Może pytanie banał. Zdarzało się Wam ulegać, kiedy mężczyzna długo się o starał? Pytam, bo po wielu latach rozstaje się z teorią, że nachalność zaczyna się od liczby 2.
Podobne tematy
szczerze, nie przypominam sobie.
Z resztą co toznaczy "długo"?
Mi się zdarzyło ![]()
4 2018-03-21 23:04:12 Ostatnio edytowany przez SonyXperia (2018-03-21 23:04:39)
Może pytanie banał. Zdarzało się Wam ulegać, kiedy mężczyzna długo się o starał? Pytam, bo po wielu latach rozstaje się z teorią, że nachalność zaczyna się od liczby 2.
Nie. Jeżeli mężczyzna mnie interesuje, to nie musi długo zabiegać żebym uległa
Szkoda życia na przydługawe ceregiele
PS. Ile to ma być, to 'długo'? ![]()
Może inaczej - czy zdarzało się Wam, że zabiegi ze strony faceta wzbudziły w Was coś więcej, nawet jeśli na początku była to "tylko" sympatia.
Może inaczej - czy zdarzało się Wam, że zabiegi ze strony faceta wzbudziły w Was coś więcej, nawet jeśli na początku była to "tylko" sympatia.
Nie. Mnie się nie zdarzyło aby ktoś był w stanie wychodzić sobie u mnie 'coś więcej'.
Może inaczej - czy zdarzało się Wam, że zabiegi ze strony faceta wzbudziły w Was coś więcej, nawet jeśli na początku była to "tylko" sympatia.
U mnie wychodził, ale byłam wtedy młoda ![]()
Może inaczej - czy zdarzało się Wam, że zabiegi ze strony faceta wzbudziły w Was coś więcej, nawet jeśli na początku była to "tylko" sympatia.
Raz miałam tak, że od razu nie zaiskrzyło, ale z każdym spotkaniem było coraz lepiej i lepiej i nagle to było to. Ale po prostu się spotykaliśmy, a ja miałam ochotę na spotkania bo go polubiłam.
To trwało może miesiąc, może trochę więcej.
W innych przypadkach mógł zabiegać i zabiegać a efekt był odwrotny, miała już go dosyć.
Ok, postaram się zapytać jeszcze precyzyjniej. Czy uważacie, że początkowa sympatia (taka ogólno-międzyludzka) może być dobrą bazą wypadową na coś więcej, jeśli facet się stara.
Może inaczej - czy zdarzało się Wam, że zabiegi ze strony faceta wzbudziły w Was coś więcej, nawet jeśli na początku była to "tylko" sympatia.
Tak. Mój mąż nie byłby moim mężem, gdyby sobie tego nie wychodził. Jest jedno ogromne ALE - trzeba umiejętnie zabiegać, żeby druga osoba nie czuła się osaczona, a każdy ma swoje indywidualne granice tolerancji, więc trudna sprawa. U mnie na przykład kwiaty i prezenty odpadały, odrzuciłoby mnie to, tak jak romantyczne randki, ponieważ z założenia nie chciałam widzieć danej osoby w roli amanta. Ale kumpelski wypad na rower i kebaba już był okej :-). Tak jak pisała rossanka, z każdym spotkaniem rozwija się relacja, tylko wiesz, startujesz wtedy z pozycji friendzone ;-)
PS. pisanie 25 smsów dziennie jest moim zdaniem grubą przesadą. Jeden rano i jeden na dobranoc też, ale to moje subiektywne odczucie.
Ok, postaram się zapytać jeszcze precyzyjniej. Czy uważacie, że początkowa sympatia (taka ogólno-międzyludzka) może być dobrą bazą wypadową na coś więcej, jeśli facet się stara.
Użyłeś bardzo dobrego określenia- baza wypadowa- więc nie oblężenie Częstochowy..:)) Widzisz różnicę??
Ok, postaram się zapytać jeszcze precyzyjniej. Czy uważacie, że początkowa sympatia (taka ogólno-międzyludzka) może być dobrą bazą wypadową na coś więcej, jeśli facet się stara.
Może, ale jak na początku jest neutralnie i jak nie wzbudzasz żadnych negatywnych uczuć. Inaczj będziesz coraz bardziej irytował.
Jeśli ze spotkania na spotkanie widać postęp, to dobrze rokuje. Jezeli ciągle jest średnio, a druga strona na dopdatek nigdy się pierwsza nie odezwie - to lepiej po jakimś czasie dać sobie spokój.
Tak. Mój mąż nie byłby moim mężem, gdyby sobie tego nie wychodził. Jest jedno ogromne ALE - trzeba umiejętnie zabiegać, żeby druga osoba nie czuła się osaczona, a każdy ma swoje indywidualne granice tolerancji, więc trudna sprawa. U mnie na przykład kwiaty i prezenty odpadały, odrzuciłoby mnie to, tak jak romantyczne randki, ponieważ z założenia nie chciałam widzieć danej osoby w roli amanta. Ale kumpelski wypad na rower i kebaba już był okej :-). Tak jak pisała rossanka, z każdym spotkaniem rozwija się relacja, tylko wiesz, startujesz wtedy z pozycji friendzone ;-)
PS. pisanie 25 smsów dziennie jest moim zdaniem grubą przesadą. Jeden rano i jeden na dobranoc też, ale to moje subiektywne odczucie.
A tak z czystej ciekawości, w którym momencie to się zamieniło z takiej friendzone w coś więcej ? ![]()
Makigigi napisał/a:Tak. Mój mąż nie byłby moim mężem, gdyby sobie tego nie wychodził. Jest jedno ogromne ALE - trzeba umiejętnie zabiegać, żeby druga osoba nie czuła się osaczona, a każdy ma swoje indywidualne granice tolerancji, więc trudna sprawa. U mnie na przykład kwiaty i prezenty odpadały, odrzuciłoby mnie to, tak jak romantyczne randki, ponieważ z założenia nie chciałam widzieć danej osoby w roli amanta. Ale kumpelski wypad na rower i kebaba już był okej :-). Tak jak pisała rossanka, z każdym spotkaniem rozwija się relacja, tylko wiesz, startujesz wtedy z pozycji friendzone ;-)
PS. pisanie 25 smsów dziennie jest moim zdaniem grubą przesadą. Jeden rano i jeden na dobranoc też, ale to moje subiektywne odczucie.A tak z czystej ciekawości, w którym momencie to się zamieniło z takiej friendzone w coś więcej ?
Ja odpowiem, bo raz mi się tak zdarzyło, było to po miesiącu, może ciut więcej spotkań, ale dosyć intensywnych, telefonach, esemesach a po 2 już wiedziałam, że to jest TO.
Ale miałam kiedyś taki przypadek, że spotykałam się z kimś z 4 czy 5 miesięcy i nic. tzn coraz bardziej mnie irytował, dzwonił, chciał się spotykac i było coraz gorzej, a ja nie wiedziałam, jak się z tego wykręcić. w końcu jakoś umarło smiercią naturalną.
wilczysko napisał/a:Makigigi napisał/a:Tak. Mój mąż nie byłby moim mężem, gdyby sobie tego nie wychodził. Jest jedno ogromne ALE - trzeba umiejętnie zabiegać, żeby druga osoba nie czuła się osaczona, a każdy ma swoje indywidualne granice tolerancji, więc trudna sprawa. U mnie na przykład kwiaty i prezenty odpadały, odrzuciłoby mnie to, tak jak romantyczne randki, ponieważ z założenia nie chciałam widzieć danej osoby w roli amanta. Ale kumpelski wypad na rower i kebaba już był okej :-). Tak jak pisała rossanka, z każdym spotkaniem rozwija się relacja, tylko wiesz, startujesz wtedy z pozycji friendzone ;-)
PS. pisanie 25 smsów dziennie jest moim zdaniem grubą przesadą. Jeden rano i jeden na dobranoc też, ale to moje subiektywne odczucie.A tak z czystej ciekawości, w którym momencie to się zamieniło z takiej friendzone w coś więcej ?
Ja odpowiem, bo raz mi się tak zdarzyło, było to po miesiącu, może ciut więcej spotkań, ale dosyć intensywnych, telefonach, esemesach a po 2 już wiedziałam, że to jest TO.
Ale miałam kiedyś taki przypadek, że spotykałam się z kimś z 4 czy 5 miesięcy i nic. tzn coraz bardziej mnie irytował, dzwonił, chciał się spotykac i było coraz gorzej, a ja nie wiedziałam, jak się z tego wykręcić. w końcu jakoś umarło smiercią naturalną.
No, ale u Ciebie to jednak było tak klasycznie, bo jednak dość intensywny taniec godowy
A Makigigi trzymała zdaje się pewien dystans (może się mylę) i nagle jednak coś się zmieniło.
rossanka napisał/a:wilczysko napisał/a:A tak z czystej ciekawości, w którym momencie to się zamieniło z takiej friendzone w coś więcej ?
Ja odpowiem, bo raz mi się tak zdarzyło, było to po miesiącu, może ciut więcej spotkań, ale dosyć intensywnych, telefonach, esemesach a po 2 już wiedziałam, że to jest TO.
Ale miałam kiedyś taki przypadek, że spotykałam się z kimś z 4 czy 5 miesięcy i nic. tzn coraz bardziej mnie irytował, dzwonił, chciał się spotykac i było coraz gorzej, a ja nie wiedziałam, jak się z tego wykręcić. w końcu jakoś umarło smiercią naturalną.No, ale u Ciebie to jednak było tak klasycznie, bo jednak dość intensywny taniec godowy
A Makigigi trzymała zdaje się pewien dystans (może się mylę) i nagle jednak coś się zmieniło.
Jak to klasycznie?
wilczysko napisał/a:rossanka napisał/a:Ja odpowiem, bo raz mi się tak zdarzyło, było to po miesiącu, może ciut więcej spotkań, ale dosyć intensywnych, telefonach, esemesach a po 2 już wiedziałam, że to jest TO.
Ale miałam kiedyś taki przypadek, że spotykałam się z kimś z 4 czy 5 miesięcy i nic. tzn coraz bardziej mnie irytował, dzwonił, chciał się spotykac i było coraz gorzej, a ja nie wiedziałam, jak się z tego wykręcić. w końcu jakoś umarło smiercią naturalną.No, ale u Ciebie to jednak było tak klasycznie, bo jednak dość intensywny taniec godowy
A Makigigi trzymała zdaje się pewien dystans (może się mylę) i nagle jednak coś się zmieniło.
Jak to klasycznie?
No klasycznie intensywnie, czyli dość intensywne telefoniczne rozmowy, esemesy, spotkania. Słowem - standard
Sam to przerabiałem.
Ja swego czasu też miałam takiego "starającego". Był w paczce moich znajomych,od początku wiedział że miedzy nami nic nie będzie ale nie odpuszczał. Pisal dzień dobry i dobranoc codziennie,zapraszał do kina,na kawe,na spacery. Mimo odmów i tłumaczenia że jesteśmy kumplami i to się nie zmieni,nie odpuszczał. W końcu doprowadził do tego że miałam tak dosyć że urwałam kontakt. Uwazam że jeśli od początku nie ma tego iskrzenia,na siłę nie da się kogoś sobie "wychodzić".
19 2018-03-22 13:13:56 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2018-03-22 13:28:27)
Moje życie wciąż serwuje mi lekcje pt. "Słuchać siebie!!!"
A bywa różnie z różnymi osobami.
Czasami od razu czułam, że to nie to. Innym razem chciałam dać nam trochę czasu na weryfikację. Czasami od początku ktoś się podobał, co nie znaczy, że od razu chciałam od niego wszystkich atrakcji.
Różnie, przeróżnie.
I gdy czułam, że nie chcę danego człowieka, a on nie przyjmował do wiadomości mojej odmowy, czułam wyłącznie irytację.
Bywało też, że całkiem do rzeczy "delikwent" zniechęcał mnie do siebie zbyt bezpośrednim manifestowaniem swojego zainteresowania.
Wczoraj byłam na fajnej randce z nieznanym wcześniej człowiekiem. Był uśmiech, zainteresowanie, uprzejmość, ale ręce przy sobie. Raz tylko zostałam podtrzymana, gdy zachwiałam się na oblodzonym krawężniku - to akurat był zupełnie naturalny, miły gest.
Ja lubię małe, aczkolwiek zdecydowane kroczki.
20 2018-03-22 13:50:59 Ostatnio edytowany przez Bland44 (2018-03-22 13:54:55)
Mój adorator chodził, chodził i wychodził. Najpierw opowiadał wspólnej znajomej, że się zakochał. Starał się bardzo. Nie był nachalny, nie narzucał się, ale w zabawny sposób pokazywał zainteresowanie moją osobą. Zawsze był skory do pomocy. Nie zdążyłam pomyśleć, a on już wiedział, czego mi trzeba. Kiedyś nie było smartfonów, smsów, ale były długie romantyczne listy, niespodziewane przyjazdy. Nigdy się nie gniewał, nawet jak ja zawalałam. Zawsze przepraszał, nawet gdy ewidentnie była moja wina. Był szczery, otwarty, po prostu dobry. I taki pozostał (ale już nie dla mnie
)
Mój adorator wychodził. Starał się bardzo. Nie był nachalny, ale zawsze skory do pomocy, praktycznie na każde skinienie. Kiedyś nie było smartfonów, smsów, ale były długie romantyczne listy, niespodziewane przyjazdy. Nigdy się nie gniewał, nawet jak ja zawalałam. Zawsze przepraszał, nawet gdy ewidentnie była moja wina. Był szczery, otwarty, po prostu dobry. I taki pozostał (ale już nie dla mnie
)
To co poszło nie tak ?
Lou71.71 napisał/a:Mój adorator wychodził. Starał się bardzo. Nie był nachalny, ale zawsze skory do pomocy, praktycznie na każde skinienie. Kiedyś nie było smartfonów, smsów, ale były długie romantyczne listy, niespodziewane przyjazdy. Nigdy się nie gniewał, nawet jak ja zawalałam. Zawsze przepraszał, nawet gdy ewidentnie była moja wina. Był szczery, otwarty, po prostu dobry. I taki pozostał (ale już nie dla mnie
)
To co poszło nie tak ?
Wówczas wydawało mi się, że jedna różnica w światopoglądzie przekreśli moje późniejsze szczęście (on był/jest niewierzący). Później zrozumiałam, że to nie jest aż tak wielki problem. Ale było już za późno. Do dalszego rozwoju wydarzeń przyczyniła się "życzliwa"
wilczysko napisał/a:Lou71.71 napisał/a:Mój adorator wychodził. Starał się bardzo. Nie był nachalny, ale zawsze skory do pomocy, praktycznie na każde skinienie. Kiedyś nie było smartfonów, smsów, ale były długie romantyczne listy, niespodziewane przyjazdy. Nigdy się nie gniewał, nawet jak ja zawalałam. Zawsze przepraszał, nawet gdy ewidentnie była moja wina. Był szczery, otwarty, po prostu dobry. I taki pozostał (ale już nie dla mnie
)
To co poszło nie tak ?
Wówczas wydawało mi się, że jedna różnica w światopoglądzie przekreśli moje późniejsze szczęście (on był/jest niewierzący). Później zrozumiałam, że to nie jest aż tak wielki problem. Ale było już za późno. Do dalszego rozwoju wydarzeń przyczyniła się "życzliwa"
No cóż. Smutne. Ale uczymy się na błędach.
Lou71.71 napisał/a:wilczysko napisał/a:To co poszło nie tak ?
Wówczas wydawało mi się, że jedna różnica w światopoglądzie przekreśli moje późniejsze szczęście (on był/jest niewierzący). Później zrozumiałam, że to nie jest aż tak wielki problem. Ale było już za późno. Do dalszego rozwoju wydarzeń przyczyniła się "życzliwa"
No cóż. Smutne. Ale uczymy się na błędach.
Ja się nie nauczyłam. Jak poznałam mojego ( jeszcze obecnego ) małżonka, który jest wierzący, to byłam szczęśliwa jak głupia - nie skrzywdzi, nie zdradzi, nie oszuka, będzie po prostu dobry i kochający, skoro złoży przysięgę przed Bogiem. I tu znowu zonk
Grasse napisał/a:Może inaczej - czy zdarzało się Wam, że zabiegi ze strony faceta wzbudziły w Was coś więcej, nawet jeśli na początku była to "tylko" sympatia.
Tak. Mój mąż nie byłby moim mężem, gdyby sobie tego nie wychodził. Jest jedno ogromne ALE - trzeba umiejętnie zabiegać, żeby druga osoba nie czuła się osaczona, a każdy ma swoje indywidualne granice tolerancji, więc trudna sprawa. U mnie na przykład kwiaty i prezenty odpadały, odrzuciłoby mnie to, tak jak romantyczne randki, ponieważ z założenia nie chciałam widzieć danej osoby w roli amanta. Ale kumpelski wypad na rower i kebaba już był okej :-). Tak jak pisała rossanka, z każdym spotkaniem rozwija się relacja, tylko wiesz, startujesz wtedy z pozycji friendzone ;-)
PS. pisanie 25 smsów dziennie jest moim zdaniem grubą przesadą. Jeden rano i jeden na dobranoc też, ale to moje subiektywne odczucie.
Ojoj, 25 smsów dziennie, ja to się zastanawiam, czy napisanie dwóch wiadomości w tygodniu nie jest przesadą
A co byś powiedziała o dużej wyrozumiałości wobec kiepskich umiejętności tanecznych? ![]()
wilczysko napisał/a:Lou71.71 napisał/a:Wówczas wydawało mi się, że jedna różnica w światopoglądzie przekreśli moje późniejsze szczęście (on był/jest niewierzący). Później zrozumiałam, że to nie jest aż tak wielki problem. Ale było już za późno. Do dalszego rozwoju wydarzeń przyczyniła się "życzliwa"
No cóż. Smutne. Ale uczymy się na błędach.
Ja się nie nauczyłam. Jak poznałam mojego ( jeszcze obecnego ) małżonka, który jest wierzący, to byłam szczęśliwa jak głupia - nie skrzywdzi, nie zdradzi, nie oszuka, będzie po prostu dobry i kochający, skoro złoży przysięgę przed Bogiem. I tu znowu zonk
No niestety w tym względzie nie ma żadnej reguły. Tacy co leją żony też często składali przysięgę przed Bogiem.
Może pytanie banał. Zdarzało się Wam ulegać, kiedy mężczyzna długo się o starał? Pytam, bo po wielu latach rozstaje się z teorią, że nachalność zaczyna się od liczby 2.
Tak. Ja lubię poczuć, że się stara.
Makigigi napisał/a:Tak. Mój mąż nie byłby moim mężem, gdyby sobie tego nie wychodził. Jest jedno ogromne ALE - trzeba umiejętnie zabiegać, żeby druga osoba nie czuła się osaczona, a każdy ma swoje indywidualne granice tolerancji, więc trudna sprawa. U mnie na przykład kwiaty i prezenty odpadały, odrzuciłoby mnie to, tak jak romantyczne randki, ponieważ z założenia nie chciałam widzieć danej osoby w roli amanta. Ale kumpelski wypad na rower i kebaba już był okej :-). Tak jak pisała rossanka, z każdym spotkaniem rozwija się relacja, tylko wiesz, startujesz wtedy z pozycji friendzone ;-)
PS. pisanie 25 smsów dziennie jest moim zdaniem grubą przesadą. Jeden rano i jeden na dobranoc też, ale to moje subiektywne odczucie.A tak z czystej ciekawości, w którym momencie to się zamieniło z takiej friendzone w coś więcej ?
Wydaje mi się, że nie da się wyznaczyć takiego momentu, to był raczej proces. Nie wiem, czy to wyczerpie odpowiedź na Twoje pytanie, ale dla mnie miłość to jest decyzja. Wyjaśniam
: jeśli wiem, że dana osoba jest mną zainteresowana, lubię ją i jest między nami jakaś nić porozumienia, to muszę podjąć decyzję, czy dopuścić ją bliżej i pozwolić, żeby pojawiła się szansa na związek, czy trzymać ją na dystans, bo z tych czy innych powodów nie biorę z nią pod uwagę związku. Nie ma co się rzucać na hura w wir emocji z powodu iskrzenia między nami, bo bez rozważenia sytuacji można się tyko pokzywdzić. Z drugiej strony pewien margines elastyczności nie jest zły ![]()
Mój mąż miał cechy przez które przypuszczałam, że będziemy mieć różne priorytety w życiu i dlatego go początkowo nie chciałam, uczucia nie grały tu roli. Ostatecznie okazało się, że znajdujemy kompromisy, więc jestem szczęśliwa ( i mam nadzieję, że on też
)
Lou71.71 napisał/a:wilczysko napisał/a:No cóż. Smutne. Ale uczymy się na błędach.
Ja się nie nauczyłam. Jak poznałam mojego ( jeszcze obecnego ) małżonka, który jest wierzący, to byłam szczęśliwa jak głupia - nie skrzywdzi, nie zdradzi, nie oszuka, będzie po prostu dobry i kochający, skoro złoży przysięgę przed Bogiem. I tu znowu zonk
No niestety w tym względzie nie ma żadnej reguły. Tacy co leją żony też często składali przysięgę przed Bogiem.
Żebym to ja wtedy wiedziała. Dla mnie to było tak oczywiste, że nawet się nie zastanawiałam. Pogodziłam się, że na imprezach raczej bywać nie będę, ale nie to było dla mnie najważniejsze.
Wydaje mi się, że nie da się wyznaczyć takiego momentu, to był raczej proces. Nie wiem, czy to wyczerpie odpowiedź na Twoje pytanie, ale dla mnie miłość to jest decyzja. Wyjaśniam
: jeśli wiem, że dana osoba jest mną zainteresowana, lubię ją i jest między nami jakaś nić porozumienia, to muszę podjąć decyzję, czy dopuścić ją bliżej i pozwolić, żeby pojawiła się szansa na związek, czy trzymać ją na dystans, bo z tych czy innych powodów nie biorę z nią pod uwagę związku. Nie ma co się rzucać na hura w wir emocji z powodu iskrzenia między nami, bo bez rozważenia sytuacji można się tyko pokzywdzić. Z drugiej strony pewien margines elastyczności nie jest zły
Mój mąż miał cechy przez które przypuszczałam, że będziemy mieć różne priorytety w życiu i dlatego go początkowo nie chciałam, uczucia nie grały tu roli. Ostatecznie okazało się, że znajdujemy kompromisy, więc jestem szczęśliwa ( i mam nadzieję, że on też)
Całkowicie to rozumiem, bo przerabiałem coś trochę podobnego ![]()
rossanka napisał/a:wilczysko napisał/a:No, ale u Ciebie to jednak było tak klasycznie, bo jednak dość intensywny taniec godowy
A Makigigi trzymała zdaje się pewien dystans (może się mylę) i nagle jednak coś się zmieniło.
Jak to klasycznie?
No klasycznie intensywnie, czyli dość intensywne telefoniczne rozmowy, esemesy, spotkania. Słowem - standard
Sam to przerabiałem.
AA tak. Tak było. Ale zainteresowanie było z dwóch stron. Tylko z mojej na początku jedynie przyjacielskie, ale ze spotkania na spotkanie to się zmieniało.
32 2018-03-22 18:40:44 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2018-03-22 18:41:19)
Makigigi napisał/a:Grasse napisał/a:Może inaczej - czy zdarzało się Wam, że zabiegi ze strony faceta wzbudziły w Was coś więcej, nawet jeśli na początku była to "tylko" sympatia.
Tak. Mój mąż nie byłby moim mężem, gdyby sobie tego nie wychodził. Jest jedno ogromne ALE - trzeba umiejętnie zabiegać, żeby druga osoba nie czuła się osaczona, a każdy ma swoje indywidualne granice tolerancji, więc trudna sprawa. U mnie na przykład kwiaty i prezenty odpadały, odrzuciłoby mnie to, tak jak romantyczne randki, ponieważ z założenia nie chciałam widzieć danej osoby w roli amanta. Ale kumpelski wypad na rower i kebaba już był okej :-). Tak jak pisała rossanka, z każdym spotkaniem rozwija się relacja, tylko wiesz, startujesz wtedy z pozycji friendzone ;-)
PS. pisanie 25 smsów dziennie jest moim zdaniem grubą przesadą. Jeden rano i jeden na dobranoc też, ale to moje subiektywne odczucie.Ojoj, 25 smsów dziennie, ja to się zastanawiam, czy napisanie dwóch wiadomości w tygodniu nie jest przesadą
A co byś powiedziała o dużej wyrozumiałości wobec kiepskich umiejętności tanecznych?
Grasse- do rzeczy..
masz koleżankę i chcesz ja zainteresować?
2 wiadomości w tygodniu to za mało by Cię zauważyć- no chyba że to będzie zapadajaca w pamięć literatura.. ![]()
Umiejętnosci taneczne w kawiarni czy w kinie nie są Ci potrzebne, ale jak masz zamiar zapraszać dziewczynę do klubów gdzie się tańczy, to lipa..- Ty nie będziesz tańczyć, inni Ci ja poderwą.
jak ona lubi tańczyć, to zapisz się na kurs tańca najpierw.. możesz spoko sam, zawsze jest więcej dziewczyn.. Dzięki temu nawet jak słoń nadepnał Ci na ucho nabierzesz pewności siebie- taniec jest prosty dla faceta gdy zrozumie, że to On prowadzi i dziewczyna ma się dostosować, wtedy wszystko gra..prostsze niż myślisz-- widziałam w zyciu kompletne antytalenty w tej dziedzinie, którzy po obczajeniu tej prostej zasady stawali się królami parkietu i nawet muzyka im nie przeszkadzała.
Makigigi napisał/a:Grasse napisał/a:Może inaczej - czy zdarzało się Wam, że zabiegi ze strony faceta wzbudziły w Was coś więcej, nawet jeśli na początku była to "tylko" sympatia.
Tak. Mój mąż nie byłby moim mężem, gdyby sobie tego nie wychodził. Jest jedno ogromne ALE - trzeba umiejętnie zabiegać, żeby druga osoba nie czuła się osaczona, a każdy ma swoje indywidualne granice tolerancji, więc trudna sprawa. U mnie na przykład kwiaty i prezenty odpadały, odrzuciłoby mnie to, tak jak romantyczne randki, ponieważ z założenia nie chciałam widzieć danej osoby w roli amanta. Ale kumpelski wypad na rower i kebaba już był okej :-). Tak jak pisała rossanka, z każdym spotkaniem rozwija się relacja, tylko wiesz, startujesz wtedy z pozycji friendzone ;-)
PS. pisanie 25 smsów dziennie jest moim zdaniem grubą przesadą. Jeden rano i jeden na dobranoc też, ale to moje subiektywne odczucie.Ojoj, 25 smsów dziennie, ja to się zastanawiam, czy napisanie dwóch wiadomości w tygodniu nie jest przesadą
A co byś powiedziała o dużej wyrozumiałości wobec kiepskich umiejętności tanecznych?
Nic nie powiem o tańcach, bo każda kobieta ma swoje preferencje. Mnie taniec obchodzi... szerokim łukiem, ale dla Twojej wybranki może to być kwestia kluczowa.
Tak samo z tymi smsami - Ela pisała, że dwa w tygodniu to za mało, dla mnie to byłoby za wiele, jeśli nie jestem zainteresowana rozwijaniem znajomości w kierunku romantycznym. Także konkretnych porad nie dostaniesz na forum, bo ludzie są różni i mają różne potrzeby. Musisz wyczuć, jaka jest ta Twoja dziewczyna.
Ale On właśnie chce tę znajomość rozwijać w kierunku romantycznym.. Więc jeśli ona uważa że wystarczy np jeden sms na miesiąc od zwyklłego przyjaciela, bo takie ma preferencje, to dla niego nieistotna informacja..
Najlepiej wiedzieć coś o tej dziewczynie. Tzn czy darzy Cię sympatią i fajny z Ciebie koleś, czy to tylko koleżeńska sympatia. Można się nieźle naciąć. U mnie było podobnie, jak ktoś już pisał. Kolega byl sympatyczny i go lubiłam, ale wykończył mnie pisaniem, prezentami, listami w skrzynce i niezapowiedzianymi wizytami pod szkołą. To byl koszmar. Najgorsze, że mówiłam że nic z tego nie będzie, a do niego nie docierało. W końcu zaczął mi działać na nerwy i nie mogłam go znieść, żeby nie powiedzieć ze że znienawidziłam kolesia. Druga sprawa, to jeśli dziewczyna mówi, że nie chce, to znaczy że nie chce. Niestety faceci często zachowują się, jakby oni wiedzieli lepiej i w myśl zasady, że jak kobieta mówi "nie", to myśli "tak". Na wszelki wypadek dobrze słuchaj tego, co ona mówi i jak się zachowuje. Dla jednej Twoje zachowanie bedzie zbyt natarczywe, a inna będzie zachwycona. Ważne, żeby dobrze obserwować i w odpowiedni sposób reagować.
ja nie cierpię...
zwłaszcza, jesli daję wyraźne sygnały, ze nie jestem zainteresowana
pachnie mi to desperacja i psycholstwem na milę
nigdy przenigdy żadnej relacji z kims, kto nie rizumier slowa "nie"