Witajcie,
nie sądziłem że będę kiedykolwiek potrzebował pomocy ludzi z forum o takiej tematyce ale niestety...
Z wejścia chcę przeprosić, bo nie łapię się w kategorii bycia kobietą, ale mam nadzieję że to nie jest wielki problem.
Mniejsza, mam problem i mam nadzieję że spróbujecie mi pomóc tak bardzo jak tylko możliwe.
Słowem wstępu:
Jestem (byłem?) ze swoją dziewczyną niecałe 2 lata, Ona z innej miejscowości, ja z innej, poznaliśmy się właściwie wpół drogi między jedną a drugą.
Przez pierwsze około 9-10 miesięcy widywaliśmy się tak z 2dni w tygodniu (odległość i koszta związane z podróżą troszkę utrudniały spotkania) było wszystko cud miód, 0 kłótni, szczęśliwi z każdym spotkaniem, po prostu zakochani.
Sytuacja pogorszyła się gdy moja dziewczyna dostała możliwość pracowania w mojej miejscowości, za lepszą pensję i w ogóle.
Zastanawiać można by się "gdzie tu problem, w końcu się częściej będziecie mogli widzieć?".
I faktycznie, niby nie ma, chyba że lenistwo bierze górę i sprawia że tak naprawdę nie czujesz potrzeby widzenia się ze swoją lepszą połówką dzień w dzień.
I tak od Jej przyjazdu właściwie zaczynały się kłótnie w sprawie moich odwiedzin, od pierwszego dnia, gdy pisała mi że czuje się samotna w nowym mieszkaniu, w nowym miejscu i w ogóle, ja nie wyciągnąłem wniosków że dobrze byłoby do Niej przyjechać jak najszybciej i spędzić czas w towarzystwie (a wiecie jak jest, faceci proste konstrukty, jak im się dokładnie nie powie czego potrzebujecie to może mieć problem z domyśleniem się samemu).
Tak to się ciągnęło kilka miesięcy, podobny stan, Ona mnie potrzebowała (wtedy tego nie dostrzegałem) i chciała spędzać ze mną ile czasu się dało, a ja niekoniecznie (nie chodzi o to że nie czułem potrzeby widywania się z Nią, bo oczywiście czułem, ale nie w takiej częstotliwości, przynajmniej wtedy, oswajałem się z tym powoli).
Pewnie wypadałoby też wspomnieć że jest (była?) moją pierwszą dziewczyną, więc moje zerowe doświadczenie i właściwie brak jakiegokolwiek postrzegania jak powinno być w udanym związku nie ułatwiało mi odgadywania Jej potrzeb.
Widywaliśmy się więc nadal dosyć rzadko, Ona w pracy, ja świeżo też zacząłem (miałem okres przerwy w studiach, też nie istotne, teraz je kontynuuję i dorabiam) więc tego czasu stawało się jeszcze mniej.
Gdy się widywaliśmy to raczej Ona musiała planować nasze wyjścia co gdzie i jak bo u mnie z podejmowaniem decyzji/planowaniem było ciężko.
Więc zaczęła się wkradać monotoniczność do naszego związku, ale zacząłem dostrzegać to na tyle za późno, po tak wielu kłótniach że gdy zacząłem to zmieniać było już za późno.
Starałem się widywać z Nią w naprawdę każdym możliwym momencie, chociażby na godzinkę przed snem, planowałem atrakcje (czasami niespodziewane dla Niej), jakieś podróże na miasto żeby coś zjeść, spacery, co mi przyszło do głowy co mogłoby jej sprawić radość.
Dostrzegałem niestety że powoli zatraca Ona zdolność do odwzajemnienia moich uczuć, czułości które jej okazywałem (nie oszukujmy tu nikogo, nie mam prawa jej winić), aż w końcu doszła do ostatecznego wniosku że lepiej będzie dla nas jeśli zrobimy "przerwę" od siebie.
Mówiła że "widzi wszystko co dla Niej robię, że naprawdę dużo się we mnie zmieniło ale po prostu Ona nie potrafi już czuć tego co kiedyś, i że czuje się źle z tym i w ogóle z samą sobą, że nie potrafi mimo wszystko."
Chcąc nie chcąc (oczywiście nie chcąc, inaczej by mnie tu nie było), skoro stwierdziła że tak będzie lepiej zgodziłem się żebyśmy zrobili przerwę (miałem nadzieję że nie w sensie rozstania na zawsze), i że może jak uda jej się uzupełnić tę pustkę w sobie spróbujemy ponownie.
Ja cały czas staram się wierzyć że jej się uda, że po prostu potrzebuje czasu, może zatęskni, odezwie się że już się lepiej czuje i wrócimy do siebie, do tych uczuć, które były na początku naszego poznania.
Gdy pisałem do Niej już w trakcie "przerwy" gdzieś od czasu do czasu wiadomości otrzymałem:
"Andrzej. Na razie daj mi spokój. Piszę z tymi ważnymi informacjami, ale nie chcę rozmawiać. Po prostu.".
Przez ważną informację rozumiemy jej przypadłość, podwyższony poziom prolaktyny której źródło nie do końca nadal zostało ustalone, miała mieć badania i prosiłem żeby informowała mnie o wynikach (jest podejrzenie gruczolaka),
lecz na wyniki nadal czekamy.
A ja staram się praktycznie nie odzywać, żeby uszanować Jej decyzję i nie narzucać się. Skoro nie chce rozmawiać, nie zamierzam jej robić na złość i pisać, i staram usuwać się w cień.
I zadręczam się myśląc czy jest coś, co mogę jeszcze zrobić żeby pomóc załatać tą pustkę i jak tak to co, czy powinienem pozwolić jej całkiem o sobie zapomnieć...