje. Potem poszłam do gimnazjum, trafiłam do innej klasy niż przyjaciółka, jednak poznałam inne koleżanki, było w miarę dobrze. Jednak z czasem zaczęłam stwarzać trochę problemów, nie uczylam się, opuszczalam szkole, ale dalej miałam koleżanki i tak dalej. Robilam sobie krzywdę tnac rece. Ktoregos razu jak szlam z mama nad jeziorem to zauwazyla, ze mam pociete rece, pomimo kilkunastu bransoletek. Obrazila sie wtedy na mnie i poszla szybszym krokiem. Kiedys jak jeszcze tata zyl to tez to robilam, on wtedy mnie wysmial pytajac dlaczego tak płytkie te szramy. Potem gdy tata umarł, bylam jeszcze gorsza, przestałam całkiem chodzić do szkoły, bylam straszna dla mamy, wpadłam w nieciekawe towarzystwo, miałam problemy z prawem, dostalam kuratora. Zamiast wesprzeć mamę, bo było jej ciężko to jeszcze dokladalam jej problemów, ale nie zdawałam sobie z tego sprawy. Byłam dla niej wredna, a gdy nikt nie widział to płakałam.
Chyba trzy miesiące po śmierci taty, umarła mama mojej mamy. Umarla moja babcia, a mnie to nie obchodziło, nie ruszyło mnie to za bardzo.
Nie mieliśmy wtedy za bardzo pieniędzy. Mama dostała propozycję wyjechania do Anglii do pracy, zgodziła się. Pojechała, najpierw sama, zostalismy z bratem sami. Niby pod opieka cioci, ale przyszła chyba z 3 razy, czyli można powiedzieć, że zostaliśmy sami.
Podczas jej nieobecności robiliśmy imprezy, byli znajomi, niby fajny czas, a jednak mi było ciężko. Miałam wtedy prawie 16 lat, a było mi mega źle, że jej tu nie ma. Po dwóch miesiącach po nas przyjechała, a ja nie chciałam wyjeżdżać, chciałam zostać w Polsce, ale nie miałam nic do gadania. W dzień wyjazdu byłam bardzo smutna, jakby mi serce pekalo, a to przecież tylko wyjazd...
Przylecialysmy, na początku było ok, bo wszystko nowe. Jednak już po kilku dniach nie mogłam wytrzymać, ciągle płakałam i nie wiedziałam co że sobą zrobić. Pamiętam że rozmawiając o czymś, nagle z niewiadomej przyczyny pobieglam do siebie na górę i zaczęłam płakać, nie wiem czemu.
Za jakiś czas poszłam do college'u, na tak zwany esol, aby nauczyć się języka. Mimo tego, że z angielskiego w gimnazjum zawsze na koniec miałam 5 (tylko z angielskiego, zawsze go lubilam) to tutaj nic nie rozumialam, była tragedia. Nie moglam się przełamać, żeby zacząć mówić, bo się wstydzilam. Nienawidzilam tej szkoły, ludzi tam, z nikim tak bliżej się nie zakolegowalam, z nikim normalnie nie rozmawiałam. Stałam się dziwna, taka dzika, wstydzilam się. Zaczęłam mówić dopiero półtora roku później, sama z siebie, żeby coś załatwić, ale dalej nie z ludźmi że szkoły, nie miałam żadnej koleżanki. Znów zaczęłam opuszczać lekcje, narobilam sobie problemów. Ciągle siedzialam w domu, nigdzie nie chodziłam, nic nie robiłam. Jakoś skończyłam kurs.
Poszłam dalej do szkoły, wybrałam kierunek animal care, bo od zawsze kochalam zwierzęta. Jednak tam czulam się jeszcze gorzej, sama wśród samych Anglików, czulam się gorsza. Znów z nikim nie rozmawiałam, ciągle siedzialam sama, na przerwach sama. Już całkiem zamknęłam się w sobie, wstydzilam się jeszcze bardziej, było mi zle, bylam z tym sama. Idac do szkoly, mijalam tory, a na mysl przychodzili mi mysli, ze któregoś dnia po prostu pod nie wskocze. Mama tylko ciągle robila awantury, bo nie chodziłam do szkoły, znów, ale nie umiałam tam wytrzymać. Czulam się jak jakies piąte koło u wozu, nie pasowałam do nich, czulam się gorsza. Jakoś zdalam, skonczylam Level 1. Nie chciałam iść dalej, nie wytrzymalabym tego. Musiałam więc iść do pracy. Jednak nie znalazłam jej tak od razu, więc siedzialam w domu. Ciągle siedzialam w domu, całe dnie, na komputerze albo spiac. Nie widziałam żadnego sensu, codziennie płakałam i czulam się okropnie i nie wiedziałam co mam zrobić. Moim życiem był komputer i sen. W końcu znalazlam pracę. Pracowałam w warehousie, było bardzo ciężko, musiałam podnosić po 15 kg, co dla mnie nie było za łatwe. Jednak nie to było najgorsze, a ludzie. Strasznie się wstydzilam ich, nie chciałam żeby ktokolwiek mnie widział. Jestem bardzo niska, mam 155 i bałam się, że pomyślą "co to za dzieciak tu przyszedł". Nie dość, że wyglądam strasznie młodo z twarzy to jeszcze jestem karlem... Wstydzę się tego. Wstydzilam się na tyle, że chodziłam na 30 minutowa przerwę do łazienki. Siedzialam w kabinie, jadłam sniadanie i czekałam aż przerwa się skończy. Tak, jadlam sniadanie w kiblu... Wiem, ze to chore, ale nie bylabym w stanie zjesc czegokolwiek w miejscu, w ktorym jest tyle ludzi... Zorientowalam sie pozniej, ze przy wejsciu do damsiej lazienki jest kamera, ktora pewnie kontroluja ochroniarze, ktorzy stali przy wejsciu na hale. Jak sie wychodzilo z hali to trzeba bylo przejsc przez bramki, oni tego pilnowali i wydawalo mi sie, ze po jakims czasie dziwnie zaczeli sie na mnie patrzec. Pewnie widzieli, ze wchodze do lazienki i siedze tam tyle czasu codziennie. Nie chce myslec co sobie o mnie mysleli. Po jakims czasie nie wytrzymalam tego, bylo mi tak wstyd, ze nie moglam juz tam wrocic. Mame oklamalam, ze nie ma tam wystarczajaco pracy. Po jakims czasie bardzo tego zalowalam, bo kolejnej pracy znow tak szybko nie znajde, dodatkowo bardzo stresowalam sie tymi rozmowami o prace. I znow siedzialam jakis czas w domu, znajdywalam prace, pracowalam jakis czas i nie dawalam rady... Nie umialam sie odnalezc w zadnej pracy, zawsze jak jakis dziwak z boku, nigdy nic nie powie, nie zazartuje. Nie umiem rozmawiac z ludzmi, tak normalnie, na luzie, o czymkolwiek. Jesli nie mam wczesniej ustalonego w glowie co mam powiedziec to kompletnie mnie zatyka, nie umiem dobrac slow, ani skleic zdania, nawet po Polsku. Caly czas sie pilnuje, nie umiem byc soba, zapominam slow, jakby mi sie mozg wylaczal, mam pustke w glowie calkowita.
Na poczatku bylo mi zle, smutno, mialam glupie mysli, samobojcze, ale wiedzialam, ze nigdy bym tego nie zrobila, bo nawet na to nie byloby mnie stac.
Potem chyba byla obojetnosc, obojetnosc na wszystko, nic nie mialo sensu, nic mnie nie obchodzilo.
Potem mialam taki czas, ze chcialam chyba bliskosci, zeby ktos przy mnie byl. Poznalam chlopaka, ale nie wyszlo. Spotkalismy sie chyba tylko z 5 razy i na tym koniec. Ja za nim plakalam jakby niewiadomo kim dla mnie byl i jakbym niewiadomo co do niego czula, a nie czulam nic. Za jakis rok poznalam drugiego, tez nie wyszlo, tez cos tam zabolalo, ale zdalam sobie sprawe, ze nie wiem nawet na czym mialby polegac zwiazek, nie mam pojecia o co w tym chodzi, z czym to sie je. Nie widze w tym zadnego sensu, nie wiem czym jest milosc.
I jestem teraz w tym miejscu, gdzie czuje sie pusta, jakby bez emocji. Nawet nie wiem jak to opisac, jak to nazwac. Nie mam zadnego celu, nic nawet mnie nie bawi, nie chce nic robic, nigdzie wychodzic. Dalej siedze cale dnie w domu, od 2 lat nie wychodze z niego, moze jedynie raz na tydzien do sklepu, a nawet z tym mam problem. Boje sie. Boje sie wyjsc, boje sie wejsc do sklepu. Nie moge tego pojac. Dalczego boje sie takich rzeczy? Boje sie, gdy idac, ktos zwroci na mnie uwage, spojrzy na mnie. Boje sie isc na rozmowe o prace, boje sie z kims porozmawiac. Boje sie wszystkiego, dlaczego... Czuje sie zalosna, jestem zalosna.
Wiem, ze moje zachowanie nie jest do konca normalne. Kiedys myslalam, ze po prostu taka jestem, niesmiala, introwertyczka, ktora nie potrzebuje ludzi. Chyba do konca tak nie jest. Chyba doroslam w koncu do tego, aby cos z tym zrobic. Znalazlam to forum, dowiedzialam sie duzo. Chcialabym isc do lekarza, chcialabym zmienic siebie i swoje zycie, bo ja nie zyje, a tak juz nie chce... Ale nie umiem. Nie umiem isc do lekarza, boje sie, wstydze. Boje sie, ze powie, ze wymyslam, ze klamie, zebym sie ogarnela i przestala marudzic. Boje sie tego, a doskonale wiem, ze takiej sytuacji nigdy by nie bylo. Raz wyszlam z domu i stalam przed budynkiem, ale nie weszlam, ucieklam, bylo mi wtedy wstyd przed sama soba, ze jestem az tak zalosna.
Kurcze, ale sie rozpisalam, pewnie wyszly z tego same glupoty, bez ladu i sensu... Pierwszy raz w zyciu 'mowie' o swoich uczuciach i myslach, dziwne to...
W sumie nie wiem po co, po przeczytaniu tego potem bede czula zazenowanie tym, co tu napisalam...
Watpie, aby ktokolwiek to w ogole przeczytal, ale jesli jednak to dziekuje i pozdrawiam.