netkobietyWszystkie działy
Miłość, związki, partnerstwo

Walczę o swoje życie

14 odpowiedzi2 463 wyświetleniazałożony przez DramaQueen, 09.05.2017

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » Walczę o swoje życie

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 15 ]

1

Temat: Walczę o swoje życie

Witam wszystkich użytkowników forum. Rozpaczliwie potrzebuję Waszej pomocy i obiektywnych opinii. Ja sama nie potrafię na to wszystko spojrzeć trzeźwym okiem i wydaje mi się, że wciąż żyję iluzją małżeństwa, którą stworzyłam sobie w głowie 2 lata temu.

Jestem młodą kobietą. Za 2 tygodnie czeka mnie pierwsza sprawa rozwodowa, wniesiona przez mojego małżonka. Od 7 miesięcy nie mieszkamy razem a ja mimo to nie wiem czy dobrze robię zgadzając się na rozwód i czy dalsza walka o małżeństwo jest warte świeczki. Wiem, że mnóstwo kobiet ma podobne dylematy jak ja i mam nadzieję, że nie zanudzę Was moją opowieścią, czego sobie i Wam życzę wink

Historia zaczęła się około 5 lat temu, poznałam w sieci fantastycznego faceta, w którym się zakochałam bez pamięci. Jedyną przeszkodą była dzieląca nad odległość - on z Warszawy, ja kończyłam licencjat w Trójmieście z perspektywami na magisterkę. Po 4 miesięcznej znajomości postanowiłam, że przeniosę się dla niego do Warszawy. Z miłości zostawiłam studia i zamieszkaliśmy razem (wiem, głupia byłam, ale młodość rządzi się swoimi prawami). Po 6 miesiącach oświadczył mi się, a ja, mimo że przerażona, przyjęłam od niego pierścionek. Dla mnie działo się to zdecydowanie za szybko. Mój mąż był jednak święcie przekonany, że znalazł to, czego w życiu szukał i nie ma na co czekać, tym bardziej, że jest 7 lat starszy ode mnie i jako już prawie 30 letni facet szuka stabilizacji i partnerki na całe życie. Zrozumiałam to.

Od tamtego czasu życie wiodło nam się bardzo dobrze, oboje mieliśmy pracę, wyremontowaliśmy nowo kupione mieszkanie i planowaliśmy ślub. Generalnie sielankowo. Lecz gdy ten czar zauroczenia małżonkiem minął, zaczęłam zauważać bardzo niepokojące sygnały - częste, nawet bardzo częste sięganie po alkohol. Robił to gdy tylko miał ochotę - po powrocie z pracy prawie codziennie kilka piw lub 2 winka, zależy na co miał ochotę. Czasem przez cały tydzień nie pił za to w weekend nadrabiał ze zdwojoną siła. Po alkoholu nie awanturował się, nie bił mnie, nic z tych rzeczy... On po prostu.... nie wiem nawet jak to opisać... Stawał się zupełnie innym człowiekiem, nie tym którego poznałam, zachowywał się inaczej, mówił inaczej i było to dla mnie tak irytujące, że nie potrafiłam tego zaakceptować. Rozmawiałam z nim o tym wielokrotnie. Zawsze tłumaczenia były takie same - że ma stresującą pracę (korporacja), ma dużo obowiązków i jest to jego jedyna odskocznia od tego wszystkiego i tylko tak potrafi się zrelaksować - zawsze to samo. Starałam się to wszystko zrozumieć i zaakceptować, ale nie mogłam, choć walczyłam jak lwica. Nie potrafiliśmy się dogadać. Miałam nadzieję, że być może po ślubie się zmieni (głupia ja).

Wzięliśmy ślub. Przez pierwsze 1,5 roku po ślubie większość spraw przedstawiała się poprawnie. Mieliśmy wspólne pasje i spędzaliśmy dużo czasu razem. Dostałam się na zaoczne studia i kontynuowałam naukę w trybie zaocznym choć w innym kierunku niż w Trójmieście. Problem braku porozumienia i alkoholu jednak nie minął. Dodatkowo pojawiła się sprawa dziecka - mój mąż bardzo chciał zostać już ojcem, ja uważałam, że nie byłam jeszcze gotowa do roli matki. Cały czas nie czułam się wystarczająco przygotowana na taką dużą odpowiedzialność. Powiedział, że nie zmusi mnie do niczego, ale on byłby przeszczęśliwy mając już malucha.
Im dalej szło małżeństwo, tym więcej napotykaliśmy kłopotów i różniących nas spraw. Kolejną okazała się moja praca. Mąż zawsze uważał, że za mało zarabiam, że jestem ambitna, stać mnie na dużo więcej niż mam dotychczas i motywował do znalezienia innej pracy. Niestety (muszę tutaj schylić swój sztywny kark) jestem taką osobą, która zmian bardzo nie lubi, jak już do czegoś przywyknie, tego się kurczowo trzyma. I może ten waśnie strach przed nowym powoduje, że jestem w tej gównianej sytuacji już od 7 miesięcy. W każdym razie pracy nie znalazłam, a mąż co raz bardziej obwiniał mnie za małe przychody, mimo że żyliśmy na naprawdę dobrym poziomie i niczego nam raczej nie brakowało.

Ostatnie 1,5 roku to niekończąca się sinusoida dobrych i złych chwil. Zaczęliśmy się kłócić o takie pierdoły, że aż szkoda gadać, nie potrafiliśmy znaleźć wspólnego stanowiska prawie w niczym. Jakby piorun nas trafił i zamienił w 2 zupełnie inne osoby. Jako, że oboje jesteśmy wybuchowi i nie potrzeba nam duzo, żeby wszcząć kłótnię, tak samo bardzo szybko sobie wybaczamy i się godzimy. Nie mniej jednak to alkohol zawsze był główną przyczyną kłótni, było go w jego życiu zdecydowanie za dużo. Już nawet ciężko stwierdzić ile nocy przepłakałam, bo wolał siedzieć przed komputerem z piwskiem zamiast ze mną. Zaczęłam mu otwarcie mówić, że alkohol niszczy nasze małżeństwo i jeżeli się coś nie zmieni, będzie bardzo kiepsko. Były obietnice, starania, zawsze kończyło się na tym, że przez kilka dni nie pił, a później to nadrabiał. Okłamywał mnie, że nie pił, mimo że znajdywałam pochowane puszki lub butelki w mieszkaniu. Czasem potrafił nawet kłamać w żywe oczy gdy mu pokazywałam dowód w ręku. Przestałam mu ufać i zaczęłam kontrolować pod kątem kupowania i picia. To zaczęło go rozjuszać jeszcze bardziej "no bo przecież on jest dorosłym facetem i nie mam z niego robić alkoholika", za którego już go uważałam. On dalej nie widział problemu, jakby naprawdę wszystko było w najlepszym porządku "no bo przecież się nie awanturuje i mnie nie bije".

Kolejne awantury przedstawiały się co raz gorzej - zaczęły się wyzwiska, przepychanki i że "mam wypierdalać z jego domu". Jeszcze inne kończyły się wylaniem mi piwa na głowie ku jego uciesze i oczernianie moich rodziców... Długo by opowiadać.
Przestaliśmy wspólnie sypiać. Ja przeniosłam się na kanapę w salonie, on został w sypialni. Stan ten utrzymywał się przez dość długi czas. W międzyczasie u mnie zaczęły się stresy ze studiami, pisaniem i obroną pracy. W sferze zawodowej, z racji moich problemów osobistych, tez nie szło mi najlepiej i problemy zaczęły się nawarstwiać. Czułam się tym wszystkim strasznie przytłoczona i zmęczona, potrzebowałam wakacji. Próbowałam namówić męża na wspólny wyjazd i poprawienie relacji, lecz znów - nie mogliśmy dojść do porozumienia z terminem. Mąż szykował się do jakiegoś projektu i delegacji a ja musiałam się z terminem dopasować do innych dziewczyn z zespołu, które już miały zarezerwowane urlopy. Skończyło się na tym, że zamiast spędzić tydzień z mężem gdzieś na plaży, zostałam sama w domu i męczyłam inżynierkę.

W relacjach nastąpiła chwilowa poprawa tuż przed jego tygodniowym wyjazdem w delegację. Odwiozłam go na lotnisko i jak tylko mąż zniknął z bramce na lotnisku, to już za nim tęskniłam. Liczyłam tez po cichu na to, że ta krótka rozłąka pozwoli nam trochę od siebie odetchnąć i przemyśleć pewne sprawy. W dniu powrotu męża z delegacji, wracając z drugiej zmiany do domu spotkałam się z nim na klatce schodowej, tak totalnie nawalonego, że ledwo mnie poznał. Wtedy przelała się we mnie czara goryczy - wolał spędzić wieczór po tygodniowej nieobecności z kumplem przy wódce niż z żoną. Zrozumiałam, że nigdy nie byłam jego pierwszą żoną - zastąpiła mnie butelka. Tamtego dnia załamana zdecydowałam, że już dłużej tak nie mogę i postanowiłam od niego odejść. Przez kilka dni przygotowywałam się do rozmowy. W domu była taka atmosfera, że możnaby powiesić siekierę. Wreszcie przełamałam lęk i postanowiłam mu ogłosić swoją decyzję - był załamany i ja też. Długo rozmawialiśmy, ale doszliśmy do wniosku, że tak będzie lepiej dla nas.

Przez 2 tygodnie starałam się na gwałt poszukać jakiegoś pokoju w Warszawie (mieszkanie było jego rodziców). Mąż też zarządzał całymi naszymi oszczędnościami na koncie, na które nie miałam dostępu. Okres poszukiwań okazał się bardzo felerny i nie udało mi się znaleźć niczego sensownego. Sytuacja w domu była już taka toksyczna, że nie dało się tego znieść. Raz mąż kazał mi się wynosić a innym razem, że mogę zostać ile będę potrzebować - jak na rollercoasterze. Udało mi się poprosić koleżankę, żeby do czasu obrony pracy inżynierskiej, przekoczowała mnie u siebie w domu. W dniu mojej wyprowadzki, mąż błagał mnie, żebym została, że przestanie pić, że będzie inaczej... I choć pękało mi serce, nie wierzyłam już w jego obiecanki. Za dużo razy zawiódł moje zaufanie.

Po miesiącu wróciłam do swoich rodziców na wieś - bezrobotna, bez żadnych oszczędności, bez poczucia własnej wartości siebie i załamana. Do teraz nie mogę się do końca pozbierać. Z mężem, będąc jeszcze w Warszawie, poruszyłam temat podziału wspólnych oszczędności, których mieliśmy niemało i ustaliliśmy pewną kwotę, którą ma mi przesłać. Oczywiście do tej pory nie otrzymałam żadnych pieniędzy. Wykręca się, że podział jest niesprawiedliwy, że ja zarabiałam dużo mniej niż on i to jemu należy się większa część. Kolejne nasze ustalenia poszły do kosza.

On kilkakrotnie prosił mnie, żeby spróbować jeszcze raz naprawić nasze małżeństwo, a ja wielokrotnie sugerowałam mu, co powinien ZROBIĆ, bo w jego gadanie już nie wierzę. Z mówieniem, jak to on się nie zmienił szło mu pięknie, natomiast z robieniem dużo dużo gorzej. Nie potrafił przyjechać do mnie sam od siebie, mimo że wie gdzie mieszkam - potrzebował ode mnie potwierdzenia, że jak już przyjedzie to "po coś". Tym czymś jest to, że go wpuszczę do domu i dam się ugłaskać. Nie potrafił mi przesłać pieniędzy, mimo wcześniejszych ustaleń "no bo dlaczego miałby mi sponsorować start do nowego życia bez niego". Nie rozumiem tego wszystkiego. Stara się jednocześnie o mnie walczyć a dalej oszukuje z pieniędzmi. Jestem totalnie zagubiona. Wiem, że mimo tych 7 miesięcy i jego zapewnień, że się zmienił - dalej pije, bo sam mi się do tego przyznał z w dzisiejszej rozmowie telefonicznej.

Gdy pisze teraz to wszystko, to myślę sobie - NAD CZYM JA SIĘ JESZCZE ZASTANAWIAM?!, a jednocześnie, gdy wracam do tych dobrych wspomnień to pęka mi serce i chciałabym wrócić. Nie wiem czy go jeszcze kocham. Boję się, że jak spróbuję z nim jeszcze raz to znowu będę cierpieć i przechodzić przez to samo. Zasugerowałam mężowi terapię, to nie chce nawet o tym słyszeć. Czuję, że my już nie możemy być ze sobą szczęśliwi, choćby z tego względu, że ja bałabym się mieć z nim dziecko w obecnej chwili, a może i w ogóle, skoro kazał mi wypierdalać z domu. Co ja zrobiłabym wtedy jako matka? Jeszcze te kłopoty z pieniędzmi... Nie wiem czy dałabym radę znaleźć z nim wspólne stanowisko. On ewidentnie nie chce się podzielić tymi pieniędzmi a wtedy czuję, że nie jestem dla niego ważniejsza od pieniędzy.

Poradźcie coś, błagam. Już dłużej tak nie mogę...

2

Odp: Walczę o swoje życie

Cześć,


Przede wszystkim zadaj sobie pytanie, czy go nadal kochasz? czy brakuje Ci go? i od tego zacznij rozważania, czy to małżeństwo ma sens. Dobrze byłoby żebyście się spotkali i omówili wszystko jeszcze raz. Wylewanie piwa na głowę i przepychanki to jest coś czego nie można tolerować. W domu nie powinna być agresja. Niestety, każdy ma jakieś wady i skłonności pytanie czy potrafi się nad nimi panować dla swojego partnera. Rywalizacja kto zarabia więcej, a kto mnie jest bez sensu. Małżeństwo to nie wyścigi. On chce mieć żonę bo ją kocha, czy dla pieniędzy? przelewu pewnie nie robi, żeby Cie jeszcze przytrzymać. Życie nie jest czarne albo białe i nie zawsze w miłości jest różowo. Nie powiem Ci, czy cały ten związek jest bez sensu i na pewno spotkasz kogoś kto będzie Twoją wielką miłością. Pytanie na ile jesteście w stanie iśc na kompromisy, czego on od Ciebie oczekuje i czy przestanie nadużywać alkohol. Może byłby skłonny iść na jakąś terapię? może potrzebujcie by ktoś z boku Wam pomógł? Bo to tak wygląda, że on jeszcze coś chce i Ty sama się zastanawiasz.

3

Odp: Walczę o swoje życie
Kajmakowe napisał/a:

Cześć,


Przede wszystkim zadaj sobie pytanie, czy go nadal kochasz? czy brakuje Ci go? .

akurat to jest ostatnia rzecz, o ktorej autorka powinna myśleć

ja na jej miejscu ratowalabym siebie
facet jest uzależniony od alkoholu - wiec alkoholikiem bedzie do konca Życia

plus widze tutaj pewne toksyczne zachowania, ktorych doswiadczylam na sobie: odciecie od pieniedzy (u mnie partner robil bardzo subtelne rzeczy np. placilismy pol na pol za jedzenie, a on zjadal 4/5 tego; przy czym jak sam sobie kupowal jedzenie to jadl jak wrobelek), a jednoczesnie zapewnienia, ze jak wrocisz, to bedziesz miala wszystko i on Ci wszystko da

jeśli chcesz rady, to ja Ci ją dam: ratuj siebie

wyplataj sie z tego zwiazku, niech sad podzieli majątek i ruszaj dalej
nie niszcz sobie zycia z alkoholikiem

4

Odp: Walczę o swoje życie

Brakuje mi go - moje serce walczy z rozumem.

Nie potrafię pojąc jego rozumowania - to chyba nie nowina wśród kobiet:D

Mówiłam mu już tyle razy, że alkohol nas wyniszcza, obiecywał, obiecywał i ostatecznie nie zadziało się nic. Dochodzi do mnie, że stałam się dla niego mniej ważna niż butelka skoro nie potrafi się opanować.
Kwestię pieniędzy mąż oddziela od kwestii uczuć - nie wiem jak to mogę opisać, ale podam przykład, że według niego jest okej by starać się o moje uczucia i o żonę jako tako, lecz jednocześnie nie odda mi mojej części oszczędności.  Dla mnie to jest CHORE bo małżeństwo to nie tylko uczucia, ale również prowadzenie wspólnego gospodarstwa domowego.

Mówiłam mu również wiele razy - otwarcie - że nie mam już do niego zaufania. Te kłamstwa i jego niespełnione obietnice spowodowały to wszystko. Dla mnie teraz liczy się nie to, co on mówi, a co robi, bo gadać można wiele. Niestety NIE ZROBIŁ NIC.

Dochodzi u mnie jeszcze sprawa religii - jestem wierzącą osobą, ślub był konkordatowy i to mnie dodatkowo dobija. On dużo mniej związany z kościołem i w tej kwestii chyba spływa to po nim jak po kaczce.

5

Odp: Walczę o swoje życie
_v_ napisał/a:
Kajmakowe napisał/a:

Cześć,


Przede wszystkim zadaj sobie pytanie, czy go nadal kochasz? czy brakuje Ci go? .

akurat to jest ostatnia rzecz, o ktorej autorka powinna myśleć

ja na jej miejscu ratowalabym siebie
facet jest uzależniony od alkoholu - wiec alkoholikiem bedzie do konca Życia

plus widze tutaj pewne toksyczne zachowania, ktorych doswiadczylam na sobie: odciecie od pieniedzy (u mnie partner robil bardzo subtelne rzeczy np. placilismy pol na pol za jedzenie, a on zjadal 4/5 tego; przy czym jak sam sobie kupowal jedzenie to jadl jak wrobelek), a jednoczesnie zapewnienia, ze jak wrocisz, to bedziesz miala wszystko i on Ci wszystko da

jeśli chcesz rady, to ja Ci ją dam: ratuj siebie

wyplataj sie z tego zwiazku, niech sad podzieli majątek i ruszaj dalej
nie niszcz sobie zycia z alkoholikiem

W 100% popieram _v_. Ratuj sie. Wiej gdzie pieprz rosnie. Alkoholizm mozna zaleczyc, ale wyleczyc sie nie da. Znalem faceta ktory po 13 latach abstynencji wrocil do nalogu przez jedno piwo.  Chcesz cale zycie drzec o siebie, dzieci, majatek? Odejdz. Pocierpisz, ale bedziesz miala szanse na normalne zycie. Przy nim nigdy nie bedziesz bezpieczna i na nim nigdy sie nie bedziesz mogla oprzec.

6

Odp: Walczę o swoje życie
troll napisał/a:

W 100% popieram _v_. Ratuj sie. Wiej gdzie pieprz rosnie. Alkoholizm mozna zaleczyc, ale wyleczyc sie nie da. Znalem faceta ktory po 13 latach abstynencji wrocil do nalogu przez jedno piwo.  Chcesz cale zycie drzec o siebie, dzieci, majatek? Odejdz. Pocierpisz, ale bedziesz miala szanse na normalne zycie. Przy nim nigdy nie bedziesz bezpieczna i na nim nigdy sie nie bedziesz mogla oprzec.

Z jednej strony macie rację, choć kurde.... No nie pojmuje tego co się stało z tym facetem.
Mąż od kiedy go znam był piwoszem, lubił sobie wypić. Widziałam to wcześniej... Czy byłam taka zaślepiona i zakochana, że to bagatelizowałam? Jak mogłam być taka ślepa?
Wcześniej mi to aż tak bardzo nie przeszkadzało.
Z drugiej strony wiem, że dla mężczyzny może to się okazać dziwne, że skoro pił od początku związku, ale kobiecie to nie przeszkadzało bardzo, to co jej odwaliło, że teraz nagle zaczęło jej to tak bardzo przeszkadzać, że żona chce z tego powodu ode mnie odejść. Mężczyźni kierują się logiką. Może on tego nie potrafi zrozumieć?

7

Odp: Walczę o swoje życie
_v_ napisał/a:

plus widze tutaj pewne toksyczne zachowania, ktorych doswiadczylam na sobie: odciecie od pieniedzy (u mnie partner robil bardzo subtelne rzeczy np. placilismy pol na pol za jedzenie, a on zjadal 4/5 tego; przy czym jak sam sobie kupowal jedzenie to jadl jak wrobelek), a jednoczesnie zapewnienia, ze jak wrocisz, to bedziesz miala wszystko i on Ci wszystko da

Zgadza się, mam wrażenie, że chce mnie jakoby przekupić.

On ma dobrą pracę, mieszkanie etc. Ja w tej chwili nie mam nic. Już kilka razy w rozmowach telefonicznych sugerował mi cos w stylu "zobacz jak Ty teraz żyjesz...". Za każdym razem mu odpowiadałam, że mnie jego dobra materialne nie obchodzą, nie na tym mi zależy...

Już mu powtarzałam to tyle razy na czym mi zależy, że chyba głupi by zrozumiał, a on dalej nic... Ile można? 2 tygodnie do rozwodu a ja jestem przerażona. Boje się, że sobie nie poradzę. Wiem, że to niskie i próżne, ale po części myśle też o powrocie ze względów wygód. Miałam wszystko i nagle to utraciłam. Umysł mi radzi, że na tym się niczego nie zbuduje, ale też jakiś "wewnętrzny głos", ludzki organizm, mechanizm przetrwania, nie wiem, mówi mi, że to też nie jest bez znaczenia.

Przez to wszystko strasznie straciłam poczucie własnej wartości....

8

Odp: Walczę o swoje życie

Masz do wyboru dwie drogi - możesz zostać wspólnikiem nałogu swojego męża albo pozwolić doświadczyć mu konsekwencji nadużywania alkoholu - a przede wszystkim jego zachowania w stosunku do Ciebie.

Porzuć złudne poczucie wpływu na niego, bo go nie masz i nie będziesz miała. Tylko on sam może chcieć wyjść z nałogu. Jeśli tego nie robi, powinnaś pomyśleć o sobie.

To co robi w chwili obecnej to szantaż emocjonalny, on coś chce i Ciebie przekonuje do tego wszelkimi możliwymi środkami jakie posiada, przy okazji zaniżając Twoją wartość, jako człowieka.

Jeśli wrócisz do tych "luksusów" to niejedno piwo Ci jeszcze na głowę wyleje.
Coś, za coś - musisz wybrać.

9

Odp: Walczę o swoje życie
DramaQueen napisał/a:

Mąż od kiedy go znam był piwoszem, lubił sobie wypić. Widziałam to wcześniej... Czy byłam taka zaślepiona i zakochana, że to bagatelizowałam? Jak mogłam być taka ślepa?

Podstawowy blad. To nie twoja wina ze on pije. No chyba ze kupowalas mu to piwo i wlewalas w gardlo. W przeciwnym razie to on sie rozpil, a ty masz tylko zdecydowac czy chcesz to przyjac do wiadomosci i isc dalej do przodu.

DramaQueen napisał/a:

Wcześniej mi to aż tak bardzo nie przeszkadzało.
Z drugiej strony wiem, że dla mężczyzny może to się okazać dziwne, że skoro pił od początku związku, ale kobiecie to nie przeszkadzało bardzo, to co jej odwaliło, że teraz nagle zaczęło jej to tak bardzo przeszkadzać, że żona chce z tego powodu ode mnie odejść. Mężczyźni kierują się logiką. Może on tego nie potrafi zrozumieć?

A co to ma za znaczenie. Roztrzasanie przyczyn jego zdziwienia nie pomoze ci ulozyc sobie TWOJEGO zycia, a to tylko ono jest dla ciebie naprawde wazne. Pijak, nawet jesli jeszcze jest twoim mezem, musi sie sam z soba poukladac. Nikt poza nim tego nie zrobi.

10

Odp: Walczę o swoje życie

Postanowiłam dać mężowi ostatnią szansę. Nie zobaczyliśmy się osobiście, ale jasno dałam mu znać w rozmowie telefonicznej, że łudzę się, że jeszcze coś się zmieni. Od tego czasu kilka razy dzwoniliśmy do siebie i smsowaliśmy.

Rozbraja mnie fakt, że wyszło, że w tym czasie (czyli od momentu dostania ode mnie tej "szansy") dalej popijał (tłumaczy to wyjściem do kumpla, który akurat też jest w separacji) i okłamał mnie po raz kolejny (pisał, że wyszedł na miasto, gdy w tym czasie był u owegoż kolegi). Mówiłam mu, że żeby myśleć o jakimkolwiek powrocie do siebie, chciałabym widzieć w nim zmianę - czyli właśnie ograniczenie picia i skończenie z kłamstwami. W odpowiedzi usłyszałam, że żeby on się zmienił, to musi mieć dla kogo. Czyli rozumiem to tak, że jeżeli wrócilibyśmy do siebie, to on się niby zacznie zmieniać, a jeśli nie to tak jest mu wygodniej i już. Chyba że ja już mam tak spaczone myślenie, że widzę w tym więcej niż rzeczywiście jest.

Co mam o tym sądzić? Wierzycie, że ktoś potrafi się zmienić? Czy to zwykła manipulacja z jego strony?

11

Odp: Walczę o swoje życie

Nie, nie, nie! Nie wracaj! Znam w miarę dobrze lub dobrze kilkunastu alkoholików - i tylko jeden funkcjonował WZGLĘDNIE z nałogiem - mój dziadek. Ale to dawało tylko tyle, że całą emeryturę i pensję dawał babci, no i nie było awantur. Ale jeszcze dorabiał na picie i tak naprawdę go z nami nie było, a na ile wiem - dzikie awantury były przede mną, za czasòw wuja i mojej mamy. Oni nie mają tak, że "się ogarną". Oni MUSZĄ odbić się od dna i przestać pić - a i to sukcesu nie gwarantuje, bo uśpiony alkoholik to zawsze alkoholik. Drink na urodzinach ulubionej cioci może zwalić nałóg od nowa na głowę. Jeśli teraz wrócisz - mąż nie przestanie pić. Będzie mu łatwiej, bo będzie miał współuzależnioną. Pogrążysz się w jego bagnie. Rozumiem zasadność rozważania powrotu do uśpionego alkoholika, który pokonał nałóg (i znam takich, którzy już do dzisiaj 20 lat dają fajnie radę), ale to nie Twój mąż. On jest czynnym alkoholikiem - i kiedy wrócisz, to nawet nie będzie powodu do odbicia się. Najwyżej będzie się lepiej krył - a Ty obudzisz się niezdolna do odwrotu, znajdując butelki w tak niedorzecznych miejscach, że dzisiaj nie masz pojęcia, iż da się je tam wsadzić. Pozwól mu iść na dno, daj szansę na samodzielne odbicie się i ogarnięcie. Tutaj wbrew pozorom i  logice wsparcie niszczy, a nie pomaga.

12

Odp: Walczę o swoje życie

ładnie zrzucił całą odpowiedzialność na Ciebie smile

zawsze mnie zadziwia kreatywnosc alkoholikow
zeby oni ją wykorzystywali do jakichs dobrych spraw...

13

Odp: Walczę o swoje życie

Czyli postanowilas zostac w bagnie a wrecz zanurzyc sie w nim po sama szyje. A dlaczego? Bo alkoholik ktory przestaje pic dla kogos nigdy nie wychodzi z nalogu. Tylko ten ktory robi to dla siebie bo poczul ze dosiegnal dna i nie chce dalej tak zyc ma szanse sie wyleczyc. Wiem to nie tylko z literatury ale niestety i z zycia. Poczytaj o tym.
Twoj maz nie bedzie pil przez chwile, potem znowu trafi sie okazja, stres w pracy, a wogole to bedzie musial odreagowac Twoje czasowe oddalenie no i wkoncu golnac sobie solidnie raz na jakis czas tal w trupa to nie grzech. Badz tego swiadoma. Rozumiem ze jestes na to gotowa w imie lepszej perpsektywy mieszkania i pracy. Ja bym wolala suchy chleb jesc niz zyc z alkoholikiem bo to dramat i szarpanie sie do konca zycia z kims kto pije, bywa agresywny i jeszcze wine za to wszystko zrzuca na innych. Jestem w szoku czytajac ze ktos dobrowolnie wraca do zycia z takim czlowiekiem sad

14

Odp: Walczę o swoje życie

Nigdzie nie napisałam, że do siebie wracamy smile Jedynie, że daję mu szansę na przekonanie mnie. Do tej pory ciągle trzymałam się swojej decyzji, że już nie chcę z nim być. Prawdopodobnie tak będzie. Nie mniej jednak postanowiłam z nim ostatni raz porozmawiać o nas. Nie wiem w sumie dlaczego to robię - czy to kwestia jakichś chwilowych emocji, czy po prostu strachu przed nadchodzącym końcem. Może jestem głupia, może będę tego żałować. Zobaczymy. Po tym co mi ostatnio powiedział, wątpie czy da się to jakkolwiek naprawić. Zdam relację dla osób, które mają te same problemy co ja.

15

Odp: Walczę o swoje życie

dla mnie sprawa jest jasna, jeśli w małżeństwie dochodzi do takich sytuacji to nie ma w nim szacunku, a jak nie ma szacunku to nie może być miłości bo te dwie rzeczy idą ze sobą w parze. Wniosek nasuwa się sam.

Posty [ 15 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » Walczę o swoje życie

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026