Witam.
Mam problem ze zrozumieniem zachowania mojego partnera. Nie wiem jak można komuś przerywać rozmowę bo tak, bo się uważa że druga osoba gada bzdury i nie ma to sensu. A gdzie uczucia drugiej osoby, jakiś szacunek, chęć zrozumienia? Widzę tylko irytację, przekonanie o własnej racji i "po cholerę mam gadać z tym człowiekiem o ograniczonych poglądach". To już nie mogę się mylić, mieć innego błędnego zdania i go wyrażać? Zawsze będę wtedy uciszana?
Sytuacja była błaha, oglądaliśmy jakiś program w telewizji i sprzeczka dotyczyła zachowania bohatera. Normalnie olałabym to, bo po co kłócić się o drobnostki, ale problem w tym, że takie "kończenie" rozmowy zdarza się coraz częściej, zarówno w takich drobnostkach (co zniechęca mnie nieco do rozmów) jak i zwykłych kłótniach, przy zwracaniu uwagi.
Mam wrażenie, że jego postawa wzięła się z tego, że w swoim otoczeniu jest najbardziej inteligentny i dominujący. To tylko utwierdza go, że zawsze ma rację (w większości ją ma). Nie umie być wyrozumiały dla tych, ktorzy się mylą.
Poszedł do psychologa, bo nie radzi sobie ze stresem i złością. Dla niego każda dyskusja/kłótnia to wojna, którą za wszelką cenę trzeba wygrać, mimo że ja chcę tylko coś wyjaśnić, zrozumieć i przeprosić się ewentualnie nawzajem, znaleźć rozwiązanie. Żeby nie było wątpliwości - nie używa wyzwisk i rękoczynów, natomiast postawa pt. zawsze mam racje, to Twoje zachowanie sprowokowało reakcję i mnie nie przegadasz, jak najbardziej.
Mówi, że chciałby się zmienić i to ogarnąć, ale nie wie jak, więc wcześniej uznał że tak ma być i już. Dlatego poszedł na terapię, po wcześniejszych wydarzeniach, gdzie byłam już na skraju wytrzymałości. Na razie miał jedno spotkanie, dziś drugie. Psycholog mówi, że da się go z tego wyprowadzić.
Tylko, że martwię się, że do czasu az będą efekty, ja nie wytrzymam. Jestem bardzo wrażliwa i przeżywam jego złe zachowanie. Dużo energii kosztuje mnie wyjaśnienie spornej sprawy lub zakończenie sporu. Jak mam dotrwać do tego momentu? Czy mogę coś zrobić poza biernym czekaniem?
2 2017-02-09 12:50:46 Ostatnio edytowany przez Amethis (2017-02-09 12:56:27)
Witam.
Mam problem ze zrozumieniem zachowania mojego partnera. Nie wiem jak można komuś przerywać rozmowę bo tak, bo się uważa że druga osoba gada bzdury i nie ma to sensu. A gdzie uczucia drugiej osoby, jakiś szacunek, chęć zrozumienia? Widzę tylko irytację, przekonanie o własnej racji i "po cholerę mam gadać z tym człowiekiem o ograniczonych poglądach". To już nie mogę się mylić, mieć innego błędnego zdania i go wyrażać? Zawsze będę wtedy uciszana?
Sytuacja była błaha, oglądaliśmy jakiś program w telewizji i sprzeczka dotyczyła zachowania bohatera. Normalnie olałabym to, bo po co kłócić się o drobnostki, ale problem w tym, że takie "kończenie" rozmowy zdarza się coraz częściej, zarówno w takich drobnostkach (co zniechęca mnie nieco do rozmów) jak i zwykłych kłótniach, przy zwracaniu uwagi.
Mam wrażenie, że jego postawa wzięła się z tego, że w swoim otoczeniu jest najbardziej inteligentny i dominujący. To tylko utwierdza go, że zawsze ma rację (w większości ją ma). Nie umie być wyrozumiały dla tych, ktorzy się mylą.
Poszedł do psychologa, bo nie radzi sobie ze stresem i złością. Dla niego każda dyskusja/kłótnia to wojna, którą za wszelką cenę trzeba wygrać, mimo że ja chcę tylko coś wyjaśnić, zrozumieć i przeprosić się ewentualnie nawzajem, znaleźć rozwiązanie. Żeby nie było wątpliwości - nie używa wyzwisk i rękoczynów, natomiast postawa pt. zawsze mam racje, to Twoje zachowanie sprowokowało reakcję i mnie nie przegadasz, jak najbardziej.
Mówi, że chciałby się zmienić i to ogarnąć, ale nie wie jak, więc wcześniej uznał że tak ma być i już. Dlatego poszedł na terapię, po wcześniejszych wydarzeniach, gdzie byłam już na skraju wytrzymałości. Na razie miał jedno spotkanie, dziś drugie. Psycholog mówi, że da się go z tego wyprowadzić.
Tylko, że martwię się, że do czasu az będą efekty, ja nie wytrzymam. Jestem bardzo wrażliwa i przeżywam jego złe zachowanie. Dużo energii kosztuje mnie wyjaśnienie spornej sprawy lub zakończenie sporu. Jak mam dotrwać do tego momentu? Czy mogę coś zrobić poza biernym czekaniem?
w zasadzie wydaje mi się że musisz, należało by ![]()
piszesz że "dużo energii mnie kosztuje wyjaśnienie spornej sprawy lub zakończenia sporu"
czy mam rozumieć, że też chodzi Ci o wygraną, o postawienie na swoim
a w pewnym sensie partner jest "sprawniejszy w tym"
co oczywiście nie jest tu żadnym plusem
czasem warto, po prostu dać się "wylać" temu czemuś
prostując ten "strumień" nic nie wnosimy, a męczy to strasznie
normalne wizyty prywatnie u psychologa??
w sensie konsultacji??
Tak, normalne ptywatne wizyty u psychologa.
Nie chodzi mi o to, żeby moja racja wygrała. Chciałabym wyjaśnić sytuację, co zrobiłam źle że go zdenerwowałam albo powiedzieć mu że jego zachowanie sprawiło mi przykrość. Przeprosić, jeśli zawiniłam, ale też żeby on to zrobił, jeśli zrobił źle. Zwykłe porozumienie, rozmowa. Nie uważam, że ktoś wygrywa lub przegrywa.
Trudno jest zacząć taką rozmowę i walczyć o to, żeby nie zmieniła się w wojnę, a także żebym nie została zdominowana jego argumentami. To dla mnie duży koszt emocjonalny i psychiczny, taka "walka" o normalną rozmowę.
Jasne, że czasami odpuszczam i przymykam oko. Ale nie na wszystko jestem w stanie. Nie umiem przemilczeć sytuacji, w której np. zostaje nierówno potraktowana albo on się zezłościł, a ja nie rozumiem o co.
Może źle z nim rozmawiam? Ale jak proszenie, łagodny ton, mówienie mu, że ma prawo do jego perspektywy, a moja też jest ważna, nie działa... To już nie wiem.
Napiszę jako osoba, która długi czas żyła z osobą do Twojego męża podobną, a z drugiej strony sama ma takie ciągoty do stawiania na swoim.
Najgorsze, co możesz robić, gdy Twój mąż zaczyna się nakręcać na udowadnianie racji, to iść z nim w zwarcie i kontynuować kłótnię. Najlepsze, co można zrobić, to kłótnię przerwać stanowczo i z podaniem powodu, np. "w ten sposób rozmawiać nie będziemy, jak się opanujesz i zechcesz porozmawiać ze mną normalnie i z szacunkiem, to wrócimy do tematu". A potem stanowczo się tej decyzji trzymać. Początkowo Twój upór zaogni sytuację, bo mąż na pewno nie jest przyzwyczajony, że ktoś mu się opiera - trzeba go wziąć na przeczekanie. Ale jak zrozumie, że się nie ugniesz, to za każdym kolejnym razem będzie łatwiej. Oczywiście, ta przerwa, to nie ma być foch i całkowite odsunięcie się od męża. To ma być czas na ochłonięcie dla obojga i na przemyślenie swojej postawy. Przede wszystkim musisz mężowi udowodnić, że nie da się ciebie przekrzyczeć - nie dlatego, że krzyczysz głośniej, ale dlatego, że krzyków nie słuchasz.
Nie odpuszczaj, bo w ten sposób dajesz mu przyzwolenie na określone zachowania. Ale też nie próbuj wydusić z niego przeprosin/wytłumaczenia, gdy ponoszą go emocje - bo to nie zadziała, a tylko nakręci kłótnię.
Dziękuję, ruda102 za Twoje rady. Postaram się następnym razem podejść do niego w ten sposób. Natomiast nieco obawiam się, czy on w ogóle będzie chciał po takiej przerwie rozmawiać o danej sprawie i czy w dalszym ciągu nie będzie tak, że tylko jego racja jest słuszna. Ale dziś rozmawialiśmy trochę i widze malutkie postępy.
Ta psycholog stwierdziła, że albo będą się spotykać 2 razy w tygodniu albo nie podejmie się terapii. Nie mamy aż tyle kasy, więc powiedziała, że przeprowadzi spotkania konsultacyjne, żeby dotrzeć do przyczyny takich jego zachowań. Ma ich być 5, zostaly jeszcze 3. Partner powiedział, że potem coś dalej wykombinujemy.
Trochę mam też problem, żeby odciąć się od sprawy i zająć sie sobą, gdy musimy ochłonąć. Ciężko mi przejść nad tymi negatywnymi emocjami do porządku dziennego.
Szukajcie innego psychologa w takim razie - bo 5 spotkań to może być mało, a rozgrzebanie terapii i jej porzucenie nie jest najlepszym pomysłem. Nie każdy lekarz stawia takie warunki.
Co do tego, że masz problem z wyplątaniem się z kłótni - cóż, widocznie i ty masz nad czym popracować. Nad negatywnymi emocjami zawsze ciężko jest zapanować - ale zasłanianie się tym argumentem to tylko wymówka, by nie wysilać się i nie dążyć do zmiany. To, że Twój mąż rozwiąże swoje problemy, to tylko część sukcesu (świadomie nie piszę, że połowa, bo proporcje są jednak u was inne) - ale i ty musisz nauczyć się nowych metod komunikacji, jeśli to ma być pełen sukcez i prawdziwa zmiana.
Jeśli Twój mąż nie jest typem "drapieżnika", który taką informację wykorzysta przeciw Tobie w następnej kłótni, to możesz mu przyznać, że i ty zamierzasz nad sobą pracować. Czasem poczucie, że nie jest się jedynym winnym, bardzo pomaga - zdejmuje część presji i poczucia winy, a to są emocje, które bardzo blokują zmianę. Bo im większa nasza porażka czy przewina, tym ciężej się do niej przyznać i łatwiej udawać, że obecnie wszystko jest ok i co złego to nie ja. Ale, jeśli boisz się, że on tego argumentu użyje, by całą winę zwalić na Ciebie, to mu nie mów, tylko po prostu działaj i próbuj się zmieniać. I nie zniechęcaj się przy pierwszej porażce - nie musisz być idealna, by stać się lepsza ![]()
Masz rację z tą pracą nad samą sobą. Ostatnio zaczęłam właśnie to robić. Chcę nauczyć się obchodzić z moimi emocjami, bo są silne i to one czasem mnie niszczą. A także nad lękiem, że taka cisza na ochłonięcie, to więcej dobrego niż złego w takim momencie.
Myślę, że nie wykorzysta tego przeciwko mnie, więc mu o tym powiem. Zastanawiam się też, czy nie zapytać go, w jakim kierunku według niego ta zmiana powinna iść, co robię nie tak rozmawiając z nim i czego on potrzebuje. W końcu to o relację z nim mi chodzi.
Czasami jednak potrzebuję obiektywnego spojrzenia, bo on potrafi zawsze zostawić człowieka z myślami "kurcze, to moja wina, może nie powinnam była się tak zachowywać". I niekiedy zapewne to prawda, ale jak rozróżnić kiedy?
Co masz na myśli mówiąc o nowych metodach komunikacji?
Może też warto się zastanowić
Z jakiego powodu są te wymiany
Bo to że są już jest oczywiste,
Może jakiś motyw przewodni sie pojawia, może niektóre akcje to tylko odbijanie się czkawką dumy, męskiej
Przygladnij sie, albo zastanów, może da się dostrzec jakiej pole którego dotyczą te nieudane próby komunikacji
Może problem jest w wyartykułowaniu, stąd pojawiają się ostrzejsze, te same hasła
Działające jak płachta na byka
Mkze jqkies sprawy natury egzystencjonalnej, niepewność materialna, może zbyt duże plany, może narzucanie zmian partnerowi,
W zasadzie zawsze można się dogadać, jeśli tylko dwie strony mają chęć w rozmowie
Chęć macie, szkoda ja popsuć ![]()
9 2017-02-09 20:09:37 Ostatnio edytowany przez ruda102 (2017-02-09 20:12:35)
Mam na myśli np. zrozumienie, że jeśli zależy ci na skutecznym dotarciu do osoby, to często lepiej się najpierw wycofać, poczekać aż z drugiej strony zejdzie opór - niż szarżować prosto na mur, bo ty musisz "już" i "teraz". Zauważ, że jak skutecznie przeprowadzisz taki manewr (zastopowanie), to przejmujesz kontrolę nad dyskusją. Kontrola nie polega bowiem tylko na "forsowaniu" swojego zdania, ale też na możliwości wycofania się, decydowania kiedy i jak chcesz z drugą stroną rozmawiać. Jak "wyjdziesz" z kłótni, to mąż zostaje, któcąc się ze ścianą.
Nie będę oszukiwać, umiejętność takiego wychodzenia nie jest łatwa, bo trzeba powściągnąć emocje i własne przyzwyczajenia, ale przede wszystkim naprawdę trzeba się wyłączyć, żeby dalsze krzyki drugiej strony tudzież milczący foch spłynął po tobie jak po kaczce. Mąż, reagując gniewem, próbuje zmusić cię do określonego zachowania - jeśli chcesz go rozbroić, to musisz mu zabrać zabawki, że się tak wyrażę. Z czasem, jeśli dotrze do niego, że z Tobą już się tak "bawić" nie da, tego typu akcje się ograniczą. Każdy czasem wybucha i to jest normalne, ale jeśli ktoś wybucha często i regularnie, to jest to nie tylko kwestia emocji, ale też tego, że taka osoba uznaje dane zachowanie za skuteczne, więc nie ma powodu go zmieniać. Spraw, by kłótnie przestały być skuteczne, to będzie ich mniej.
EDIT: no i oczywiście sprawa podstawowa, o której do tej pory nie pisałam. Kłótnie można rozbrajać nie tylko jak już się zdarzą, ale i zanim się zdarzą. Jeśli są jakieś tematy, które powracają w kłótni często, to nie warto czekać do następnej awantury - dobrze jest takie tematy poruszać zanim do niej dojdzie. W miarę spokojnie. A jak dyskusja zaczyna się wymykać spod kontroli, to wiadomo - timeout na ochłonięcie.
Amethis, musiałabym się zastanowić, czy dotyczy to jakiegoś konkretnego tematu, czy raczej wspólnym mianownikiem jest fakt, że czegoś nie rozumiem i przez to brnę w zaparte w kółko powtarzając swoje zdanie na różne sposoby. Fakt, jestem mniej domyślna i błyskotliwa niż on, ale nie uważam, że przez to trzeba się wściekać.
ruda102, myślę że on czasami robi takie "stop" przez to, że urywa dyskusje. Natomiast nie daje mi komunikatu, że wrócimy do tematu, więc odbieram to źle.
I czy to nie jest też tak, że żeby przejąć kontrolę nad dyskusją i czasem, kiedy się odbywa, tej drugiej osobie musi na dyskusji zależeć? Co w wypadku, gdy robię przerwę, później wracam do tematu, a on nie chce rozmawiać, bo twierdzi, że wszystko już zostało powiedziane? Nie zawsze tak jest, ale jednak.
I jak szkolić się, żeby to tak spływało po mnie? Czy to kwestia wytłumaczenia sobie odpowienio sytuacji? Odpowiednie podejście? I ćwiczenie tego?
Owszem, drugiej stronie musi zależeć - najpierw nie tyle na rozmowie, co na udowodnieniu swojej racji. Czyli, jeśli chcesz, żeby metoda stopowania zadziałała, to trzeba:
1. przerwać, jak mąż zacznie się nakręcać, a nie jak nakręci się na dobre i wszystko zdąży Ci wykrzyczeć
2. zaznaczyć wyraźnie, że chcesz go wysłuchać i jesteś gotowa przyznać mu rację, ale w innych warunkach, bez awantury.
Co do wznowienia dyskusji - jasne, nie zawsze się udaje. Ale i nie zawsze trzeba, jak sytuacja jest błaha. Jak jest poważniejsza, to znów 2 opcje:
1. tuż po tym jak emocje opadną, podchodzisz i pytasz, czy już jest gotowy kontynuować rozmowę. Nigdy nie pytaj, czy chce, bo mu od razu dajesz furtkę do porzucenia sprawy. To jest też przejęcie kontroli, komunikujesz mu, że Ty oczekujesz kontynuowania tematu - w ten sposób trudniej się wykręcić. Jak stwierdza, że gotowy nie jest - odpuść chwilowo, ale zostaw "otwarte drzwi". Powiedz, że w takim razie chętnie wrócisz do rozmowy, jak już będzie na to gotowy.
2. jak nie udało się do tematu wrócić na bieżąco, za kilka dni sama spróbuj zainicjować rozmowę na spokojnie. Im mniej pretensji, a więcej zainteresowania jego zdaniem, tym większe na rozmowę szanse.
Co do uodpornienia się na kłótnie - są różne metody. Podstawa jest jedna: silna więź między kłócącymi się. Jeśli w tę więź wątpisz, to naturalne, że każda kłótnia stanowi zagrożenie i przeżywasz ją dużo bardziej. Jeśli masz pewność, że jak pył bitewny opadnie, to wszystko wróci do normy, wtedy jest łatwiej. Dlatego radzenie sobie z takimi problemami to nie jest tylko i wyłącznie problem zachowania podczas kłótni, ale generalnej jakości związku. Więc po pierwsze radzę wzmacniać związek, budować relację w pozytywny sposób. A w trakcie samej kłótni - racjonalizacja pomaga, o ile w nią wierzysz. Jeśli faktycznie wierzysz, że Twój facet ma zaburzenia wyrażania emocji i w gniewie nie jest sobą, to na tym się skup. Zrozumienie, jak u niego powstał ten mechanizm, też pomoże - stąd dla obojga z was będzie ważna jego skuteczna terapia. On ten mechanizm powinien zrozumieć, ale też powinien Ci go wytłumaczyć. Np. jak ja się kłócę z mamą - a to bywa popis prawdziwej histerii - to zawsze staram się sobie przypominać, że moja mama tak poprostu ma, że jest panikarą, potrafi rozdmuchać sprawę do kolosalnych rozmiarów, bo coś ją przestraszyło, a w dodatku ma zakodowane, że jak komuś zależy, to się przejmuje. Im bardziej zależy, tym bardziej przejmuje się i martwi. Ja już wiem, że histerie mojej mamy wynikają tak naprawdę z jej sposobu postrzegania miłości - nie jest to najlepszy sposób pod tym względem, ale jej nie zmienię. Więc jej histerię puszczam mimo uszu na ile mogę. Ale udało nam się w końcu dojść do momentu, kiedy jak ona już się wykrzyczy i odsapnie, to możemy konstruktywnie pogadać. I to jest moim zdaniem sukces.
12 2017-02-10 08:38:27 Ostatnio edytowany przez Amethis (2017-02-10 08:54:16)
Każdy czasem wybucha i to jest normalne, ale jeśli ktoś wybucha często i regularnie, to jest to nie tylko kwestia emocji, ale też tego, że taka osoba uznaje dane zachowanie za skuteczne, więc nie ma powodu go zmieniać. Spraw, by kłótnie przestały być skuteczne, to będzie ich mniej.
w twój deseń ![]()
bo przecież to co robimy musi nam skuteczność pokazywać, bo jak inaczej
bezsens
uznawać coś za skuteczne a nieświadomość innych rozwiązań
wyuczone zachowania ![]()
tylko w związku nie chodzi chyba o skuteczne, sprowadzenie do parteru partnera??bo to chore jest
Amethis, musiałabym się zastanowić, czy dotyczy to jakiegoś konkretnego tematu, czy raczej wspólnym mianownikiem jest fakt, że czegoś nie rozumiem i przez to brnę w zaparte w kółko powtarzając swoje zdanie na różne sposoby. Fakt, jestem mniej domyślna i błyskotliwa niż on, ale nie uważam, że przez to trzeba się wściekać.
ruda102, myślę że on czasami robi takie "stop" przez to, że urywa dyskusje. Natomiast nie daje mi komunikatu, że wrócimy do tematu, więc odbieram to źle.
I czy to nie jest też tak, że żeby przejąć kontrolę nad dyskusją i czasem, kiedy się odbywa, tej drugiej osobie musi na dyskusji zależeć? Co w wypadku, gdy robię przerwę, później wracam do tematu, a on nie chce rozmawiać, bo twierdzi, że wszystko już zostało powiedziane? Nie zawsze tak jest, ale jednak.
I jak szkolić się, żeby to tak spływało po mnie? Czy to kwestia wytłumaczenia sobie odpowienio sytuacji? Odpowiednie podejście? I ćwiczenie tego?
tak tylko myślę sobie, że jeśli nie ma wspólnego, lub nie widać, wspólnego mianownika
to jest to sposób komunikacji, który w tym momencie skutecznie utrwalacie
dalszy etap, podnoszenia swojej wartości, w chory sposób, to kierunek coraz mocniejsze jazdy, coraz większe stawianie murów, ślepy zaułek
nie wracanie do tematów, to wygoda, nie rozwiązane sprawy, przerzucone na drugą stronę
według mnie
niezbyt dobre jest, przynajmniej u mnie się nie sprawdziło w związku
tak zwane zakomunikowanie, wszystko zostało powiedziane, i co
i nic, jedno i drugie nic nie wie, nic nie zmienia
jedno zakomunikowało drugiemu, to 1 nic z tym naprawde nie potrafi lub nie chce zrobić
drugie ma wodę na młyn,
to jest błędne koło
"Fakt, jestem mniej domyślna i błyskotliwa niż on, ale nie uważam, że przez to trzeba się wściekać. "
sama sobie rzepkę skrobiesz, albo to już taki wpływ na Ciebie wywarło
zapomnij że jesteś mniej domyśla, że jesteś gorsza, może to wynikać właśnie z tego że nie doprowadzacie rozmów do końca
zostawiając Ciebie z nie rozwiazanym problemem, bierzesz odpowiedzialność za niego TY
jesteś sobą, albo akceptuje Cię jaka jesteś, albo Cię zdominuje
wytykanie komuś, co wprowadza w poczucie "jestem gorsza -y" to jest toksyka, manipulacyjka
często też zwykłe maskowanie własnych "niedoskonałości"
niech chodzi do tego psychologa, moze warto się zastananowić czy samej tez dobrze nie bylo by pójść
nie zawsze taki proste rady, wniosą zmiany
czasem jest to już dość mocno wdrukowane w nasze zachowania, nie widać po prostu inne opcji
na pytanie jak to przetrwać, napisałbym Ci, nie brać tego tak osobiście do siebie, sama się w role ofiary wciskasz
nie chodzi też o walkę
drobne korekty, i może być fajnie, kwestia konsekwencji, która wyrobi nawyki nowe, albo przynajmniej pokaże nowe mozliwości
przecież sami podejmujemy działania, w zasadzie nikt nie powinien nas do nich przymuszać ![]()
13 2017-02-10 15:09:22 Ostatnio edytowany przez aleksis368 (2017-02-10 15:09:52)
Dzięki ruda102, o takie rady mi chodziło. Z pewnością będzie prościej jeśli poznam przyczynę, już teraz co nieco o tym mówił.
Amethis, no właśnie masz rację z tym poczuciem gorszości. Mam wrażenie, że mnie w to powoli wpędza, a ja nie umiem mu wyjaśnić, żeby tak nie robił. Np. dziś zaplątał mi się kabel do odkurzacza, który mu podawałam. Zapytał mnie niezadowolonym tonem, co ja robię. Odpowiedziałam, że odplątuje kabel. Na co stwierdził, że robię to beznadziejnie (dziwne że go rozplątałam, skoro tak beznadziejnie to robiłam). Chciałam go uświadomić, że to nie było beznadziejne, tylko z początku mi nie szło, ale poskutkowało stwierdzeniem "Bo to było beznadziejne, ale zapomniałem i tak zawsze wiesz najlepiej" i zignorowaniem moich kolejnych słów. Jak mam reagować na tego typu komentarze o tym, że robię coś źle, nie tak itp? Czy jest możliwe wyjaśnienie mu tego jakoś?
Chciałam go uświadomić, że to nie było beznadziejne, tylko z początku mi nie szło, ale poskutkowało stwierdzeniem "Bo to było beznadziejne, ale zapomniałem i tak zawsze wiesz najlepiej" i zignorowaniem moich kolejnych słów. Jak mam reagować na tego typu komentarze o tym, że robię coś źle, nie tak itp? Czy jest możliwe wyjaśnienie mu tego jakoś?
wydaje mi się, ze warto zaakceptować u siebie jedno, ze to co robię, robię najlepiej jak potrafię
skoro, w nie umiejętny sposób się komunikujecie, mimo pewnie dobrych intencji
może pozwól mu pokazać, jak się to "robi"
się dowartościuje, Ty skorzystasz, bo może rzeczywiście, jego sposób będzie lepszy
przy okazji ominiesz własną ewentualną nie zręczność,
wilk syty i owca cała ![]()
związek na dotarciu? ![]()
Mam wrażenie, że mnie w to powoli wpędza, a ja nie umiem mu wyjaśnić, żeby tak nie robił. Np. dziś zaplątał mi się kabel do odkurzacza, który mu podawałam. Zapytał mnie niezadowolonym tonem, co ja robię. Odpowiedziałam, że odplątuje kabel. Na co stwierdził, że robię to beznadziejnie (dziwne że go rozplątałam, skoro tak beznadziejnie to robiłam). Chciałam go uświadomić, że to nie było beznadziejne, tylko z początku mi nie szło, ale poskutkowało stwierdzeniem "Bo to było beznadziejne, ale zapomniałem i tak zawsze wiesz najlepiej" i zignorowaniem moich kolejnych słów. Jak mam reagować na tego typu komentarze o tym, że robię coś źle, nie tak itp? Czy jest możliwe wyjaśnienie mu tego jakoś?
Z uśmiechem poprosiłabym o pomoc i zapytałabym co go trzyma przy tak beznadziejnej dziewczynie.
Za dużo wyjaśniasz, dociekasz, udowadniasz swoją rację, oczekujesz przeprosin. Wyrażaj swoje zdanie rzeczowo, krótko, zwięźle i bez przemowy ludowej.
16 2017-02-13 19:23:55 Ostatnio edytowany przez Naprędce (2017-02-13 19:27:11)
Poszedł do psychologa, bo nie radzi sobie ze stresem i złością.
Poszedł- to dobrze. Sam z siebie? Jeszcze lepiej. A nie obwinia czasem za ten stres Ciebie, w stylu: "ja przez Ciebie zwariuje" ? Jeśli nie, to szansa że z tego wyjdzie moim zdaniem jest całkiem spora.
Czy zachowuje się tak tylko wobec Ciebie?
Czy złość i stres bierze się z kontaktów/kłótni z Tobą? Czy również z zewnątrz (np. w pracy)?
Co w wypadku, gdy robię przerwę, później wracam do tematu, a on nie chce rozmawiać, bo twierdzi, że wszystko już zostało powiedziane?
Podałaś błahe, wręcz groteskowe (ten z kablem) przyczyny kłótni. Moim zdaniem on nie chce wracać do takich spraw, bo kiedy już ochłonie, zdaje sobie sprawę jak bezsensowne są takie sytuacje i jak bardzo przesadzona była jego reakcja.
Może spróbuj (po jakimś czasie) nie tyle "wracać do sprawy" (kabla, bohatera z TV- bo one same w sobie są nieistotne- liczy się raczej fakt, że musi wyrzucic z siebie tą zlość), omawiać ją od nowa i dociekać kto miał rację, tylko zapytać (neutralnym tonem rzecz jasna):
"nadal uważasz, że to było takie ważne żebyśmy się tak zachowywali?"
A w sytuacjach kiedy już zanosi się na kłótnię, powiedz w pewnym momencie "stop! ja kończę ten temat, a Ty pomyśl o terapii", to go może przekierować na inne tory w tym momencie.
Porady amatora, ale a nuz zadziałają?
Myślę, że autorka sama nakręca problem, jakby w jakiś nieuzasadniony sposób go potrzebowała. Bo co mnie by obchodził skręcony kabel i bohater z TV gdybym nie szukała zwady? Nic. Kabel byłby tylko kablem a bohater z TV nic nie znaczącym obrazem.
Same powody owszem, błahe. Natomiast jego zachowanie przy takich błahych dyskusjach mi przeszkadza. Możliwe że zaogniam sprawy dyskutując na świeżo, przy jego braku kontroli złości. Teraz już wiem, żeby powiedzieć stop, ochłonąć i jeśli dalej po opadnięciu emocji uznam, że coś było nie tak, to wtedy pogadać. A czasem odpuścić, jeśli sprawa była nieistotna. Natomiast takie rozmowy po czasie dają rezultaty. Jak już dojdzie do spokojnej rozmowy, to nawet sprawa o ten kabel została wyjaśniona i wszystko jest dobrze.
Pani psycholog stwierdziła u niego skłonności do osobowości typu Borderline i do samookaleczenia. Skłonności, a nie że tak ma. Więc sytuacja jest do opanowania.
Czym więcej wiem, tym jest mi prościej. Już rozumiem jak powinnam się zachowywać i nad czym pracować.
Nie będzie mi łatwo, ale mam nadzieję, że dam radę. Cieszę się, że on jest nastawiony na współpracę.
Dziękuję Wam za sposoby radzenia sobie w takich sytuacjach konfliktu. Bardzo mi te wskazówki pomagają.
Dobrze, że mąż chce się zmienić - to daje nadzieję, że z czasem wyjdziecie na prostą.
Natomiast myślę, że i Ty musisz nad sobą popracować. Po pierwsze nad tym, by swoje poczucie wartości budować na tym, co sama o sobie wiesz i sądzisz, a nie na zewnętrznych opiniach. Jeśli jesteś przekonana o swojej inteligencji, wartości, to jak Ci mąż w kłótni rzuci "głupia jesteś", to Cię to aż tak nie ruszy - będziesz wiedziała, że to bzdura wypowiedziana w nerwach tylko po to, by Ci dokopać. Podobnie jak z tym kablem, jakbyś była bardziej pewna siebie, to komentarz, że "robisz to baznadziejnie" puściłabyś mimo uszu, tylko dałabyś mu znać, że w taki sposób rozmawiać z nim nie zamierzasz. Generalnie, nie siliłabyś się przy każdej okazji, by udowodnić, że to ty masz rację i zmusić męża, by to przyznał. A to jest zachowanie, które zawsze zaognia spór.
Natomiast w sytuacji, gdy mąż krytykuje, jak coś robisz, polecam zapytać "czy w takim razie mógłbyś mi pomóc?". Tylko tu kolosalne znaczenie ma intonacja, mimika. Jeśli zabrzmi to jak uprzejma prośba, to jest to jeden ze skuteczniejszych sposobów na rozbrojenie sytuacji. Jeśli będzie w tym cień pretensji czy wyrzutu, to tylko dolejesz oliwy do ognia.
Witam ponownie. Od mojego poprzedniego wpisu nieco się pozmieniało.
Mój partner był na kilku spotkaniach u tej pani psycholog, jednak na terapię się nie zdecydował. Nie jest to kwestia pieniędzy, gdyż po rozmowie z jego rodzicami, postanowili wesprzeć go finansowo, więc z tym problemu obecnie nie ma. Była kwestia braku czasu - ma nieregularne godziny zajęć, z dnia na dzień dowiaduje się do której ma następnego dnia. Miał porozmawiać z panią psycholog, czy przyjmuje wieczorami. Nie zrobił tego. Mówił, że mu coś w niej nie do końca pasuje. Miał szukać kogoś innego - do teraz nie podjął w tym kierunku jakichś konkretnych kroków.
Mam wrażenie, że to ja głównie przypominam mu o tym, to ja namawiam do szukania, to ja podsuwam rozwiązania. W końcu po ostatniej rozmowie na ten temat dowiedziałam się, że to nie jest dla niego takie proste otworzyć się przed obcą osobą i że jego chęci na terapię obecnie się zmniejszyły. Był zły, że ciągle mu marudzę o tym, więc postanowiłam dać mu spokój i nie poruszać tego tematu, przynajmniej na razie.
Co do mnie - w środę jestem umowiona do psychiatry na wstępną rozmowę, on ma mnie skierować do psychologa (na nfz niestey jest taka kolejność). Postanowiłam odpuścić w niektorych sprawcach, nie angażować się, skupiać się bardziej na sobie niż na kłótniach lub złości. Aczkolwiek wiem, że potrzebuje pomocy z zewnątrz, bo czuję że sama nie dam rady. Muszę pewne sprawy w sobie poukładać.
Problem natomiast w tym, że nie wiem co dalej z nim. Chcę być razem z nim, chcę się nauczyć żyć z nim, chcę to naprawić. To drugi powód dla którego idę po pomoc. Tylko co jeśli on nie podejmie się terapii?
Nie potrafię mu uświadomić, że jego agresja, niemożność opanowania emocji, wpływa na otoczenie i nie jest ani przyjemna ani łatwa. Że w pewnym momencie, bez zmian z jego strony, ja się poddam, bo już nie będę miała sił. Tak jak wcześnie to rozumiał i zgodził się na terapię, tak teraz reaguje obronnie, mam wrażenie, że moje spokojne słowa traktuje jako atak i znów za wszelką cenę próbuje się "bronić". Przecież nie jest tak źle, ja przesadzam, co on niby mi robi... Ostatnio też usłyszałam, że sama mam iść do psychologa. Ok, przecież idę, a co z nim?
Boję się, że oleje sprawę. Że nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji jego zachowania, a nawet jeśli - ma to gdzieś (to moje wrażenie, nie jego słowa wprost).
Nie rozumiem jak mu się to zmienia. Raz mogę z nim pogadać normalnie, widzi problem, a raz robi się z tego atak-obrona.
Za każdym razem mówię spokojnym tonem, odnoszę się do jego zachowań, do moich uczuć...
Nie wiem co robić, próbować znów pogadać, czy olać sprawę.