Witam wszystkich użytkowników forum. Rozpaczliwie potrzebuję Waszej pomocy i obiektywnych opinii. Ja sama nie potrafię na to wszystko spojrzeć trzeźwym okiem i wydaje mi się, że wciąż żyję iluzją małżeństwa, którą stworzyłam sobie w głowie 2 lata temu.
Jestem młodą kobietą. Za 2 tygodnie czeka mnie pierwsza sprawa rozwodowa, wniesiona przez mojego małżonka. Od 7 miesięcy nie mieszkamy razem a ja mimo to nie wiem czy dobrze robię zgadzając się na rozwód i czy dalsza walka o małżeństwo jest warte świeczki. Wiem, że mnóstwo kobiet ma podobne dylematy jak ja i mam nadzieję, że nie zanudzę Was moją opowieścią, czego sobie i Wam życzę ![]()
Historia zaczęła się około 5 lat temu, poznałam w sieci fantastycznego faceta, w którym się zakochałam bez pamięci. Jedyną przeszkodą była dzieląca nad odległość - on z Warszawy, ja kończyłam licencjat w Trójmieście z perspektywami na magisterkę. Po 4 miesięcznej znajomości postanowiłam, że przeniosę się dla niego do Warszawy. Z miłości zostawiłam studia i zamieszkaliśmy razem (wiem, głupia byłam, ale młodość rządzi się swoimi prawami). Po 6 miesiącach oświadczył mi się, a ja, mimo że przerażona, przyjęłam od niego pierścionek. Dla mnie działo się to zdecydowanie za szybko. Mój mąż był jednak święcie przekonany, że znalazł to, czego w życiu szukał i nie ma na co czekać, tym bardziej, że jest 7 lat starszy ode mnie i jako już prawie 30 letni facet szuka stabilizacji i partnerki na całe życie. Zrozumiałam to.
Od tamtego czasu życie wiodło nam się bardzo dobrze, oboje mieliśmy pracę, wyremontowaliśmy nowo kupione mieszkanie i planowaliśmy ślub. Generalnie sielankowo. Lecz gdy ten czar zauroczenia małżonkiem minął, zaczęłam zauważać bardzo niepokojące sygnały - częste, nawet bardzo częste sięganie po alkohol. Robił to gdy tylko miał ochotę - po powrocie z pracy prawie codziennie kilka piw lub 2 winka, zależy na co miał ochotę. Czasem przez cały tydzień nie pił za to w weekend nadrabiał ze zdwojoną siła. Po alkoholu nie awanturował się, nie bił mnie, nic z tych rzeczy... On po prostu.... nie wiem nawet jak to opisać... Stawał się zupełnie innym człowiekiem, nie tym którego poznałam, zachowywał się inaczej, mówił inaczej i było to dla mnie tak irytujące, że nie potrafiłam tego zaakceptować. Rozmawiałam z nim o tym wielokrotnie. Zawsze tłumaczenia były takie same - że ma stresującą pracę (korporacja), ma dużo obowiązków i jest to jego jedyna odskocznia od tego wszystkiego i tylko tak potrafi się zrelaksować - zawsze to samo. Starałam się to wszystko zrozumieć i zaakceptować, ale nie mogłam, choć walczyłam jak lwica. Nie potrafiliśmy się dogadać. Miałam nadzieję, że być może po ślubie się zmieni (głupia ja).
Wzięliśmy ślub. Przez pierwsze 1,5 roku po ślubie większość spraw przedstawiała się poprawnie. Mieliśmy wspólne pasje i spędzaliśmy dużo czasu razem. Dostałam się na zaoczne studia i kontynuowałam naukę w trybie zaocznym choć w innym kierunku niż w Trójmieście. Problem braku porozumienia i alkoholu jednak nie minął. Dodatkowo pojawiła się sprawa dziecka - mój mąż bardzo chciał zostać już ojcem, ja uważałam, że nie byłam jeszcze gotowa do roli matki. Cały czas nie czułam się wystarczająco przygotowana na taką dużą odpowiedzialność. Powiedział, że nie zmusi mnie do niczego, ale on byłby przeszczęśliwy mając już malucha.
Im dalej szło małżeństwo, tym więcej napotykaliśmy kłopotów i różniących nas spraw. Kolejną okazała się moja praca. Mąż zawsze uważał, że za mało zarabiam, że jestem ambitna, stać mnie na dużo więcej niż mam dotychczas i motywował do znalezienia innej pracy. Niestety (muszę tutaj schylić swój sztywny kark) jestem taką osobą, która zmian bardzo nie lubi, jak już do czegoś przywyknie, tego się kurczowo trzyma. I może ten waśnie strach przed nowym powoduje, że jestem w tej gównianej sytuacji już od 7 miesięcy. W każdym razie pracy nie znalazłam, a mąż co raz bardziej obwiniał mnie za małe przychody, mimo że żyliśmy na naprawdę dobrym poziomie i niczego nam raczej nie brakowało.
Ostatnie 1,5 roku to niekończąca się sinusoida dobrych i złych chwil. Zaczęliśmy się kłócić o takie pierdoły, że aż szkoda gadać, nie potrafiliśmy znaleźć wspólnego stanowiska prawie w niczym. Jakby piorun nas trafił i zamienił w 2 zupełnie inne osoby. Jako, że oboje jesteśmy wybuchowi i nie potrzeba nam duzo, żeby wszcząć kłótnię, tak samo bardzo szybko sobie wybaczamy i się godzimy. Nie mniej jednak to alkohol zawsze był główną przyczyną kłótni, było go w jego życiu zdecydowanie za dużo. Już nawet ciężko stwierdzić ile nocy przepłakałam, bo wolał siedzieć przed komputerem z piwskiem zamiast ze mną. Zaczęłam mu otwarcie mówić, że alkohol niszczy nasze małżeństwo i jeżeli się coś nie zmieni, będzie bardzo kiepsko. Były obietnice, starania, zawsze kończyło się na tym, że przez kilka dni nie pił, a później to nadrabiał. Okłamywał mnie, że nie pił, mimo że znajdywałam pochowane puszki lub butelki w mieszkaniu. Czasem potrafił nawet kłamać w żywe oczy gdy mu pokazywałam dowód w ręku. Przestałam mu ufać i zaczęłam kontrolować pod kątem kupowania i picia. To zaczęło go rozjuszać jeszcze bardziej "no bo przecież on jest dorosłym facetem i nie mam z niego robić alkoholika", za którego już go uważałam. On dalej nie widział problemu, jakby naprawdę wszystko było w najlepszym porządku "no bo przecież się nie awanturuje i mnie nie bije".
Kolejne awantury przedstawiały się co raz gorzej - zaczęły się wyzwiska, przepychanki i że "mam wypierdalać z jego domu". Jeszcze inne kończyły się wylaniem mi piwa na głowie ku jego uciesze i oczernianie moich rodziców... Długo by opowiadać.
Przestaliśmy wspólnie sypiać. Ja przeniosłam się na kanapę w salonie, on został w sypialni. Stan ten utrzymywał się przez dość długi czas. W międzyczasie u mnie zaczęły się stresy ze studiami, pisaniem i obroną pracy. W sferze zawodowej, z racji moich problemów osobistych, tez nie szło mi najlepiej i problemy zaczęły się nawarstwiać. Czułam się tym wszystkim strasznie przytłoczona i zmęczona, potrzebowałam wakacji. Próbowałam namówić męża na wspólny wyjazd i poprawienie relacji, lecz znów - nie mogliśmy dojść do porozumienia z terminem. Mąż szykował się do jakiegoś projektu i delegacji a ja musiałam się z terminem dopasować do innych dziewczyn z zespołu, które już miały zarezerwowane urlopy. Skończyło się na tym, że zamiast spędzić tydzień z mężem gdzieś na plaży, zostałam sama w domu i męczyłam inżynierkę.
W relacjach nastąpiła chwilowa poprawa tuż przed jego tygodniowym wyjazdem w delegację. Odwiozłam go na lotnisko i jak tylko mąż zniknął z bramce na lotnisku, to już za nim tęskniłam. Liczyłam tez po cichu na to, że ta krótka rozłąka pozwoli nam trochę od siebie odetchnąć i przemyśleć pewne sprawy. W dniu powrotu męża z delegacji, wracając z drugiej zmiany do domu spotkałam się z nim na klatce schodowej, tak totalnie nawalonego, że ledwo mnie poznał. Wtedy przelała się we mnie czara goryczy - wolał spędzić wieczór po tygodniowej nieobecności z kumplem przy wódce niż z żoną. Zrozumiałam, że nigdy nie byłam jego pierwszą żoną - zastąpiła mnie butelka. Tamtego dnia załamana zdecydowałam, że już dłużej tak nie mogę i postanowiłam od niego odejść. Przez kilka dni przygotowywałam się do rozmowy. W domu była taka atmosfera, że możnaby powiesić siekierę. Wreszcie przełamałam lęk i postanowiłam mu ogłosić swoją decyzję - był załamany i ja też. Długo rozmawialiśmy, ale doszliśmy do wniosku, że tak będzie lepiej dla nas.
Przez 2 tygodnie starałam się na gwałt poszukać jakiegoś pokoju w Warszawie (mieszkanie było jego rodziców). Mąż też zarządzał całymi naszymi oszczędnościami na koncie, na które nie miałam dostępu. Okres poszukiwań okazał się bardzo felerny i nie udało mi się znaleźć niczego sensownego. Sytuacja w domu była już taka toksyczna, że nie dało się tego znieść. Raz mąż kazał mi się wynosić a innym razem, że mogę zostać ile będę potrzebować - jak na rollercoasterze. Udało mi się poprosić koleżankę, żeby do czasu obrony pracy inżynierskiej, przekoczowała mnie u siebie w domu. W dniu mojej wyprowadzki, mąż błagał mnie, żebym została, że przestanie pić, że będzie inaczej... I choć pękało mi serce, nie wierzyłam już w jego obiecanki. Za dużo razy zawiódł moje zaufanie.
Po miesiącu wróciłam do swoich rodziców na wieś - bezrobotna, bez żadnych oszczędności, bez poczucia własnej wartości siebie i załamana. Do teraz nie mogę się do końca pozbierać. Z mężem, będąc jeszcze w Warszawie, poruszyłam temat podziału wspólnych oszczędności, których mieliśmy niemało i ustaliliśmy pewną kwotę, którą ma mi przesłać. Oczywiście do tej pory nie otrzymałam żadnych pieniędzy. Wykręca się, że podział jest niesprawiedliwy, że ja zarabiałam dużo mniej niż on i to jemu należy się większa część. Kolejne nasze ustalenia poszły do kosza.
On kilkakrotnie prosił mnie, żeby spróbować jeszcze raz naprawić nasze małżeństwo, a ja wielokrotnie sugerowałam mu, co powinien ZROBIĆ, bo w jego gadanie już nie wierzę. Z mówieniem, jak to on się nie zmienił szło mu pięknie, natomiast z robieniem dużo dużo gorzej. Nie potrafił przyjechać do mnie sam od siebie, mimo że wie gdzie mieszkam - potrzebował ode mnie potwierdzenia, że jak już przyjedzie to "po coś". Tym czymś jest to, że go wpuszczę do domu i dam się ugłaskać. Nie potrafił mi przesłać pieniędzy, mimo wcześniejszych ustaleń "no bo dlaczego miałby mi sponsorować start do nowego życia bez niego". Nie rozumiem tego wszystkiego. Stara się jednocześnie o mnie walczyć a dalej oszukuje z pieniędzmi. Jestem totalnie zagubiona. Wiem, że mimo tych 7 miesięcy i jego zapewnień, że się zmienił - dalej pije, bo sam mi się do tego przyznał z w dzisiejszej rozmowie telefonicznej.
Gdy pisze teraz to wszystko, to myślę sobie - NAD CZYM JA SIĘ JESZCZE ZASTANAWIAM?!, a jednocześnie, gdy wracam do tych dobrych wspomnień to pęka mi serce i chciałabym wrócić. Nie wiem czy go jeszcze kocham. Boję się, że jak spróbuję z nim jeszcze raz to znowu będę cierpieć i przechodzić przez to samo. Zasugerowałam mężowi terapię, to nie chce nawet o tym słyszeć. Czuję, że my już nie możemy być ze sobą szczęśliwi, choćby z tego względu, że ja bałabym się mieć z nim dziecko w obecnej chwili, a może i w ogóle, skoro kazał mi wypierdalać z domu. Co ja zrobiłabym wtedy jako matka? Jeszcze te kłopoty z pieniędzmi... Nie wiem czy dałabym radę znaleźć z nim wspólne stanowisko. On ewidentnie nie chce się podzielić tymi pieniędzmi a wtedy czuję, że nie jestem dla niego ważniejsza od pieniędzy.
Poradźcie coś, błagam. Już dłużej tak nie mogę...