Przyznam, że nie bardzo wiem jak sobie poradzić z sytuacją, która dotknęła mnie po odejściu z pracy.
Byłam przez trzy lata zatrudniona przez osobę prowadzącą działalność gospodarczą. Swoją pracę bardzo lubiłam, angażowałam się w nią, a że jestem z natury odpowiedzialną osobą, perfekcjonistką, więc pracę wykonywałam sumiennie i rzetelnie. Z czasem moje kompetencje rosły, rozszerzono mi zakres obowiązków, otrzymałam też służbowy samochód i telefon. Istotne jest, że zajmowałam się również finansami firmy: płatności do ZUS, US, wypłaty dla pracowników, realizacja płatności faktur. Właścicielka firmy to osoba wielce niezorganizowana, nierzetelna, nie obawiam się stwierdzić, że nieuczciwa, chciwa. Zaciągnęła mnóstwo zobowiązań, z których spłatą miała coraz większy problem. Bardzo często powodowała również konflikty wśród pracowników, manipulowała nimi, obiecywała góry, ale z tych obietnic się nie wywiązywała, w pracy wprowadziła zasadę terroru ocierającego się o mobbing. Z tego powodu rotacja była bardzo duża, a najlepsi pracownicy czuli się niedoceniani, zmuszani do rzeczy, które wykraczały nie tylko poza ich obowiązki, ale przede wszystkim były niezgodne z prawem.
Jeśli zaś o moją osobę chodzi, czułam się doceniana do czasu kiedy odmówiłam wykonania czynności łamiącej prawo. Wówczas bez wytłumaczenia zabrano mi samochód, dostęp do niektórych informacji, traktowano jak innych, którzy z jakiegoś powodu stawali się niewygodni, co miało za każdym razem doprowadzić do zwolnienia się z pracy. Widząc co się dzieje (i zwyczajnie nie wytrzymując psychicznie), zdecydowałam się złożyć wypowiedzenie. Pozornie zostało to spokojnie przyjęte. Piszę pozornie, bo niestety po moim odejściu coraz częściej docierały do mnie niepokojące sygnały. Otóż pomimo iż pozostawiłam po sobie porządek, bardzo szybko w finansach zrobił się bałagan, a odpowiedzialność za ten stan zrzucono na mnie. Prawda jest taka, że czasy świetności firma miała już za sobą, więc z powodu braku środków zrobiły się zaległości w ZUS, US, w płatnościach innych kosztów stałych. Niestety właścicielka chcąc wyjść z twarzą z tej sytuacji zaczęła rozpowiadać, że ja na swoje własne konto (oczywiście w czasie kiedy jeszcze byłam pracownikiem) przelewałam środki, które były przeznaczone na ZUS i US oraz dodatkowo upłynniłam kilkadziesiąt tysięcy złotych. Takich pomówień było jeszcze wiele, choć drobniejszych. Aby jakoś naświetlić tę sytuację przytoczę, że posądzono mnie o próbę wyłudzenia telefonu służbowego, oskarżono, że używając samochodu do celów prywatnych nie zwracałam kosztów za paliwo (co było oczywistą nieprawdą ponieważ każdego miesiąca przedstawiałam fakturę, z której jasno wynikało, że tankowałam paliwo w takiej ilości jak było to umówione), jak również mnóstwo drobiazgów, które jednak są dla mnie mocno krzywdzące. Muszę tu zaznaczyć, że była to placówka bankowa działająca na zasadzie franczyzy, a wspomniana osoba ma mnóstwo znajomych, wpływowych osób w lokalnym środowisku. Prowadząc działalność wielokrotnie byłam świadkiem sytuacji konfliktowych z udziałem klientów, wspólników, partnerów, pracowników, innych osób na polu prywatnym. Kłamstwo tej osoby to był chleb powszedni. Niestety wszystkie oskarżenia, które padły pod moim adresem bardzo mnie dotknęły, nie wiem do ilu osób dotarły, ale mam obawy, że mogą być przeszkodą w poszukiwaniu przeze mnie kolejnej pracy. Kiedy zdecydowałam się o tym porozmawiać z tą osobą, to ona wszystkiego się wyparła (co mnie zresztą nie zdziwiło), ale ja, choć niewinna (moją uczciwość i rzetelność może potwierdzić wiele osób) czuję się jak złodziej i oszust w oczach innych.
Tu dochodzę do sedna mojego pytania. Co powinnam w tej sytuacji zrobić? Czy założyć sprawę w sądzie o pomówienie, czy może zastosować jakieś inne środki? Jaki przebieg ma taka sprawa i czy ma sens? Czego mogę się domagać? Będę wdzięczna za każdą podpowiedź.