Proszę o przeczytanie wątku i o udzielenie mi rad w stosunku do mojej relacji z mamą.
Mam27 lat, właśnie piszę pracę mgr. Umówiłam się z rodzicami, że przez te 4miesiące nie będę pracować, będę skupiać się na dyplomie. W sierpniu wróciłam z zzagranicy, czekam na wszystkie zaliczenia z uczelni, z pracy itp. Mojauczelnia jeszcze powinna mi wypłacić pieniądze - dostanę zwrot ok 3-4 tys złotych plus jeszcze jakieś dodatki z kaucji za mieszkanie.
Po rozmowach z rodziną uzgodniłam,że będę mieszkała w naszym domu rodzinnym tyle ile się da. Skupiam się na dyplomie, piszę go codziennie, ale nie oszukujmy się- muszę też gdzieś wychodzić nakawę, na imprezę czasem, na spotkanie ze znajomymi, aby nie zgnuśnieć.
Po dostaniu tego zwrotu z uczelni chcę jak najszybciej zapisać się na prawo jazdy, tak aby szybko je zrobić i aby w nowym 2018 roku nawet w cv wpisać, że mam prawo jazdy i jestem jakby lepszym pracownikiem.
Ale do tej pory po prostu siedzę w domu chodzę do bibliotek, na uczelnię i projektuję, piszę. SKupiam się na sobie.
Niestety strasznie kłócę się z rodzicami, najgorzej z moją Mamą. Mam wrażenie, że ona chce dobrze, ale nie może tego okazać, zawsze nasza jakakolwiek rozmowa końćzy się awanturą.
Na mój pomysł abym się wyprowadziła i stanęła na nogi może po znalezieniu pracy i po miesiącu, po 2 miesiącach i pierwszych wypłatach- rodzice reagują śmiechem, są nadąsani. MÓwią, że jesli chcę to mam się wyprowadzić, ale oni nigdy mnie nic nie dołożą się do niczego.
Mam wrażenie ze występuje jakiś konflikt pokoleń. Zawsze byłam grzeczna, słuchałam się rodziców, byłam asertywna, ale mam wrażenie, że siedziałam pod kloszem.
NIe wiem jak to okreslić, rodzice pozwalali mi na bardzo dużo, dali mi wolną rękę we wszystkim, pomagali mi słowem, ale wyborów dokonywałam sama, nigdy mi nikt w niczym nie doradzał.
Nie mam dobrych wspomnień ze związków z facetami, każdy kończył się porażką.
Mam wrażenie że byłam za miękka, za łagodna.
Że rodzice wychowali mnie pod jakąś pierzynką i do[iero kiedy sama wyrywałam się na wyjazdy roczne za granicę( nei mówię erazmus i imprezy, ale praca i warsztaty) wtedy tak jakby dojrzewałam. Szkoda tylko, że tego procesu dojrzewania nie miałam jakby wswoim mieście, w moim kraju, ale za granicą.
Kiedy chodziłamna uczelnię w POlsce moje życie wyglądało,dom, szkoła dom jak w liceum. Nic z życia studenckiego. DOpiero za granicą mogłam być odpowiedzialna za siebie itp.
Rodzice tego nie rozumieją, mowią, że miałam czas do pracy miałam czas do realizacji swoich planów , ale ja uważam, że zabrakło czasu na relacje międzyludzkie i naukę relacji społecznych.
DOpiero teraz, od 2,5 roku czuję jako taką zmianię. Zaczęłam poznawać ludzi z innego środowiska niż moje akademickie, środowiska dość biznesowo nastawionego do życia, takiego twardego. Zmieniłam się, pracowałam ciężko, wyjechałam za granicę kończyć studia i pracować- tam miałam dużo problemów, o których nie mowiłam też ludziom. Mysleli, że wszystko jest takie kolorowe i cudowne.
Wróciłam inna, dojrzalsza. MInęły 2 miesiące, prawie 3 i znowu czuję, że gnuśnieję. Że ciągle kłócę się z rodzicami, moja mama do tej pory wchodzi mi nieproszona do pokoju, wkurza się, żenp ja jestem zajęta i nie daję jej jakiejśtam atencji. Wiem, że rodzice są rozdrażnieni tym, że nie powiodło się im w życiu, że teraz może nie jesteśmy stricte biedni, ale na pewno moi znajomi po studiach zarabiają więcej niż oni przez całe życie.
Dlatego ja ten semestr wybrałam jako semestr pracy nad sobą i skupienia się na sobie. NIe idę do pracy bo nie skończyłabym dyplomu. Znajomi rezygnowali z pracy ze względu na dyplom. Po prostu siedzę w domu , czuję sie jak 20 latka , nie mam ani faceta, ani wielkich dalekosiężnych planó. Nie mówię, że uderzyła mnie rzeczywistość i dorosłość. Nie.
PO prostu mam wrażeie, że cofam się znowu mentalnie do poziomu dziecka, uległej pannicy z domu rdzinnego, bo tu mam wszystko. Nawet na moje'nie' czy moje jakieś słowo Mama reaguje jakoś bardzo emocjonalnie, dziwnie agresywnie- jakby nie mogła się pogodzić z czymś. Ale nie wiem z czym.
Jestem trochę uwiązana, nie wiem co robić. Straciłam kontakty ze znajomymi, nie potrafię się wybronić w grupie znajomych, jestem jakaś bierna, jestem jakimś flakiem.
Zawsze byłam 'bierną' osobą, zawsze pytałam się mamy o zdanie, dopieor tak jak mówię od 2.5 roku to się zmieniło. Moja mama mnie kocha mówi, ze zawsze chce wszystkiego dobrego dla mnie a z 2 strony czuję się tłamszona. Ona w moim wieku ( tez to mega często podkreśla) byla bardzo samodzielna, byla taka i taka. W czasie kłotni sama mi to zawsze wypomina. A zachowuje sie w stosunku do mnie inaczej, tak jakby chciała mnie uchronic, tak jakby nie dawała mi szansy na poznanie swiata. I przez to mam wrazenie ze traciłam młodośc, jakieś obeznanie nawet z błędami, ze światem, popelnianie bledów itp. Zawsze uchodziłam za tą, której się wszystko udawało.
Mam wrażenie, ze cos jest nie tak, ze wrocilam ok pisże dyplom, jestem skupiona, ale cos jest nie tak. Ze powinnam byc bardziej samodzielna, nawet mentalnie a nie jestem.Dopiero takie rozważania kończą się kłótnią, wrzaskami, jakimiś obelgami, jest kwas, mama wychodzi z domu, ja placzę. Dla mnie jest to trudne i dla niej. Nie wiem co robic.
Jestem dorosla a mam wrazenie, ze cos jest nie tak.
Ciągle mama powtarza ze nie wie gdzie popelnila blad w moim wychowaniu.
Tego juz sie nie zmieni. Ja chce sie zmienic, byc bardziej odpowiedzialna, pewna siebie, ale nie chamska. Duzo ludzi mnie rpzescignelo we wszystkim, na uczelni, w zleceniach, w pracy. Mam wrazenie ze to jest jakby kwestia szybkosci podejmowania decyzji, reakcji, zycia.
Mam wrazenie, ze jestem zbyt powolna.
NIe wiem co robic. smutno mi jest. Nawet faceta nie potrafie zainteresowac swoja osoba, zawsze wszystko sie rozmywa. Nie wiem z czego to wynika.
Jakbym szyukała jakiejs aprobaty i sama nie potrafiła podjac decyzji.
NIe wiem sama jak z tego wyjsc, tzn na ten czas moim planem jest skonczenie dyplomu, zrobienie prawa jazdy, poszukanie pracy, obrona i wyprowadzka. Na wszystko sama muszę zapracować bo nikt mi nic nie da.
Nawet rodzice nie dołożą złotówki na mój hipotetyczny pokój. Moja mama odbiera to jako hanbe, złowrogi pomysl, jako coś co przyczyni się do zerwania relacji, albo osmieszenia rodziny. BO jak to- wyprowadzęsię do kolezanki, albo sama do kawalerki. Powinnam wyprowadzić się do faceta. A ja nawet imprez czy spotkan w domu nie robie, bo wstydze sie zaprosic kolegów, facetow do domu jesli mam tyle lat a rodzice są w domu
Albo ja mam paranoję, albo cos jest nie tak.
Prosze okonstruktywna krytyke i komentarze, nie wiem czy ja cos zle robie, moze ja odbieram zle swiat.
Dzięki z góry,
X