Jakiś czas temu na wakacjach za granicą poznałam chłopaka. Można powiedzieć, że była to „miłość” od pierwszego wejrzenia, choć nie wierzę na ogół w przeznaczenie i tego typu historie. Nie rozmawialiśmy dużo, ponieważ byłam ze znajomymi. Dopiero po powrocie dotarło do mnie, że ten chłopak naprawdę skradł moje serce. Pisaliśmy codziennie, w każdej wolnej chwili. Trwało to kilka tygodni, on wyznał że zakochał się we mnie i chce przyjechać do Polski. Sceptycznie byłam nastawiona do tej znajomości – czułam, że zależy mi na nim, ale odległość jaka nas dzieliła i bariera językowa były dla mnie pewnym utrudnieniem. Tłumaczyłam sobie, że może w życiu czasami jest trudniej, może miłość nie czeka tuż za rogiem, a… za oceanem . Z dnia na dzień czułam, że sama również się zakochuje. Nie miałam żadnych podstaw żeby mu nie ufać, nie wierzyć. Dotrzymywał słowa, dużo pisał, nie mogłam wymagać więcej na etapie komunikacji wirtualnej. Oczywiście miałam słabsze momenty kiedy czułam, że to nie ma sensu, nie pokonamy przeciwności, że zbyt dużo nas dzieli, ale on zapewniał mnie o swoich uczuciach i prosił, żebym poczekała na jego przyjazd, wtedy na pewno wszystko będzie łatwiejsze.
Niestety - przez ostatnie kilka dni kontakt był coraz słabszy. Mniej pisał, tłumaczył, że jest bardzo zajęty, ale w każdej wolnej chwili od razu sięga po telefon. Czułam, że coś zaczyna się sypać, może niepotrzebnie, ale zaczęłam otwarcie mówić mu o swoich obawach, o tym, że poświęca mi coraz mniej czasu. On twierdził, że myśli o mnie ciągle, nawet kiedy nie pisze, że jestem jedyną dziewczyną, która jest w jego sercu i bez względu na okoliczności mam o tym pamiętać.
I tak oto od paru dni zamilkł całkowicie.
Napisałam do niego co się dzieje, ale cisza. Wiadomości dostarczone, nieodczytane. Nie chcę go zasypywać , nie chcę być nachalna, ale z drugiej strony martwię się, może coś mu się stało? Tak, jestem naiwna. Przecież powinnam wpaść na to, że zwyczajnie znudził się mną, poznał inną jak to na wakacyjnych kurortach i pewnie dlatego mnie olał. Proste, prawda? W takim razie w imię czego pisał ze mną tak długo, planując wyjazd i wyznając uczucia? Dla zabawy? Komu chce się ciągnąć taką rozrywkę bez przyszłości przez kilka tygodni? I czy naprawdę można być tak zakłamanym? Nie wydaje mi się, żeby był człowiekiem bez skrupułów, aby bez słowa po prostu zniknąć, ale tak naprawdę nie znam go. Może grał i udawał. Tylko po co?
Nie wiem co zrobić zależy mi na nim, ale trochę czuję się bezradna. Powinnam napisać do któregoś z jego znajomych, których tam poznałam? Czy to będzie obsesyjnie i nienormalne? A może powinnam zaakceptować jego decyzję, bo ewidentnie wskazuje na to, że przestał być mną zainteresowany? Ale czy naprawdę można tak z dnia na dzień? Czuję się jak nastolatka. Sprowadźcie mnie na ziemię, tylko proszę – zachowajcie poziom wypowiedzi. Nie potrzebuję oceniania i krytyki. Co najwyżej konstruktywną krytykę, o ile taka istnieje. Pozdrawiam