Chciałabym Wam o czymś opowiedzieć i zapytać was o radę. Być może stwierdzicie, że jestem skrajnie nieodpowiedzialną małolatą, ale uwierzcie, że tak nie jest i to, co dzieje się w moim życiu po prostu mnie przerasta. Jestem bardzo wrażliwą i emocjonalną osobą, i nie daję już rady sam na sam ze swoimi myślami.
Słowem wstępu (chciałabym, żebyście mnie zrozumieli): pochodzę z dziwnej rodziny, gdzie mama zawsze oczekiwała wobec mnie zbyt wiele, pomimo tego, że sama nie ma wykształcenia i dobrej pracy, a ojciec niby od czterdziestu lat pracuje, ale lubi sobie wypić i zrobić awanturę w domu, a według niego, to ja pokrzyżowałam im wszystkie plany na życie. Nigdy więc nie czułam wsparcia od rodziców, nigdy tak naprawdę nie miałam prawdziwego ojca. No, ale mniejsza, teraz przejdźmy do właściwej sytuacji.
Od dwóch lat pracuję w pewnej firmie, podoba mi się praca, spełniam się w niej, mam stanowisko kierownicze, szanuję ludzi, a ludzie szanują mnie. Mam też swojego szefa. I tu zaczyna się problem. Pracę zaczęłam w wieku dwudziestu lat, więc stosunkowo wcześnie, jak na takie stanowisko. Od początku z szefem (dla ułatwienia sprawy, nazwijmy go panem A.) miałam bardzo dobre relacje. Rozumieliśmy się, mieliśmy podobne zainteresowania, wiedział, że może na mnie polegać, a ja wiedziałam, że w razie jakiejkolwiek sytuacji, on pomoże mnie.
Sytuacja była normalna, byliśmy na pan/pani, czasem rozmawialiśmy przez telefon, rzadko spotykaliśmy się w pracy, ze względu na to, że pracujemy w oddzielnych budynkach, a on większość pracy robi w domu. Po jakimś czasie te rozmowy przeszły trochę na bardziej prywatne, on zwierzał mi się z tego, że już nie wytrzymuje w pracy, że ma za dużo obowiązków, że nie ma już siły, a ja zawsze staram się każdemu pomóc, więc zaproponowałam, że zrobię za niego to i owo. I od tego się zaczęło, w ramach wynagrodzenia (ma nad sobą jeszcze jednego szefa, więc nie mógł dać mi premii) zaprosił mnie na kawę. Stwierdziłam, że czemu nie, w końcu to nic zobowiązującego.
Po jakimś czasie wszystko się unormowało, ale nadal utrzymywałam z nim lepszy kontakt niż pozostali pracownicy, częściej przyjeżdżał do mnie na kawę do pracy, rozmawialiśmy o życiu, o zainteresowaniach, aż w końcu umówiliśmy się na piwo. Na piwie przeszliśmy na ty. Nic się przez jakiś czas nie działo, natomiast po paru miesiącach pomaganiu jemu (on w tym czasie wiele również zrobił dla mnie) napisał mi smsa, że nie wie, jak powiedzieć, że mnie kocha. Zdziwiłam się, próbowałam to wyjaśnić, nie powiedział, czy to prawda, nie powiedział, że to żart. Po prostu jakoś przeszło to wszystko mimochodem. Ale zaczęliśmy ze sobą pisać, zaczęliśmy się częściej spotykać – pomimo tego, że wiem, że ma żonę i dwójkę dorosłych dzieci.
Parokrotnie pisał mi pod wpływem alkoholu, że mnie kocha, że mnie potrzebuje, ale zawsze na trzeźwo i twarzą w twarz pomijał ten temat w rozmowach. Ja nigdy nie dałam mu sygnału, że coś może między nami być. Wiadomo, że wtedy, kiedy pisał, a ja byłam również pod wpływem, wdawałam się z nim we flirt, jednak nie było to moim zdaniem nic groźnego. Do momentu, aż poszliśmy na piwo i wylądowaliśmy na imprezie, gdzie doszło do pocałunków (takie sytuacje powtórzyły się 3 razy). Ja wtedy coś poczułam. Nie chciałam tego robić, bo wiem, że nie chcę zniszczyć jego rodziny, ale coś do niego czuję.
W tym momencie sytuacja wygląda w ten sposób, że często się widzimy, normalnie się zachowujemy, lubimy spędzać ze sobą czas, możemy na sobie polegać. Natomiast ja nie wiem, jak mam to rozwiązać. Nie wiem, czy wyznać mu, że coś do niego czuję, ale nie chcę niszczyć mu związku, więc odpuścić. Czy trwać w milczeniu, nie spać po nocach i zastanawiać się, co by było, gdybym jednak zaryzykowała. On często pisze dwuznaczne wiadomości, jednak nigdy nie doszło między nami do większego zbliżenia. Mam wrażenie, że on chce zmienić coś w swoim życiu, że w jego małżeństwie się nie układa, ale boi się zrobić ten krok. Bo może myśli, że go wyśmieję, jeśli wyzna mi naprawdę, że mnie kocha. Nie mam pojęcia, co z tym faktem zrobić. Nie wiem, czy urwać kontakt (wiąże się to z moim zwolnieniem, a pracę bardzo lubię), czy zaryzykować. Spotkać się z nim i to wyjaśnić. Tylko boję się jednej rzeczy, że jego słowa to tylko puste słowa, a nie prawda. Uważacie, że ktoś byłby wstanie (bez romansu) powtarzać komuś, że go kocha? Czy to tylko manipulacja (nie widzę tego…)? Co mogę zrobić w tej sprawie? Nie chcę go przestraszyć, wyznając, co czuję. I nie oczekuję od niego związku. Chciałabym po prostu przestać się zadręczać, wiedzieć na czym stoję. Konkretnie wyjaśnić tę sprawę, ale po prostu, po ludzku się boję, bo nie chcę tracić z nim kontaktu, bardzo lubię jego towarzystwo.
PS. Ostatnio wspomniał o rozwodzie, ale nie powiedział tego mnie tylko osobie, która o naszej relacji nie wie. Dodam, że nie miał nigdy takich relacji z inną kobietą podczas małżeństwa oraz, że nie jest typem kobieciarza.
Proszę, doradźcie coś i nie oceniajcie mnie źle. Wiem, że to głupie. A, ja mam 22 lata, on ma 47 lat.