Kultura narzuca nam schemat zaczynania związków, który polega na tym, że to on się stara. On zaprasza, on pisze, on kupuje kwiaty. Po prostu on inicjuje. Ile razy każda z nas słyszała od koleżanki "na początku mi się nie podobał, ale tak o mnie zabiegał, że się zakochałam" czy też "mój chłopak długo musiał się o mnie starać". Jest to bardzo romantyczne i pewnie większość z nas chciałaby coś takiego przeżyć...
A co myślicie o odwrotnej sytuacji? Gdy to kobieta się bardziej stara na początku? Gdy to ona proponuje spotkania i pierwsza pisze? Zazwyczaj czujemy się z tym niezręcznie i myślimy o tym, że się narzucamy. A oni mogą się narzucać?
Znacie takie sytuacje z własnego doświadczenia?