Cześć,
chciałabym podzielić się z Wami moją historią. Taką z kategorii tych, które rozpoczyna wielki wybuch, a kończy zderzenie ze ścianą, które rozwala na milion drobnych kawałków, które teraz próbuję pozbierać. Być może to, co napiszę, będzie dla mnie autoterapią, być może potrzebuję Waszych doświadczeń, być może potrzebuję kogoś, kto mi powie, żebym przestała się łudzić.
Historia zaczęła się blisko dwa lata temu. Znajomi sprzed lat spotkali się na nowo po latach. I zupełnie nie spodziewali się, że tak wiele ich połączy. Tak, że nie zdążyli nawet zamknąć na dobre swojej przeszłości, a już powoli zanurzali się w pisanie nowych historii. To przysłoniło wszystko. Wcześniej rozmawiali wirtualnie i wydawało się, że tylko tak będą w stanie rozumieć się - tak w punkt. Okazało się, że w rzeczywistości też działa to tak, by czytać sobie w myślach, by mówić to samo, by rozumieć się jak nigdy dotąd. Nie wierzyłam, że mam taką osobę obok. Spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, mimo mieszkania w miastach oddalonych o 100 km, pisaliśmy od rana do nocy. Piękno.
Po kilku miesiącach postanowiłam przeprowadzić się do jego miejscowości i codziennie dojeżdżać do pracy. Tak, byśmy mogli budować codzienność. Tu chyba popełniłam błąd nr jeden, bo zrobiłam to zbyt szybko. To zrozumiałam po czasie. On wtedy powiedział, że nie jest gotowy, by że mną zamieszkać, że czuję pustkę i chyba nie to samo, co dotąd. Rozwaliło mnie to na łopatki, bo zdążyłam już odwrócić życie do góry nogami. Patrzyłam jednak na niego i widziałam, że i chce, i boi się. Teraz myślę, że nie radził sobie z emocjami, może nie zamknął przeszłości (był w kilkuletnim związku - jak ja zresztą), nie był gotowy na odpowiedzialność. Pewnie było mu dobrze tak, jak było - spotkania weekendowe, wspólne wypady, odległość, brak zobowiązań.
Ja jednak zostałam i powiedziałam, zeby się nie spieszył. Że ja poczekam. Po kilku tygodniach się wprowadził. Nasze mieszkanie było oddalone o 10 minut od jego domu rodzinnego, więc zabrał tylko potrzebne rzeczy. Przez cały - blisko rok - naszego mieszkania wciąż wpadał do domu rodziców, gdy tylko go o to poprosili. Z czasem zauważyłam, że ma niezdrową relację z matką, od której jest niejako uzależniony. Jest na każde skinienie, na każde wezwanie, na każdą pomoc. Mama miała raka, a on ja wtedy ogarniał. Ponadto jest dzieckiem DDA - ojciec w dzieciństwie pił.
Nasza codzienność mimo wszystko była dobra. Nie chciałam go ograniczać, nie chciałam się narzucać, nie chciałam deklaracji. Choć powiedział, że mnie kocha po blisko roku od pierwszego spotkania. Niby wszystko było dobrze, ale ja czułam dystans - on miał swój świat, miał rodzinę i znajomych i miał mnie. Rozumiałam to i liczyłam, że z czasem to sobie poukłada. Mówił, że nigdy czegoś takiego nie czuł, mówił, że nie wyobraża sobie życia beze mnie, zastanawiał się, dlaczego tak długo zwlekaliśmy ze spotkaniem.
I mimo, że było dobrze - ja cały czas czułam niepewność - co będzie, co on czuje, czy nie kreci, że to zbyt piękne. Myślę, że w dużej mierze dlatego, że nie mieliśmy czasu na wykształcenie zaufania. Były sytuację, że o pewnych rzeczach mi nie mówił - na przykład o tym, że jego była ma raka. Że mnie to nie dotyczy i uznał, że tak będzie lepiej.
Cały czas grał bohatera - pomagał wszystkim, którzy prosili go o pomoc, a wewnątrz miał mnóstwo - skumulowanych chyba jeszcze od dzieciństwa stanów, emocji i mechanizmów. Miesiąc temu znalazłam na tablecie, którego nie używał, jego stare zdjęcia - była tam ona. Zapytałam, dlaczego nie usunął, on że nawet nie wiedział, że tam je ma... I tak od słowa do słowa, powiedziałam, że skoro po takim czasie cały czas wraca przeszłość, to niech się wyprowadzi. Powiedziałam to w złości i za chwilę wytłumaczyłam, że czuję się bezsilna. Że chcę, żebyśmy pewne rzeczy zostawili za sobą i poszli dalej. Że to mnie boli. Po tym zdarzeniu on budził się codziennie i nie mógł spać, walczył ze sobą, czy się wyprowadzić, mówił, że czuję lęk, obojętność, ból, niepokój i sam już nie wie co. Jak ktoś, z kim planuje się życie mógł zrobić coś takiego. Pewnego dnia się spakował. Wróciłam z pracy i zobaczyłam spakowane torby. Próbowałam rozmawiać. Ustaliliśmy, że zostawi te rzeczy i złapie oddech na parę dni - tyle, ile potrzebuje. Wrócił do rodziców. Miotał się, cały czas dzwonił i pisał. Jeździł bezczynnie po mieście. Wylądował w Częstochowie. Powiedział, że nie wiedział, co ze sobą zrobić, więc pokonał 400 km, by się pomodlić. Powtarzał, że musi dogadać się ze sobą, że musi się odnaleźć. I ze mnie kocha. Wrócił w nocy, kochaliśmy się. Następnego dnia rano wyszedł i powiedział, że musi popracować nad sobą. Dał sobie termin, że do poniedziałku musi się ogarnąć. Żebyśmy obydwoje nie cierpi. Wrócił, a ja wciąż się bałam, bo nie wierzyłam, że się ogarnął. Niby wszystko normalnie, ale ja czułam że w środku wciąż to samo. I miałam rację. Kilka dni temu powiedział, że nie ma siły wracać do naszego mieszkania, do mnie, że to go boli. Że chce się spakować. Powiedział, że jeśli kiedyś mamy być dla siebie, to będziemy.
Czułam, że tak będzie. Postanowiłam wrócić do miasta, w którym mam pracę. Za dwa tygodnie się przeprowadzam. Poprosiłam, byśmy wyprowadzili się z tego mieszkania razem - ja w swoją stronę, on w swoją.
To cholernie boli. Jak nigdy dotąd nic. Choć wiem, że to, czego się bałam, w końcu mnie spotkało.
Najlepsze jest to, że mimo wszystko śpimy w jednym łóżku, on chce się do mnie przytulać, calowac, nawet kochac. Mówi, że czuję się dziwnie, bo z jednej strony wie, że to dobry krok, a z drugiej widzi mój ból.
Ja jestem już tak psychicznie skołowana, że nie wiem, jak mam iść dalej. Czuję, że on sam ze sobą się nie ogarnie - że nie pójdzie to w dobrą stronę. Jestem przekonana, że potrzebuje spacjalisty, który go poprowadzi. Tylko jak powiedziec mu to, co ja już wiem?
Z góry dziękuję za każdą podpowiedź i słowo