Czy uważacie ,ze dziewczyna która wychowuje się bez ojca możne mieć problemy ze związaniem się z kimś ,z założeniem rodziny,problemy emocjonalne?
Podobne tematy
Co prawda nie jestem dziewczyną, lecz nie zauważyłem takich problemów.
Więc nie sądzę by brak ojca miał jakikolwiek wpływ.
Przynajmniej nie zawsze.
Ja wychowywałam się bez ojca i widzę i wiem, że ten fakt ma bardzo duży wpływ na moje życie uczuciowe, emocjonalne i relacje z mężczyznami. Czuję się wręcz w pewnym sensie trochę "wypaczona" pod tym względem.
Tak samo ma się sprawa gdy ojciec jest alkoholikiem- każdy nienormalny/brak kontaktu z którymś z rodziców wpływa negatywnie na naszą psychikę. Czasem wiecej czasem mniej. Mówi się że faceci wybierają kobiety podobne do swoich matek- myślę, że dziewczyny szukają drugich ojców gdy ci są dobrzy, lub unikają jak ognia ich wad (ja tak na przykład mam)
Ja wychowywałam się bez ojca i widzę i wiem, że ten fakt ma bardzo duży wpływ na moje życie uczuciowe, emocjonalne i relacje z mężczyznami. Czuję się wręcz w pewnym sensie trochę "wypaczona" pod tym względem.
W jaki sposob? Moze rozwiniesz ![]()
lub unikają jak ognia ich wad (ja tak na przykład mam)
O,to ja tez.
Anemonne napisał/a:Ja wychowywałam się bez ojca i widzę i wiem, że ten fakt ma bardzo duży wpływ na moje życie uczuciowe, emocjonalne i relacje z mężczyznami. Czuję się wręcz w pewnym sensie trochę "wypaczona" pod tym względem.
W jaki sposob? Moze rozwiniesz
Zacznijmy od tego, że nieustannie sabotuję swój związek i swoje szczęście. Każda kłótnia, nawet najbardziej błaha, sprawia, że kwestionuję całą naszą wspólną przyszłość - ze strachu że nam nie wyjdzie. Oczywiście myślę tak tylko w chwilach, gdy się kłócimy, bo kiedy jest dobrze, jestem pewna, że chcę spędzić z nim życie. Podejrzewam, że to klasyczny przypadek, kiedy kobieta ze strachu przed porzuceniem próbuje porzucić pierwsza. Na szczęście mam jeszcze na tyle przytomności umysłu, że nie podejmuję pochopnych decyzji, których potem będę żałować.
Podświadomie jestem przekonana, że prędzej czy później każdy facet by mnie skrzywdził, więc mój związek jest nieustanną walką z mojej strony o to, by być niezależną i w każdej chwili gotową na bycie porzuconą. Nieustannie analizuję wszystkie sytuacje między nami, kalkuluję, czy aby za bardzo się nie staram, czy przypadkiem on nie postępuje wobec mnie nie fair, czy może nie okazuje mi braku szacunku (co jest absurdem, bo mój facet świata poza mną nie widzi i okazuje mi uczucie na każdym niemal kroku, a do tego w trakcie kłótni zawsze bardzo się kontroluje i nie przekracza granic). Ogólnie mam w głowie nieziemski burdel i nie wiem sama, jakim cudem udaje mi się go jako tako ogarniać i trzymać się w ryzach
Na szczęście zdaję sobie sprawę, że te wszystkie moje "schizy" są wynikiem "kompleksu porzuconego dziecka" i dlatego nie wariuję, tylko staram się sobie tłumaczyć, że to nie są moje prawdziwe uczucia.
Chciałam założyć taki wątek, ale widzę, że już jest więc odświeżam:)
Właśnie... jaki wpływ na kobietę ma wychowanie bez ojca? I na ile on jest świadomy?
Anemonne napisała tutaj o swojej samoświadomości ,ja jeszcze mogę dorzucić, że brak ojca ma duży wpływ na ocenianie własnej wartości, ponieważ to ojciec jest pierwszym mężczyzną w życiu dziewczynki, on jej mówi pierwszy komplement, ona na ojcu sprawdza czy podoba się mężczyznom. I tych mężczyzn trochę poznaje...
a gdy go brak?
8 2012-07-11 15:10:59 Ostatnio edytowany przez ONA1977 (2012-07-11 15:11:55)
ja sądzę że brak relacji z ojcem rzutuje na dalsze późniejsze życie uczuciowe głownie..
brak wzorców, kompleks wynikający z tego braku powoduja często zaburzone ralacje lub trudności z ich nawiązywaniem ..
na temat można spojrzeć jeszcze z innej perspektywy...
znam domy w ktorych był modelowy wzorzec, ojciec, matka dzieci .. ale ojciec sam w sobie zaburzony ponieważ nie umiejący okazywać uczuć, rozmawiać , nawiązać prawidłowych relacji z dzieckiem..niby jest atak jakby go nie było dziecko ma zawsze deficyt w miłosci ojcowskiej
Posiadanie ojca jest wazne dla corki. Nie mowie jakiegokolwiek ojca ale takiego ktory jest z rodzina.
Wkleje kilka akapitow z przeczytanego przeze mnie wczesniej artykulu.
" Dla córki bezcenne jest docenianie przez ojca jej kobiecości w wyrażanym entuzjazmie na temat zdolności intelektualnych i duchowych, po to, by utwierdzać ją w przekonaniu o bogactwie jej osoby, w tym jako kobiety. Dzięki dowartościowaniu ze strony ojca nabiera ona przekonania, że w przyszłości da sobie radę, a jej zaradność nie stoi w sprzeczności z kobiecością. Kształtuje to w niej pewność siebie, ambicję i wiarę w możliwości kształtowania swojej drogi życiowej oraz skuteczności pokonywania trudności25. Obcowanie z ojcem uwrażliwia ją na to, jak mężczyźni powinni ją w przyszłości kochać i szanować. Uczy, jakie wymagania powinna wobec nich stawiać, ale i jak powinna się ona do nich odnosić26."
Swieta racja. Ciezko jest byc w dobrych kontaktach z plcia przeciwna jesli przebywa sie w srodowisku (czytaj rodzinie) tylko kobiecym. Mnie jako osobie wychowanej bez ojca ciezko bylo np wyobrazic sobie zycie w malzenstwie. Proste..nie wiedzialam np co robia maz i zona po powrocie do domu z pracy.
Jak wyglada rutyna malzenska? O czym oni rozmawiaja, co robia?
"Dla prawidłowego rozwoju córki wychowywanej w rodzinie niepełnej ważna jest więc dojrzałość matki i jej zdolność radzenia sobie
z samotnością i licznymi problemami wynikającymi z tej sytuacji. Bardzo istotna jest także akceptacja przez nią śmierci męża, ale i myślenie o przyszłości, czyli podjęcie decyzji o samotnym życiu z dzieckiem lub rekonstrukcji rodziny
w nowym związku. Zmiana w strukturze rodziny wpływa na córkę w dużym stopniu poprzez osobę matki. Jeśli relacja z córką jest prawidłowa, wówczas mimo utrudnień wynikających z braku ojca, może ona zapewnić jej w miarę odpowiednie warunki dla jej rozwoju34."
Przeraza mnie podejscie niektorych kobiet...chce dziecko wiec sobie je zrobie z kimkolwiek ale nie chce zeby ojciec dziecka w naszym zyciu byl. Najlepiej niech nie wie ze zaszlam z nim w ciaze i trzyma sie z daleka. Przeciez to swiadome skazywanie dziecka na braki i jakies wypaczenia w psychice. Ja rozumiem ze ojciec dziecka zmarl/odszedl/wyjechal. Takie cos aczkowiek trudne mozna dziecku wytlumaczyc i pozwolic mu jakos "przetrawic". Ale swiadome podejmowanie decyzji o samotnym macierzynstwie jak dla mnie swiadczy oo egoizmie takiej kobiety. Dziadek, wujek czy brat nie pokaze naszej corce tego co moze pokazac ojciec bedac w rodzinie. Ja mialam dziadka i wujkow. I nadal uwazam ze to za malo zeby corka stala sie taka sama kobieta jak ta wychowana w pelnej rodzinie. Zawsze bedzie inna w tym czy innym aspekcie.
"Jednak brak ojca, pomimo starań podejmowanych przez matkę, zawsze będzie dla córki odczuwalny. Matka co najwyżej, dzięki swojej dojrzałej postawie, jest w stanie łagodzić wpływ negatywnych skutków jego braku, rozwijając w córce pozytywne postawy i stosunek do własnej osoby. Jednakże należy wspomnieć, że brak ojca ma szczególnie destrukcyjny wpływ na stosunek dziewczyny do własnej płciowości, ponieważ powoduje zagubienie w kształtowaniu kobiecej tożsamości. Efektem tego może być powstający zwykle w takiej sytuacji tzw. ?neurotyczny głód uczuć?, przez co dziewczyna może stać się ofiarą wczesnej inicjacji seksualnej czy przedwczesnego rodzicielstwa. Z drugiej strony, córki wychowywane bez ojca bywają nieco ?niezręczne? w kontaktach z mężczyznami, a nieśmiałość ich może przybrać formę chorobliwego skrępowania, przez co często czują się nieswojo w obecności chłopców i wykazują nadmierny niepokój przed bliższą z nimi zażyłością35. Brak ojca ma także wpływ na późniejszy wybór partnera życiowego, bardzo często porównywanego z wykreowanym przez córkę wizerunkiem idealnego mężczyzny. Poszukiwanie realnej doskonałości często prowadzi do gorzkich rozczarowań, ponieważ żaden mężczyzna nie ma szans sprostać jej nad wyraz dużym wymaganiom powstałym na skutek wyidealizowanego obrazu zmarłego ojca36.
Z powyższej perspektywy skutki braku ojca obarczają nie tylko córkę, ale i wpływają na jej relację z przyszłym partnerem życiowym, przed którym będzie stało niezwykle trudne zadania wypełnienia ?pustki? po ojcu oraz realizacji własnej indywidualnej roli."
O tym juz chyba nie trzeba duzo mowic.
Generalnie brak ojca bardzo wplynal na moje zycie. Dlugo nie widzialam potrzeby przebywania z/posiadania partnera, nigdy nie chcialam wyjsc za maz, czesto w zwiazkach trzymalam mezczyzn na lekki dystans zeby uchronic siebie przed ewentualnym porzuceniem, do dzisiaj kolacze mi sie po glowie mysl zebym nie daj boze nie zachodzila w ciaze bo wtedy mnie facet porzuci..
Jestem kompletnie niezalezna od mezczyzny. Musze przyznac ze czasami nie rozumiem do czego jest mi facet potrzebny ale wydaje mi sie ze wlasnie ten brak ojca sprawil ze mysle tak jak mysle i nie moge przestac ![]()
paulina20 napisał/a:Anemonne napisał/a:Ja wychowywałam się bez ojca i widzę i wiem, że ten fakt ma bardzo duży wpływ na moje życie uczuciowe, emocjonalne i relacje z mężczyznami. Czuję się wręcz w pewnym sensie trochę "wypaczona" pod tym względem.
W jaki sposob? Moze rozwiniesz
Zacznijmy od tego, że nieustannie sabotuję swój związek i swoje szczęście. Każda kłótnia, nawet najbardziej błaha, sprawia, że kwestionuję całą naszą wspólną przyszłość - ze strachu że nam nie wyjdzie. Oczywiście myślę tak tylko w chwilach, gdy się kłócimy, bo kiedy jest dobrze, jestem pewna, że chcę spędzić z nim życie. Podejrzewam, że to klasyczny przypadek, kiedy kobieta ze strachu przed porzuceniem próbuje porzucić pierwsza. Na szczęście mam jeszcze na tyle przytomności umysłu, że nie podejmuję pochopnych decyzji, których potem będę żałować.
Podświadomie jestem przekonana, że prędzej czy później każdy facet by mnie skrzywdził, więc mój związek jest nieustanną walką z mojej strony o to, by być niezależną i w każdej chwili gotową na bycie porzuconą. Nieustannie analizuję wszystkie sytuacje między nami, kalkuluję, czy aby za bardzo się nie staram, czy przypadkiem on nie postępuje wobec mnie nie fair, czy może nie okazuje mi braku szacunku (co jest absurdem, bo mój facet świata poza mną nie widzi i okazuje mi uczucie na każdym niemal kroku, a do tego w trakcie kłótni zawsze bardzo się kontroluje i nie przekracza granic). Ogólnie mam w głowie nieziemski burdel i nie wiem sama, jakim cudem udaje mi się go jako tako ogarniać i trzymać się w ryzach
Na szczęście zdaję sobie sprawę, że te wszystkie moje "schizy" są wynikiem "kompleksu porzuconego dziecka" i dlatego nie wariuję, tylko staram się sobie tłumaczyć, że to nie są moje prawdziwe uczucia.
podpisuje się rękami i nogami.... :-(
Sama wychowywałam się praktycznie bez ojca, nie licząc dosłownie kilku lat, kiedy pił i przyznam otwarcie i szczerze, Tak.
Wydaję mi się, że dziewczyna, która wychowuje się bez ojca nie będzie miała wzorca mężczyzny, rodziny.
Ale przecież nie każda rodzina jest idealna i nie każdy ojciec jest wzorem dla swoich dzieci, więc nie wydaje mi się żeby miała jakieś problemy emocjonalne z tym związane. Dużo dzieci wychowanych przez jednego z rodziców ma w swoim dorosłym życiu zakłada rodziny i spełnia się doskonale jako partner.
"Dużo dzieci wychowanych przez jednego z rodziców ma w swoim dorosłym życiu zakłada rodziny i spełnia się doskonale jako partner." -ważne jest natomiast jak zostały pozbawione tego rodzica...
Tak prawdę mówiąc nigdy nie przeszkadzało mi aż tak to że nie mam ojca. Kiedyś tylko za dawnych lat jak śmigałam do podstawówki, pamiętam że było to na basenie, jak zepsuła mi się suszarka do włosów, od najzwyczajniejsza taka, coby wysuszyć moje z natury gęste włosy, koleżanka powiedziała mi wtedy "daj tacie, co Ci naprawi, mój tata zawsze mi wszystko naprawia" i to mi tak straszni utkwiło w pamięci, dopiero wtedy poleciała mi łezka. Później dłuuugo nic i ostatnio tak jakoś tydzień temu, w nocy, uświadomiłam sobie że nie wyobrażam sobie jak to jest kochać ojca, to było pierwsze takie uczucie, które uderzyło we mnie i przyznam szczerze, przepłakałam większość nocy i zasnęłam dopiero rano, ale znów czuję ten standard. Wtedy chyba coś po prostu we mnie pękło, musiałam przecież to z siebie wyrzucić...
Mam ojca, lecz nasza relacja byla i jest żadna. Nigdy nie uczestniczyl w moim zyciu, po prostu sobie byl, ale niewiele go interesowalo. Nie sadzilam ze moze to miec jakikolwiek wplyw na moje zycie. Dopiero pare lat temu, kiedy zauwazylam ze nie potrafie się zaagażować w żaden związek, zaczelam szukac przyczyny tego. Zaczelam zauwazac jak relacje pomiedzy moimi rodzicami oraz ich dysfunkcyjny związkiek i brak zaangazowania ojca w wychowanie miały wpływ na moj rozwoj emocjonalny.
Nie zastanawiało was nigdy, jakby potoczyły się wasze związki, jak przebiegało życie uczuciowe, gdybyście miały ojców, kochających z prawdziwego zdarzenia, czy byłybyście dalej z obecnymi partnerami, jeżeli takowych posiadacie? Czasami się nad tym zastanawiałam, ale ja wierzę w przeznaczenie, więc nie ma co tu u mnie poruszać tego tematu. Jestem raczej ciekawa waszych opinii na ten temat.
Nie zastanawiam się bo nie potrafię sobie tego wyobrazić.
Gdyby to był normalny człowiek, na pewno nie byłby z moją matką więc miałabym inną matkę:D
Ja tak naprawdę wychowałam sie sama, tak że nie wiem na ile i co miałoby na mnie wpływ.
Też wychowywałam się bez ojca, bo okazał się zbyt wielkim tchórzem żeby wziąć odpowiedzialność za rodzinę. Żyłam i żyję w domu pełnym kobiet. Mama ponownie wyszła za mąż ale nie przepadam za jej obecnym.
Co do związków. Chciałabym z kimś być, ale jak przychodzi okazja i jakiś facet, to szybko zamykam się w swojej skorupie bo boje się zranienia. I tak teraz jest lepiej niż przedtem
mogło na to wpłynąć też to że byłam jedynaczką. Jak na swój wiek zawsze byłam też samodzielna. Poza tym u mnie w domu zawsze kładło się nacisk na niezależność..
Przepraszam, że odtwarzam stary wątek z dwóch lat, ale dziś na niego natrafiłam wpisując w google: brak ojca wpływ na wybór partnera. Przeczytałam to, co zostało tu już wcześniej napisane i chciałabym podzielić się z Wami moimi obserwacjami. To prawda, że brak ojca, czy matki ma wpływ na nasze późniejsze decyzje, tym bardzeiej jeśli nie znaliśmy ich już od samego początku.
Osobiście wychowałam się bez ojca, gdyż zginął w wypadku jeszcze przed moim urodzeniem. Nie zdążyłam Go poznać. Nigdy mi jednak Go jakoś specjalnie nie brakowało, ponieważ miłość jaką dała mi rodzina "zastąpiła" ojca, którego inie miałam. I niby wydawać, by się mogło, że jest wszystko ok, że jestem normalną dziewczyną, która się normalnie rozwija. Ale kiedy moje koleżanki chodziły na randki ja siedziałam w domu i czytałam książki. Nie rozumiałam po co mi facet? Przecież świetnie mi samej. Ale tak naprawdę są to pozory.
Niestety do dziś nie potrafię stworzyć, żadnego normalnego związku. Zawsze uciekam, jak jakiś chłopak chce się do mnie zbliżyć. Boję się, że będę cierpieć tak, jak mama po śmierci taty. I wiem, że to głupie z góry zakładając, że będzie źle. Ale serce wie jedno, a rozum drugie. I chociaż czasami bardzo bym chciała z kimś być zapala mi się czerwona lampka, mówiąca :"daj sobie spokój, po co Ci to?" - nie wiem, czy wiąże się to z brakiem ojca, może to po prostu strach. Ale nigdy nie widziałam w domu takiej prawdziwej rodziny. Wiecie, śniadanie w gronie rodziny, pocałunek małżonków na początek dnia, jak mama siedzi tacie na kolanach, jak się wygłupiają, jak rozwiązjują problemy..
Nie potrafię, nie umiem.. nie chce? W każdym razie prawdą jest, jak ktoś kiedyś powiedział : " Wszystko jest w naszych głowach".
Pozdrawiam.
...nie wiem, czy wiąże się to z brakiem ojca, może to po prostu strach. Ale nigdy nie widziałam w domu takiej prawdziwej rodziny. Wiecie, śniadanie w gronie rodziny, pocałunek małżonków na początek dnia, jak mama siedzi tacie na kolanach, jak się wygłupiają, jak rozwiązjują problemy...
Nie potrafię, nie umiem.. nie chce? W każdym razie prawdą jest, jak ktoś kiedyś powiedział : " Wszystko jest w naszych głowach".
Pozdrawiam.
Skoro wszystko jest w naszych głowach, to brak ojca to tylko szukanie pretekstu by odpowiedzialność za własne wybory mieć na kogo złożyć.
A życie to nie telenowela - tych się możesz w familijnych amerykańskich filmach naoglądać...
tyle, że to ma tyle wspólnego z realiami, co te słodkie reklamy z niemowlęciem
co to zawsze uśmiechnięte NIGDY się nie drze, nie trzeba wstawać doń w nocy, nie ulewa mu się i pewnie nawet kupkę pachnącą robi...
TY decydujesz jak chcesz swoje życie przeżyć - inna rzecz czy chcesz to ZROBIĆ ŚWIADOMIE, czy wolisz, odsunąwszy od siebie odpowiedzialność "dać się ponieść fali"...
Nad strachem można popracować... by go okiełznać
tylko dureń się nie boi - bo brak mu wyobraźni...
paulina20 napisał/a:Anemonne napisał/a:Ja wychowywałam się bez ojca i widzę i wiem, że ten fakt ma bardzo duży wpływ na moje życie uczuciowe, emocjonalne i relacje z mężczyznami. Czuję się wręcz w pewnym sensie trochę "wypaczona" pod tym względem.
W jaki sposob? Moze rozwiniesz
Zacznijmy od tego, że nieustannie sabotuję swój związek i swoje szczęście. Każda kłótnia, nawet najbardziej błaha, sprawia, że kwestionuję całą naszą wspólną przyszłość - ze strachu że nam nie wyjdzie. Oczywiście myślę tak tylko w chwilach, gdy się kłócimy, bo kiedy jest dobrze, jestem pewna, że chcę spędzić z nim życie. Podejrzewam, że to klasyczny przypadek, kiedy kobieta ze strachu przed porzuceniem próbuje porzucić pierwsza. Na szczęście mam jeszcze na tyle przytomności umysłu, że nie podejmuję pochopnych decyzji, których potem będę żałować.
Podświadomie jestem przekonana, że prędzej czy później każdy facet by mnie skrzywdził, więc mój związek jest nieustanną walką z mojej strony o to, by być niezależną i w każdej chwili gotową na bycie porzuconą. Nieustannie analizuję wszystkie sytuacje między nami, kalkuluję, czy aby za bardzo się nie staram, czy przypadkiem on nie postępuje wobec mnie nie fair, czy może nie okazuje mi braku szacunku (co jest absurdem, bo mój facet świata poza mną nie widzi i okazuje mi uczucie na każdym niemal kroku, a do tego w trakcie kłótni zawsze bardzo się kontroluje i nie przekracza granic). Ogólnie mam w głowie nieziemski burdel i nie wiem sama, jakim cudem udaje mi się go jako tako ogarniać i trzymać się w ryzach
Na szczęście zdaję sobie sprawę, że te wszystkie moje "schizy" są wynikiem "kompleksu porzuconego dziecka" i dlatego nie wariuję, tylko staram się sobie tłumaczyć, że to nie są moje prawdziwe uczucia.
Mam identycznie! uwazam ,ze wychowanie sie bez ojca ma wielki wplyw...
Ja wychowywałam się bez ojca i widzę i wiem, że ten fakt ma bardzo duży wpływ na moje życie uczuciowe, emocjonalne i relacje z mężczyznami. Czuję się wręcz w pewnym sensie trochę "wypaczona" pod tym względem.
Mam dokładnie to samo.
Bardzo często dziewczyny wychowywane bez ojca są zakompleksione, nie wierzą w siebie, szufladkują mężczyzn itp. Oczywiście ja nie każda dziewczyna. Różnie się to dzieje. Ja jednak chyba zaliczam się do tych, co są bardzo zakompleksione i widzą ciągłe wady u facetów ![]()
Generalnie brak ojca bardzo wplynal na moje zycie. Dlugo nie widzialam potrzeby przebywania z/posiadania partnera, nigdy nie chcialam wyjsc za maz, czesto w zwiazkach trzymalam mezczyzn na lekki dystans zeby uchronic siebie przed ewentualnym porzuceniem, do dzisiaj kolacze mi sie po glowie mysl zebym nie daj boze nie zachodzila w ciaze bo wtedy mnie facet porzuci..
Jestem kompletnie niezalezna od mezczyzny. Musze przyznac ze czasami nie rozumiem do czego jest mi facet potrzebny ale wydaje mi sie ze wlasnie ten brak ojca sprawil ze mysle tak jak mysle i nie moge przestac
Mam identyczny sposób myślenia. Nie rozumiem po co mi mężczyzna. Oczywiście chciałabym z kimś być, ale nie jestem sobie w stanie wyobrazić, że ten ktoś będzie za mną szalał i że nie będzie widział świata poza mną. Dla mnie facet=problem. Nie mam faceta, to nie mam problemu, jeden balast mniej.
Mam ojca, lecz nasza relacja byla i jest żadna. Nigdy nie uczestniczyl w moim zyciu, po prostu sobie byl, ale niewiele go interesowalo. Nie sadzilam ze moze to miec jakikolwiek wplyw na moje zycie. Dopiero pare lat temu, kiedy zauwazylam ze nie potrafie się zaagażować w żaden związek, zaczelam szukac przyczyny tego. Zaczelam zauwazac jak relacje pomiedzy moimi rodzicami oraz ich dysfunkcyjny związkiek i brak zaangazowania ojca w wychowanie miały wpływ na moj rozwoj emocjonalny.
Mam dokładnie tak samo. Mam ojca, ale jest on bardzo wycofany. Wiem, że to ma wpływ na to jaka teraz jestem. Nie umiem nawiązywać relacji z mężczyznami.
Pytanie do Was: czy robicie coś, aby poprawić jakość Waszego życia? jakaś terapia na przykład? Ja zastanawiałam się nad terapią, ale nie wiem jaką wybrać, czy taką, która skupia się na analizowaniu przeszłości, przepracowywaniu dzieciństwa czy raczej taką która skupia się na bieżących problemach... Może ktoś coś podpowie w tym temacie? Czy podejmowałyście terapię, a jeśli tak, czy zauważycie, że to wpłynęło pozytywnie na Wasze życie? MUSZĘ coś zmienić, zacząć działać, żeby móc stworzyć normalny, satysfakcjonujący związek....
24 2014-07-03 20:04:15 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-07-03 20:04:51)
Jak nie potrzeba Ci mezczyzny, nie wiesz czego chcesz i nie wiesz jaki jest w ogole sens wiązania się- to zawsze bedziesz zakochiwac sie impulsem. Czyms nieznanym. I dlatego jesli to stracisz to i nie odbudujesz. Takie szukanie szczescia bez podstaw ku temu. Jeszcze jakbys grała słabiutką, która nie umie dnia przezyc bez faceta, bez jego obecnosci, by sie czuc bezpieczna/nie roztrzęsiona to ok. Po coś on jest, ale to z drugiej strony tez moze sie 'znudzic'. Mozesz sie przwyczaic do jego obecnosci, albo kolejny da Ci to samo i takie bledne kolo, ze mozna zmieniac partnerow do woli, a szczescia sie i tak nie odnajdzie. Mysle, ze przeszlosc tu juz ma mniejsze znaczenie. Trzeba myslec nad przyszloscia i wypracowaniem tego czego sie oczekuje w ogole od zycia i zwiazku. Od cech ktore naprawde przyciagaja w facecie.
Mam to samo. Od kiedy jestem w poważnym zwiäzku widzę jak brak ojca na mnie dziala. Staram sie zachowac trzezwy umysl, ale czasem jest ciezko. Mam bardzo kochanego mezczyzne, ale czasem go nie doceniam. Macie moze jakies zlote rady jak zmienic podejscie do partnera? Staram sie byc dobra, ale czasem zycie bez ojca daje sie we znaki.
paulina20 napisał/a:Anemonne napisał/a:Ja wychowywałam się bez ojca i widzę i wiem, że ten fakt ma bardzo duży wpływ na moje życie uczuciowe, emocjonalne i relacje z mężczyznami. Czuję się wręcz w pewnym sensie trochę "wypaczona" pod tym względem.
W jaki sposob? Moze rozwiniesz
Zacznijmy od tego, że nieustannie sabotuję swój związek i swoje szczęście. Każda kłótnia, nawet najbardziej błaha, sprawia, że kwestionuję całą naszą wspólną przyszłość - ze strachu że nam nie wyjdzie. Oczywiście myślę tak tylko w chwilach, gdy się kłócimy, bo kiedy jest dobrze, jestem pewna, że chcę spędzić z nim życie. Podejrzewam, że to klasyczny przypadek, kiedy kobieta ze strachu przed porzuceniem próbuje porzucić pierwsza. Na szczęście mam jeszcze na tyle przytomności umysłu, że nie podejmuję pochopnych decyzji, których potem będę żałować.
Podświadomie jestem przekonana, że prędzej czy później każdy facet by mnie skrzywdził, więc mój związek jest nieustanną walką z mojej strony o to, by być niezależną i w każdej chwili gotową na bycie porzuconą. Nieustannie analizuję wszystkie sytuacje między nami, kalkuluję, czy aby za bardzo się nie staram, czy przypadkiem on nie postępuje wobec mnie nie fair, czy może nie okazuje mi braku szacunku (co jest absurdem, bo mój facet świata poza mną nie widzi i okazuje mi uczucie na każdym niemal kroku, a do tego w trakcie kłótni zawsze bardzo się kontroluje i nie przekracza granic). Ogólnie mam w głowie nieziemski burdel i nie wiem sama, jakim cudem udaje mi się go jako tako ogarniać i trzymać się w ryzach
Na szczęście zdaję sobie sprawę, że te wszystkie moje "schizy" są wynikiem "kompleksu porzuconego dziecka" i dlatego nie wariuję, tylko staram się sobie tłumaczyć, że to nie są moje prawdziwe uczucia.
Jakbym czytała o sobie... smutne
paulina20 napisał/a:Anemonne napisał/a:Ja wychowywałam się bez ojca i widzę i wiem, że ten fakt ma bardzo duży wpływ na moje życie uczuciowe, emocjonalne i relacje z mężczyznami. Czuję się wręcz w pewnym sensie trochę "wypaczona" pod tym względem.
W jaki sposob? Moze rozwiniesz
Zacznijmy od tego, że nieustannie sabotuję swój związek i swoje szczęście. Każda kłótnia, nawet najbardziej błaha, sprawia, że kwestionuję całą naszą wspólną przyszłość - ze strachu że nam nie wyjdzie. Oczywiście myślę tak tylko w chwilach, gdy się kłócimy, bo kiedy jest dobrze, jestem pewna, że chcę spędzić z nim życie. Podejrzewam, że to klasyczny przypadek, kiedy kobieta ze strachu przed porzuceniem próbuje porzucić pierwsza. Na szczęście mam jeszcze na tyle przytomności umysłu, że nie podejmuję pochopnych decyzji, których potem będę żałować.
Podświadomie jestem przekonana, że prędzej czy później każdy facet by mnie skrzywdził, więc mój związek jest nieustanną walką z mojej strony o to, by być niezależną i w każdej chwili gotową na bycie porzuconą. Nieustannie analizuję wszystkie sytuacje między nami, kalkuluję, czy aby za bardzo się nie staram, czy przypadkiem on nie postępuje wobec mnie nie fair, czy może nie okazuje mi braku szacunku (co jest absurdem, bo mój facet świata poza mną nie widzi i okazuje mi uczucie na każdym niemal kroku, a do tego w trakcie kłótni zawsze bardzo się kontroluje i nie przekracza granic). Ogólnie mam w głowie nieziemski burdel i nie wiem sama, jakim cudem udaje mi się go jako tako ogarniać i trzymać się w ryzach
Na szczęście zdaję sobie sprawę, że te wszystkie moje "schizy" są wynikiem "kompleksu porzuconego dziecka" i dlatego nie wariuję, tylko staram się sobie tłumaczyć, że to nie są moje prawdziwe uczucia.
podpisuję się pod tym... co ciekawe, jestem już z kimś 4 lata i to mój pierwszy związek. pomimo wielu problemów zawsze sobie radziliśmy, nie wiedziałam tylko skąd się one biorą. jakiś czas temu zaczęłam czytać o wpływie wychowania bez ojca na psychikę kobiety i wszystko jasne.. z jednej strony ulga a z drugiej szok... zazdrość, niedocenianie siebie, po każdej najmniejszej kłótni chęć zerwania, i przekonanie że coś kiedyś się i tak posypie między nami..... nie wiem już co z tym robić, jak sobie radzicie dziewczyny?
U mnie brak ojca wywołał bardzo niską samoocenę, czuję się gorsza od innych, zawsze wydaję mi się, że ktoś jest lepszy / ładniejszy / fajniejszy, co z kolei wzbudza we mnie zazdrość. Zauważyłam, że zawsze stawiam siebie na przegranej pozycji. Pierwszy mój związek opierał się na stałym kontrolowaniu mnie przez partnera, chorobliwej zazdrości, ale wtedy wydawało mi się to fajne, uważałam że "jestem tak ważna dla niego". Toksyczność tego związku wytłumaczył mi psycholog, gdy nie mogłam się pozbierać po tym jak mnie zostawił - najbardziej mnie zabolało, że z dnia na dzień powiedział mi, że mnie nie kocha, przestał dzwonić, przyjeżdżać - identycznie jak zakończenie kontaktów z ojcem.
Teraz zdaję sobie sprawę, że brak relacji z ojcem przekładam na partnera, jednak ciężko mi niektóre zachowania wyeliminować. Na początku też dążyłam do zerwania przy jakiejkolwiek kłótni, nie chciałam żeby to on mnie zostawił. Jestem podejrzliwa, zazdrosna (pracuję nad tym, ale każda kobieta, która staje na jego drodze wydaję mi się potencjalną kochanką - np. mój ojciec miał wiele kochanek) i gdy jeszcze razem nie mieszkaliśmy bałam się dłuższych przerw w spotkaniach - panicznie bałam się, że historia znów się powtórzy i znów przestanie dzwonić, odzywać się, a ja nie będę mogła nic zrobić i wszystko z dnia na dzień się zakończy. Pamiętam jak na początku związku żegnałam się z nim i wyglądam za nim przez okno, jakbym miała go już nigdy nie zobaczyć ![]()
Czasem chciałabym mieć normalne relacje z ojcem, zazdroszczę tego moim koleżankom, ale po tylu latach jego nieobecności jakoś sobie tego nie wyobrażam. Ale jednak mam poczucie, że gdybym odzyskała kontakt, relacja z partnerem mogłaby się polepszyć i traktowałabym go tylko jako partnera, a nie partnera i ojca w jednym.
Pamiętam jak na początku związku żegnałam się z nim i wyglądam za nim przez okno, jakbym miała go już nigdy nie zobaczyć
!!!!! ja nadal to robię, no chyba że jesteśmy pokłóceni wtedy już myślę o rozstaniu -.-
a do tego zazdrość, o której mówisz, niepewność, nieśmiałość do innych facetów, każdy napotkany obcy gość wydaje mi się podejrzany, i skłonny do np zdrady, porównuję się z każdą dziewczyną, chociaż to już trochę udało mi się zwalczyć, w jego kolegach widzę same wady, nie lubię gdy z nimi wychodzi... Denerwują mnie też w partnerze niektóre cechy, które wydają mi się dziecinne, wolę jak jest zdecydowany, stanowczy i wręcz apodyktyczny.. prowokowałam go wiele razy zachowując się jak dziecko, aby zobaczyć ile wytrzyma i kiedy ze mną zerwie...
nie wiem jakim cudem on wytrzymał moje jazdy przez te 4 lata, ja też już widziałam siebie w psychiatryku dopóki nie zauważyłam, że podobają mi się starsi faceci.... i to dużo starsi, wtedy pomyślałam że to może być związane z brakiem ojca...
chcę jakoś z tym walczyć, wiem, że są terapie, ale na tym siebie nie widzę w ogóle, wierzę że mogę poradzić sobie z tym sama podnosząc swoją samoocenę i uniezależniając się od partnera.. choć na ten moment to niemożliwe..
Czasem chciałabym mieć normalne relacje z ojcem, zazdroszczę tego moim koleżankom, ale po tylu latach jego nieobecności jakoś sobie tego nie wyobrażam.
dla mnie jest niepojęte, jak dzieciństwo wpływa na dorosłe życie. Zdawałam sobie z tego sprawę, ale bardziej pobłażliwie podchodząc do tego, że psycholodzy zawsze coś u każdego znajdą, w dzieciństwie to już na pewno. Przez lata byłam nieświadoma tego bagażu, a teraz mam wyrzuty do mojego ojca.. nie miałam z nim żadnego kontaktu, a jak miałam to nie są to za ciekawe wspomnienia, a do tego niedawno zmarł więc o jakielkolwiek relacji nie ma mowy...
30 2014-10-29 21:54:18 Ostatnio edytowany przez malamiki (2014-10-29 21:55:46)
Z tym żegnaniem się to była niezła męka, teraz mieszkamy razem, więc problem zniknął. Ale pamiętam jak na początku naszego związku żyłam tylko od spotkania do spotkania, gdy trzeba było się pożegnać to patrzyłam za nim, aż nie zniknął z zasięgu wzroku i rozpoczynał się lament w mojej głowie - nawet sama siebie czasem uspokajałam "że przecież szybko zleci, że jest dobrze między nami, że mnie nie zostawi, etc". Teraz wydaje mi się to śmieszne i infantylne, rodem niedojrzałej nastolatki albo "kobiety bluszcz". Właśnie, czytałyście o tym? Ciągła kontrola, zazdrość, osaczanie partnera, to właśnie często dotyczy kobiet wychowanych bez ojca. Może nie wszystkich, nie chcę generalizować, ale myślę, że większości.
Enmarcha, ja również porównuję się do innych, a już jeśli chodzi o kolegów partnera to też mam jazdy na tym punkcie. Nie lubię gdy z nimi wychodzi, jestem wręcz zazdrosna, że "woli spotkać się z kimś", a nie spędzić tego czasu ze mną. Chcę na każdym kroku zapewnienia, że jestem najważniejsza. Tak jak pisałam wyżej - nie chcę go osaczać, nie chcę być taką kobietą, wkładam w to dużo wysiłku.
Co do terapii, to próbowałam. Tak naprawdę dużo o tym czytałam wcześniej, dodatkowo studiuję psychologię, sama tak naprawdę wiedziałam z czym idę na wizytę, ale jakoś nie umiałam tego przepracować. Co najśmieszniejsze, przyniosło to tylko gorszy efekt, bo pani mi poleciła przelać uczucia i żal do ojca na papier - napisałam kilka kartek... i wysłałam. Do dzisiaj cisza z jego strony ![]()
31 2014-10-29 21:56:35 Ostatnio edytowany przez Minzy (2014-10-29 22:02:07)
Oczywiście, że ma to wpływ.
Wychowywałam się bez ojca, w ogóle nie umiem nawiązywać bliższych relacji z facetami. Umiem się z nimi kolegować, przyjaźnić. Związków inicjować nie potrafię.
Nie mam bynajmniej złego zdania o facetach, przeciwnie, poznałam w życiu wielu bardzo fajnych gości, nie mam awersji do rodu męskiego. No ale jednak, coś sprawia, że nie wychodzi.
U mnie brak ojca wywołał bardzo niską samoocenę, czuję się gorsza od innych, zawsze wydaję mi się, że ktoś jest lepszy / ładniejszy / fajniejszy, co z kolei wzbudza we mnie zazdrość. Zauważyłam, że zawsze stawiam siebie na przegranej pozycji.
Mam dokładnie to samo.
Zawsze z góry zakładałam, że nie mam szans u danego faceta, że jestem niewystarczająco ładna, fajna, etc. Kończyło sie to samymi porażkami, historiami które kończyły się zanim w ogóle się zaczęły, zakochiwanie się bez wzajemności etc.
malamiki,
to w ogóle nie masz kontaktu z ojcem?
jeśli chodzi o kumpli, to miałam na myśli, że mam złe zdanie o kolegach, nie osaczam go, ale jak opowiada mi o kumplach singlach (albo i nie), którzy ślinią się na każdą dziewczynę, to od razu boję się że on w ich towarzystwie będzie zachowywał się tak samo... Na szczęście to już trochę ustępuje, może dlatego że nie wychodzi z nimi za często..
Ale te inne rzeczy bywają uciążliwe
coś słyszałam o kobiecie bluszcz, to już w ogóle jest patologia.. ale też pamiętam sytuacje, które można by podpiąć pod ten termin, nie wiem jak mój facet wytrzymał to piekło ![]()
33 2014-10-30 10:39:25 Ostatnio edytowany przez malamiki (2014-10-30 10:40:51)
Enmarcha, nie mam w ogóle kontaktu od prawie 5 lat, gadaliśmy wtedy przez telefon (kontakt się rozluźniał już 10 lat wstecz po rozwodzie rodziców) i powiedziałam wprost, że nie widzę zbytniego zainteresowania moją osobą z jego strony, a on po prostu się rozłączył
i cisza do tej pory. Teraz nawet nie wiem gdzie mieszka, z kim, jaki jest, jest dla mnie obcy, ale po czymś takim ja pierwsza ręki nie wyciągnę, zachował się po prostu jak gówniarz.
Co do zachowania chłopaka w towarzystwie kumpli, też zawsze się tego boję.
No, ale teraz sama tworzę rodzinę, mam półroczną córeczkę i mam nadzieję, że narzeczony będzie przykładnym ojcem (do tej pory jest, nie mogę narzekać), bo nie chciałabym, żeby miała kiedyś tak zrytą psychikę jak ja.
smutna historia, malamiki, i co smutniejsze pełno takich wokół. Trzymam kciuki za Twoją rodzinkę ![]()