Dzień dobry, jestem osobą w wieku dojrzałym, obecnie w drugim małżeństwie 4 lata. Nie wiem od czego zacząć bo początki zawsze są takie same, piękne. Mąż oczarował mnie swoim zachowaniem w początkowej fazie poznawania dlatego po roku czasu wzięliśmy ślub chociaż oświadczył mi się po dwóch tygodniach znajomości. Może powinnam napisać że weszłam w ten związek od razu po rozstaniu z inną osobą która mnie zdradzała i okłamywała, nie dawała poczucia bezpieczeństwa. Mąż też twierdzi że gdy mnie poznał byłam zupełnie inną osobą, że skłamałam bo on ożenił się z kimś innym a teraz jestem zupełnie inną osobą Uważa, że wtedy byłam wesoła, umiałam śmiać się z jego żartów, że ubierałam się atrakcyjnie, nosiłam zawsze sukienki, kusilam go i adorowałam, farbowałam włosy na taki kolor jaki on chciał i seks był zawsze. Po ślubie przeprowadziłam się do męża, zostawiłam wszystko. Zapewniał mnie żebym mu zaufała bo nigdy mnie nie skrzywdzi. Zaufałam bezgranicznie. Dziś jesteśmy w zupełnie innym miejscu naszego małżeństwa, można powiedzieć że przed wizja rozwodu. Ja od ponad roku każdej nocy budzę się i myślę, analizuję, płacze w poduszkę bo moje uczucie do męża nadal jest szczere i głębokie ale jego całkowicie znikło. Wiem że sama doprowadziłam do takiego stanu bo mąż na początku jeszcze walczył o nas, prosił aby go nie ranić bo potrzebuje czułości, uwagi. Mój błąd polegał na tym że po każdej naszej kłótni gdy mąż wypominał mi wszystkie moje grzechy wracał też często do moich błędów które popełniałam nie będąc jeszcze z nim (wszystko to wiedział z moich e-maili z poczty i z mojego pamiętnika które przeczytał bo ufając bezgranicznie dałam mu dostęp do wszystkiego) zamykałam się w sobie, milklam całkowicie a mąż uważał że to jest karanie ciszą i pewnie miał rację bo to tak wyglądało. Po każdej naszej kłótni był we mnie ogromny żal, złość , zamykałam się i uciekałam aby być samemu. Wiem że go to wtedy bolało ale nie zwracałam na to uwagi bo myślałam że mój ból jest większy. Zamykałam się i płakałam , oczekiwałam że mąż przyjdzie i mnie przeprosi i z reguły tak zawsze było przez długi czas. Zawsze po takich cichych dniach zaczynaliśmy normalnie rozmawiać , wtedy jeszcze nie byłam świadoma jak bardzo go raniłam i jakie spustoszenie wobec mojej osoby czyniłam. Mąż odzywał się normalnie ale teraz już wiem że zabijałam w ten sposób jego uczucie do mnie. Powiedział że to ja sama doprowadziłam do tego że on już nic nie czuje do mnie, że swoim zachowaniem zniszczyłam nasze małżeństwo i że cokolwiek bym już nie robiła to on nie jest wstanie mi zaufać. Zbyt długo to trwało. To prawda, że zawsze po naszych kłótniach milklam ale tłumaczyłam mu że to nigdy z mojej strony nie było karaniem ciszą bo wtedy czułam się strasznie, wyłam z bólu tylko już w samotności tak aby on nie widział , chciałam przy nim pokazać że jestem silna ale tak naprawdę rozpadałam się na milion kawałków. W ostatnim okresie próbowałam tłumaczyć mężowi dlaczego tak reagowałam ale ciężko jest z nim rozmawiać bo on już nie chce nic wyjaśniać, chce spokoju, wychodzi z pokoju albo atakuje mnie i wraca cały czas do sytuacji które źle robiłam do rzeczy które robiłam rok, dwa a nawet trzy lata temu wobec niego. Gdy zaproponowałam pomoc mediatora rodzinnego albo psychologa to odmówił bo uważa że te osoby czasami same mają większe problemy niż my i nie umieją sobie pomóc to jak mogą nam pomóc. W ostatnim okresie całkowicie ignoruje moja osobę , nie mówi mi już nic a gdy ja się go o cokolwiek spytam to odpowiada jednym wyrazem. Mieszkamy z jego dzieckiem które jest nastolatkiem. Cały swój czas w domu spędza ze swoim dzieckiem, pomimo że to osoba nastoletnia to z wszystkim dzieli się tylko z nim. Mąż wiele razy nazywa mnie narcyzem, uważa że myślę tylko o sobie. Uważa, że nic nie robię w domu, w niczym mu nie pomagam , że uciekam tylko do sypialni i tam spędzam czas po pracy. Po części jest to prawda, zawsze gdy się pokłóciliśmy ja zamykałam się w sypialni i praktycznie z niej nie wychodziłam a on w tym czasie normalnie musiał funkcjonować, gotował, sprzątał i zajmował się nastolatką. Ja nie byłam wtedy wstanie nic zrobić, czekałam aż on się do mnie odezwie aby wszystko wróciło do normalności, potrzebowałam jego gestu abym mogła oddychać. Nie umiem tego nazwać, mam też świadomość że to nie jest normalne zachowanie ale ja tak wtedy się zachowywałam. Siedziałam w pokoju, płakałam tak aby nikt nie widział i czekałam na jakikolwiek gest z jego strony. Gdy następowała cisza między nami to mąż był zły bo uważał że ja go karze ciszą a ja płakałam i czekałam aby on odezwał się do mnie, obrażałam się za słowa które on wypowiadał wobec mnie w czasie naszej kłótni ale nie oczekiwałam przeprosin , marzyłam tylko aby się odezwał. Teraz gdy patrzę na moje zachowania z perspektywy czasu to widzę że on miał rację, to wyglądało jak karanie ciszą i on mógł tak się czuć. Zawsze powtarzał że jestem księżniczką którą trzeba prosić. Miał rację, pewnie tak go karalam za to co mówił do mnie , bolały mnie bardzo jego słowa które wypowiadał w kłótni, nie umiałam się wtedy bronić, brakowało mi wtedy zawsze słów aby cokolwiek podpowiedzieć a i czasami nie dał mi dojść do słowa. Milklam i zamykałam się w sobie. Szłam do pokoju aby się wypłakać a później się już nie odzywałam dopóki mąż się pierwszy nie odezwie. To jest głównym powodem naszego rozpadu małżeństwa. Mąż powiedział że ta cisza zabiła w nim wszelkie uczucia do mnie. On się boi że ja nigdy się nie zmienię, nie chce już tak żyć że prawie w każdy weekend siedzę sama w pokoju i udaję że oni nie istnieją. To wszystko jest prawda tylko dlaczego on nie widzi tego że ja tak postępowałam bo ranił mnie, mówił słowa które bolały strasznie. Wypominał rzeczy które robiłam gdy jeszcze nie byłam z nim. Wiem że powinnam wtedy inaczej postępować, powinnam starać się tłumaczyć co mnie boli , nie robiłam tego a teraz już nie mam możliwości czegokolwiek zmienić. Mąż już nie chce mojej osoby u siebie w domu, powiedział że woli mieszkać sam niż w takiej atmosferze jaką im funduję, że nie chce czuć się tak źle we własnym domu. Rozumiem jego odczucia i zgadzam się bo też nie chce już takiego życia jakie jest teraz między nami. Czuję się że mu zawadzam, że chciałby aby ten mebel który wstawił do domu 4 lata temu już wyszedł sam. Z jego strony nie ma wobec mnie już żadnych gestów ciepła. Omija mnie w domu jak trędowatą,cokolwiek robi to mnie już nie ma w jego głowie. Jestem świadoma że sama zniszczyłam to małżeństwo, chciałabym ratować to co zostało z niego ale mąż tego nie chce co okazuje każdego dnia. Muszę się wyprowadzić ale nie mam gdzie, zostawiłam całe swoje już dorosłe życie i przyjechałam za miłością. Gdy podejmowaliśmy tą decyzję kierowaliśmy się jego pracą, on zarabiał więcej, jego dziecko miało tutaj szkołę, znajomych. Ja zostawiłam wszystko, dobrą pracę, rodzinę, znajomych bo wierzyłam że przy nim nic złego mnie nie spotka. Zaufałam bezgranicznie. Boje się jutra,będąc już w tym wieku w którym jestem nie znajdę pracy którą teraz wykonuję gdy wrócę do siebie. Boli mnie dusza, serce, boje się życia bez męża bo pomimo tego jak ostatnio jestem przez niego traktowana cały czas jest we mnie uczucie do niego. Jak przetrzymać ten ból i nie zwariować?
Podobne tematy
2 2026-06-05 10:32:42 Ostatnio edytowany przez GloriaSoul (2026-06-05 10:33:34)
Dzień dobry, jestem osobą w wieku dojrzałym, obecnie w drugim małżeństwie 4 lata. Nie wiem od czego zacząć bo początki zawsze są takie same, piękne. Mąż oczarował mnie swoim zachowaniem w początkowej fazie poznawania dlatego po roku czasu wzięliśmy ślub chociaż oświadczył mi się po dwóch tygodniach znajomości. Może powinnam napisać że weszłam w ten związek od razu po rozstaniu z inną osobą która mnie zdradzała i okłamywała, nie dawała poczucia bezpieczeństwa. Mąż też twierdzi że gdy mnie poznał byłam zupełnie inną osobą, że skłamałam bo on ożenił się z kimś innym a teraz jestem zupełnie inną osobą Uważa, że wtedy byłam wesoła, umiałam śmiać się z jego żartów, że ubierałam się atrakcyjnie, nosiłam zawsze sukienki, kusilam go i adorowałam, farbowałam włosy na taki kolor jaki on chciał i seks był zawsze. Po ślubie przeprowadziłam się do męża, zostawiłam wszystko. Zapewniał mnie żebym mu zaufała bo nigdy mnie nie skrzywdzi. Zaufałam bezgranicznie. Dziś jesteśmy w zupełnie innym miejscu naszego małżeństwa, można powiedzieć że przed wizja rozwodu. Ja od ponad roku każdej nocy budzę się i myślę, analizuję, płacze w poduszkę bo moje uczucie do męża nadal jest szczere i głębokie ale jego całkowicie znikło. Wiem że sama doprowadziłam do takiego stanu bo mąż na początku jeszcze walczył o nas, prosił aby go nie ranić bo potrzebuje czułości, uwagi. Mój błąd polegał na tym że po każdej naszej kłótni gdy mąż wypominał mi wszystkie moje grzechy wracał też często do moich błędów które popełniałam nie będąc jeszcze z nim (wszystko to wiedział z moich e-maili z poczty i z mojego pamiętnika które przeczytał bo ufając bezgranicznie dałam mu dostęp do wszystkiego) zamykałam się w sobie, milklam całkowicie a mąż uważał że to jest karanie ciszą i pewnie miał rację bo to tak wyglądało. Po każdej naszej kłótni był we mnie ogromny żal, złość , zamykałam się i uciekałam aby być samemu. Wiem że go to wtedy bolało ale nie zwracałam na to uwagi bo myślałam że mój ból jest większy. Zamykałam się i płakałam , oczekiwałam że mąż przyjdzie i mnie przeprosi i z reguły tak zawsze było przez długi czas. Zawsze po takich cichych dniach zaczynaliśmy normalnie rozmawiać , wtedy jeszcze nie byłam świadoma jak bardzo go raniłam i jakie spustoszenie wobec mojej osoby czyniłam. Mąż odzywał się normalnie ale teraz już wiem że zabijałam w ten sposób jego uczucie do mnie. Powiedział że to ja sama doprowadziłam do tego że on już nic nie czuje do mnie, że swoim zachowaniem zniszczyłam nasze małżeństwo i że cokolwiek bym już nie robiła to on nie jest wstanie mi zaufać. Zbyt długo to trwało. To prawda, że zawsze po naszych kłótniach milklam ale tłumaczyłam mu że to nigdy z mojej strony nie było karaniem ciszą bo wtedy czułam się strasznie, wyłam z bólu tylko już w samotności tak aby on nie widział , chciałam przy nim pokazać że jestem silna ale tak naprawdę rozpadałam się na milion kawałków. W ostatnim okresie próbowałam tłumaczyć mężowi dlaczego tak reagowałam ale ciężko jest z nim rozmawiać bo on już nie chce nic wyjaśniać, chce spokoju, wychodzi z pokoju albo atakuje mnie i wraca cały czas do sytuacji które źle robiłam do rzeczy które robiłam rok, dwa a nawet trzy lata temu wobec niego. Gdy zaproponowałam pomoc mediatora rodzinnego albo psychologa to odmówił bo uważa że te osoby czasami same mają większe problemy niż my i nie umieją sobie pomóc to jak mogą nam pomóc. W ostatnim okresie całkowicie ignoruje moja osobę , nie mówi mi już nic a gdy ja się go o cokolwiek spytam to odpowiada jednym wyrazem. Mieszkamy z jego dzieckiem które jest nastolatkiem. Cały swój czas w domu spędza ze swoim dzieckiem, pomimo że to osoba nastoletnia to z wszystkim dzieli się tylko z nim. Mąż wiele razy nazywa mnie narcyzem, uważa że myślę tylko o sobie. Uważa, że nic nie robię w domu, w niczym mu nie pomagam , że uciekam tylko do sypialni i tam spędzam czas po pracy. Po części jest to prawda, zawsze gdy się pokłóciliśmy ja zamykałam się w sypialni i praktycznie z niej nie wychodziłam a on w tym czasie normalnie musiał funkcjonować, gotował, sprzątał i zajmował się nastolatką. Ja nie byłam wtedy wstanie nic zrobić, czekałam aż on się do mnie odezwie aby wszystko wróciło do normalności, potrzebowałam jego gestu abym mogła oddychać. Nie umiem tego nazwać, mam też świadomość że to nie jest normalne zachowanie ale ja tak wtedy się zachowywałam. Siedziałam w pokoju, płakałam tak aby nikt nie widział i czekałam na jakikolwiek gest z jego strony. Gdy następowała cisza między nami to mąż był zły bo uważał że ja go karze ciszą a ja płakałam i czekałam aby on odezwał się do mnie, obrażałam się za słowa które on wypowiadał wobec mnie w czasie naszej kłótni ale nie oczekiwałam przeprosin , marzyłam tylko aby się odezwał. Teraz gdy patrzę na moje zachowania z perspektywy czasu to widzę że on miał rację, to wyglądało jak karanie ciszą i on mógł tak się czuć. Zawsze powtarzał że jestem księżniczką którą trzeba prosić. Miał rację, pewnie tak go karalam za to co mówił do mnie , bolały mnie bardzo jego słowa które wypowiadał w kłótni, nie umiałam się wtedy bronić, brakowało mi wtedy zawsze słów aby cokolwiek podpowiedzieć a i czasami nie dał mi dojść do słowa. Milklam i zamykałam się w sobie. Szłam do pokoju aby się wypłakać a później się już nie odzywałam dopóki mąż się pierwszy nie odezwie. To jest głównym powodem naszego rozpadu małżeństwa. Mąż powiedział że ta cisza zabiła w nim wszelkie uczucia do mnie. On się boi że ja nigdy się nie zmienię, nie chce już tak żyć że prawie w każdy weekend siedzę sama w pokoju i udaję że oni nie istnieją. To wszystko jest prawda tylko dlaczego on nie widzi tego że ja tak postępowałam bo ranił mnie, mówił słowa które bolały strasznie. Wypominał rzeczy które robiłam gdy jeszcze nie byłam z nim. Wiem że powinnam wtedy inaczej postępować, powinnam starać się tłumaczyć co mnie boli , nie robiłam tego a teraz już nie mam możliwości czegokolwiek zmienić. Mąż już nie chce mojej osoby u siebie w domu, powiedział że woli mieszkać sam niż w takiej atmosferze jaką im funduję, że nie chce czuć się tak źle we własnym domu. Rozumiem jego odczucia i zgadzam się bo też nie chce już takiego życia jakie jest teraz między nami. Czuję się że mu zawadzam, że chciałby aby ten mebel który wstawił do domu 4 lata temu już wyszedł sam. Z jego strony nie ma wobec mnie już żadnych gestów ciepła. Omija mnie w domu jak trędowatą,cokolwiek robi to mnie już nie ma w jego głowie. Jestem świadoma że sama zniszczyłam to małżeństwo, chciałabym ratować to co zostało z niego ale mąż tego nie chce co okazuje każdego dnia. Muszę się wyprowadzić ale nie mam gdzie, zostawiłam całe swoje już dorosłe życie i przyjechałam za miłością. Gdy podejmowaliśmy tą decyzję kierowaliśmy się jego pracą, on zarabiał więcej, jego dziecko miało tutaj szkołę, znajomych. Ja zostawiłam wszystko, dobrą pracę, rodzinę, znajomych bo wierzyłam że przy nim nic złego mnie nie spotka. Zaufałam bezgranicznie. Boje się jutra,będąc już w tym wieku w którym jestem nie znajdę pracy którą teraz wykonuję gdy wrócę do siebie. Boli mnie dusza, serce, boje się życia bez męża bo pomimo tego jak ostatnio jestem przez niego traktowana cały czas jest we mnie uczucie do niego. Jak przetrzymać ten ból i nie zwariować?
Ja bym odeszła bo jego miłość do Ciebie raczej już nie wróci.
Może nawet nigdy Cię nie kochał tak prawdziwie.
Pociągałaś go jedynie jako atrakcyjna kobieta.
Z tego co napisałaś to on nie jest wart Twojego uczucia.
To ciągłe wypominanie Twoich błędów charakteryzuje go jako toksyka
Za bardzo się nie oskarżaj, bo jak zwykle wina leży po środku, on swojej nie widzi wcale.
Jakbyście mogli normalnie rozmawiać i mogłabyś swobodnie się wypowiedzieć byłoby inaczej. A on nie dość, że cię ranił to jeszcze nie dał dojść do głosu, więc zamykałaś się w sobie i on tego też nie rozumiał, tak jak ty jego. A już to wyciąganie twojej przyszłości było poniżej pasa, nie ma tu dla niego żadnego ustawiedliwienia.
Jest to też kwestia osobowości i charakterów które się wzajemnie nie rozumieją.
Polak mądry po szkodzie… Jakby można było powtórzyć to wszystko od początku pewnie byście zachowywali się obydwoje inaczej, choć on może nie, bo nie chce widzieć swojej winy.
Akcja rodzi reakcję, nie zawsze da się dogadać jak każdy widzi tylko swoje…
Komunikacja zawiodła z każdej strony, jak to często bywa w związkach.
Jak on jest taki nieprzejednany, a ty dalej siedzisz w swojej skorupie, co też można zrozumieć, bo nie nie da się na dłuższą metę udawać tego kim się nie jest, to pozostaje żyć jak współlokatorzy lub się rozstać.
W tym samym mieście mogłabyś sobie wynająć mieszkanie.
4 2026-06-05 12:07:39 Ostatnio edytowany przez Legat (2026-06-05 12:12:52)
On chciał księżniczkę, ty księcia - a rzeczywistość swoje. W bajkach nie ma problemów, ot i cały ambaras.
Co do Ciebie, trudno cokolwiek doradzać, grube lata zamiatania problemów pod dywan. Pewnie będziesz szukać kolejnego ratownika.
Dziękuję za odpowiedzi. Myślę że kiedyś gdyby ktoś mnie traktował tak jak teraz pewnie odeszła bym już dawno ale z biegiem lat widzę że problem nie jest w osobach z którymi tworzyłam związki , problem jest we mnie , nie umiałam się komunikować, wyrażać tego co naprawdę czuję, zawsze wszystko dusiłam w sobie i udawałam siłaczke, gdy nie było po mojej myśli to się obrażałam. Teraz gdy analizuję swoje życie to faktycznie szukałam ideału. Pierwszy mąż był dobrym człowiekiem ale nie umiałam zaakceptować jego wybuchów złości. Szukałam ciepła które czasami od niego otrzymywałam ale nasze codzienne życie opierało się na krzykach i nerwach. Będąc teraz w drugim małżeństwie mam to samo, mąż często się denerwuje ale mimo to teraz wiem że on taki jest i już się nie zmieni , akceptuje go takim jaki jest. Chciałabym aby mnie też akceptował pomimo tego że nie jestem idealna. . To że nie sprzątam codziennie nie jest oznaką mojego lenistwa, po przyjściu z pracy jestem zmęczona, staram się ogarnąć to co jest niezbędne ale już około godz. 18 nie mam siły na inne rzeczy. Mąż tego nie rozumie, już kilka razy mówił że w domu jest syf i może pokazać mi palcem jak sprzątam jak wygląda wanna która umyłam. Jest to dla mnie przykre bo nigdy nie byłam brudasem , zawsze w soboty gdy miałam dzień wolny sprzątałam szczegółowo a w tygodniu tylko to co było wymagane. Nawet teraz gdy dziś mam wolne i siedzę teraz na forum już mam wyrzuty że w tym czasie nie ogarniam domu, że mąż przyjdzie a ja nic nie zrobiłam
Dziękuję za odpowiedzi. Myślę że kiedyś gdyby ktoś mnie traktował tak jak teraz pewnie odeszła bym już dawno ale z biegiem lat widzę że problem nie jest w osobach z którymi tworzyłam związki , problem jest we mnie , nie umiałam się komunikować, wyrażać tego co naprawdę czuję, zawsze wszystko dusiłam w sobie i udawałam siłaczke, gdy nie było po mojej myśli to się obrażałam. Teraz gdy analizuję swoje życie to faktycznie szukałam ideału. Pierwszy mąż był dobrym człowiekiem ale nie umiałam zaakceptować jego wybuchów złości. Szukałam ciepła które czasami od niego otrzymywałam ale nasze codzienne życie opierało się na krzykach i nerwach. Będąc teraz w drugim małżeństwie mam to samo, mąż często się denerwuje ale mimo to teraz wiem że on taki jest i już się nie zmieni , akceptuje go takim jaki jest. Chciałabym aby mnie też akceptował pomimo tego że nie jestem idealna. . To że nie sprzątam codziennie nie jest oznaką mojego lenistwa, po przyjściu z pracy jestem zmęczona, staram się ogarnąć to co jest niezbędne ale już około godz. 18 nie mam siły na inne rzeczy. Mąż tego nie rozumie, już kilka razy mówił że w domu jest syf i może pokazać mi palcem jak sprzątam jak wygląda wanna która umyłam. Jest to dla mnie przykre bo nigdy nie byłam brudasem , zawsze w soboty gdy miałam dzień wolny sprzątałam szczegółowo a w tygodniu tylko to co było wymagane. Nawet teraz gdy dziś mam wolne i siedzę teraz na forum już mam wyrzuty że w tym czasie nie ogarniam domu, że mąż przyjdzie a ja nic nie zrobiłam
Dziękuję za odpowiedzi. Myślę że kiedyś gdyby ktoś mnie traktował tak jak teraz pewnie odeszła bym już dawno ale z biegiem lat widzę że problem nie jest w osobach z ktorymi tworzyłam związki , problem jest we mnie , nie umiałam się komunikować, wyrażać tego co naprawdę czuję, zawsze wszystko dusiłam w sobie i udawałam siłaczke, gdy nie było po mojej myśli to się obrażałam. Teraz gdy analizuję swoje życie to faktycznie szukałam ideału. Pierwszy mąż był dobrym człowiekiem ale nie umiałam zaakceptować jego wybuchów złości. Szukałam ciepła które czasami od niego otrzymywałam ale nasze codzienne życie opierało się na krzykach i nerwach. Będąc teraz w drugim małżeństwie mam to samo, mąż często się denerwuje ale mimo to teraz wiem że on taki jest i już się nie zmieni , akceptuje go takim jaki jest. Chciałabym aby mnie też akceptował pomimo tego że nie jestem idealna. . To że nie sprzątam codziennie nie jest oznaką mojego lenistwa, po przyjściu z pracy jestem zmęczona, staram się ogarnąć to co jest niezbędne ale już około godz. 18 nie mam siły na inne rzeczy. Mąż tego nie rozumie, już kilka razy mówił że w domu jest syf i może pokazać mi palcem jak sprzątam jak wygląda wanna która umyłam. Jest to dla mnie przykre bo nigdy nie byłam brudasem , zawsze w soboty gdy miałam dzień wolny sprzątałam szczegółowo a w tygodniu tylko to co było wymagane. Nawet teraz gdy dziś mam wolne i siedzę teraz na forum już mam wyrzuty że w tym czasie nie ogarniam domu, że mąż przyjdzie a ja nic nie zrobiłam
Dziękuję za odpowiedzi. Myślę że kiedyś gdyby ktoś mnie traktował tak jak teraz pewnie odeszła bym już dawno ale z biegiem lat widzę że problem nie jest w osobach z ktorymi tworzyłam związki , problem jest we mnie , nie umiałam się komunikować, wyrażać tego co naprawdę czuję, zawsze wszystko dusiłam w sobie i udawałam siłaczke, gdy nie było po mojej myśli to się obrażałam. Teraz gdy analizuję swoje życie to faktycznie szukałam ideału. Pierwszy mąż był dobrym człowiekiem ale nie umiałam zaakceptować jego wybuchów złości. Szukałam ciepła które czasami od niego otrzymywałam ale nasze codzienne życie opierało się na krzykach i nerwach. Będąc teraz w drugim małżeństwie mam to samo, mąż często się denerwuje ale mimo to teraz wiem że on taki jest i już się nie zmieni , akceptuje go takim jaki jest. Chciałabym aby mnie też akceptował pomimo tego że nie jestem idealna. . To że nie sprzątam codziennie nie jest oznaką mojego lenistwa, po przyjściu z pracy jestem zmęczona, staram się ogarnąć to co jest niezbędne ale już około godz. 18 nie mam siły na inne rzeczy. Mąż tego nie rozumie, już kilka razy mówił że w domu jest syf i może pokazać mi palcem jak sprzątam jak wygląda wanna która umyłam. Jest to dla mnie przykre bo nigdy nie byłam brudasem , zawsze w soboty gdy miałam dzień wolny sprzątałam szczegółowo a w tygodniu tylko to co było wymagane. Nawet teraz gdy dziś mam wolne i siedzę teraz na forum już mam wyrzuty że w tym czasie nie ogarniam domu, że mąż przyjdzie a ja nic nie zrobiłam
problem jest we mnie
Nie jest tak źle. Jeden facet dopiero po 4 małżeństwie doszedł do tej konstatacji. Każda żona coraz gorsza i w końcu go olśniło, że to on jest głównym sprawcą swojej sytuacji.
Ludzie uciekają przed sobą, katują się, że są jacy są. Zamiast siebie zrozumieć, polubić. Taka jesteś. Nie uciekaj przed sobą w związki. Nie ogarniesz domu - trudno, przecież tobie to nie przeszkadza, tylko komuś innemu. Trzeba się dostosowywać, robić coś wbrew sobie. Pytanie po co?
10 2026-06-05 14:40:13 Ostatnio edytowany przez wieka (2026-06-05 14:42:12)
Jesteś zbyt wyrozumiała, bo niby dlaczego ty masz tolerować jego wybuchy złości czy wyciąganie przyszłości.
To jest jego problem, nie radzi sobie ze stresem i emocjami, dlatego macie taką trudność w komunikacji.
Bo to ty masz tolerować jego zachowanie ale on twojego już nie…
Teraz to już pewnie irytujesz go na każdym kroku, skoro zachowuje się tak jak się zachowuje, bo już nie chce być z tobą.
Nie ma motywacji, żeby to zmienić, praktycznie nic już z tobą go nie łączy, bo nie ma tego czego oczekuje, jest egoistą i nie obchodzi go twoje samopoczucie.
Inaczej by była szansa, na „reaktywację” waszego związku, teraz to wygląda tak, że nic od ciebie nie zależy. Możesz jedynie nie chować się po kątach, zacząć czuć się swobodniej, mieć też swoje życie, walczyć o swoją pozycję w związku. Musisz sobie powiedzieć dość już szarej myszki, jednocześnie mieć na uwadze zakończenie tego związku. Jak przestaniesz się bać, to może wstąpi w ciebie „inny duch”.
Spróbuj też może sama skorzystać z terapii.
A od sprzątania to tylko ty jesteś w tym domu… sama pracujesz więc obowiązki domowe powinny być podzielone, również na jego dziecko.
Największym twoim błędem było to, że bezgranicznie mu zaufałaś, a ono powinno być ograniczone czyli nie bezwarunkowe.
Tak samo jak spalenie za sobą mostów… wprowadziłaś się do jego mieszkania gdzie nic nie jest twoje, będąc na łasce i niełasce męża. Od początku też nie za bardzo byłaś sobą i podporządkowywałaś się jemu, pewnie wbrew sobie.
Trochę mnie to dziwi, bo co innego jeżeli jest pierwsza miłość, kiedy dobrze nie zna się życia ale skoro już byłaś w jednym związku to powinnaś być mądrzejsza, a wychodzi, że nie wyciągnąłeś żadnych wniosków z pierwszego…
Składaj papiery o rozwód z twojej winy.
Z opisu wygląda, że stosujesz toksyczne zachowania.
Dziwię się tylko mężowi, że wytrzymał aż 4 lata.
12 2026-06-06 11:01:48 Ostatnio edytowany przez Tamiraa (2026-06-06 11:05:08)
Dzień dobry, jestem osobą w wieku dojrzałym, obecnie w drugim małżeństwie 4 lata. Nie wiem od czego zacząć bo początki zawsze są takie same, piękne. Mąż oczarował mnie swoim zachowaniem w początkowej fazie poznawania dlatego po roku czasu wzięliśmy ślub chociaż oświadczył mi się po dwóch tygodniach znajomości. Może powinnam napisać że weszłam w ten związek od razu po rozstaniu z inną osobą która mnie zdradzała i okłamywała, nie dawała poczucia bezpieczeństwa. Mąż też twierdzi że gdy mnie poznał byłam zupełnie inną osobą, że skłamałam bo on ożenił się z kimś innym a teraz jestem zupełnie inną osobą Uważa, że wtedy byłam wesoła, umiałam śmiać się z jego żartów, że ubierałam się atrakcyjnie, nosiłam zawsze sukienki, kusilam go i adorowałam, farbowałam włosy na taki kolor jaki on chciał i seks był zawsze. Po ślubie przeprowadziłam się do męża, zostawiłam wszystko. Zapewniał mnie żebym mu zaufała bo nigdy mnie nie skrzywdzi. Zaufałam bezgranicznie. Dziś jesteśmy w zupełnie innym miejscu naszego małżeństwa, można powiedzieć że przed wizja rozwodu. Ja od ponad roku każdej nocy budzę się i myślę, analizuję, płacze w poduszkę bo moje uczucie do męża nadal jest szczere i głębokie ale jego całkowicie znikło. Wiem że sama doprowadziłam do takiego stanu bo mąż na początku jeszcze walczył o nas, prosił aby go nie ranić bo potrzebuje czułości, uwagi. Mój błąd polegał na tym że po każdej naszej kłótni gdy mąż wypominał mi wszystkie moje grzechy wracał też często do moich błędów które popełniałam nie będąc jeszcze z nim (wszystko to wiedział z moich e-maili z poczty i z mojego pamiętnika które przeczytał bo ufając bezgranicznie dałam mu dostęp do wszystkiego) zamykałam się w sobie, milklam całkowicie a mąż uważał że to jest karanie ciszą i pewnie miał rację bo to tak wyglądało. Po każdej naszej kłótni był we mnie ogromny żal, złość , zamykałam się i uciekałam aby być samemu. Wiem że go to wtedy bolało ale nie zwracałam na to uwagi bo myślałam że mój ból jest większy. Zamykałam się i płakałam , oczekiwałam że mąż przyjdzie i mnie przeprosi i z reguły tak zawsze było przez długi czas. Zawsze po takich cichych dniach zaczynaliśmy normalnie rozmawiać , wtedy jeszcze nie byłam świadoma jak bardzo go raniłam i jakie spustoszenie wobec mojej osoby czyniłam. Mąż odzywał się normalnie ale teraz już wiem że zabijałam w ten sposób jego uczucie do mnie. Powiedział że to ja sama doprowadziłam do tego że on już nic nie czuje do mnie, że swoim zachowaniem zniszczyłam nasze małżeństwo i że cokolwiek bym już nie robiła to on nie jest wstanie mi zaufać. Zbyt długo to trwało. To prawda, że zawsze po naszych kłótniach milklam ale tłumaczyłam mu że to nigdy z mojej strony nie było karaniem ciszą bo wtedy czułam się strasznie, wyłam z bólu tylko już w samotności tak aby on nie widział , chciałam przy nim pokazać że jestem silna ale tak naprawdę rozpadałam się na milion kawałków. W ostatnim okresie próbowałam tłumaczyć mężowi dlaczego tak reagowałam ale ciężko jest z nim rozmawiać bo on już nie chce nic wyjaśniać, chce spokoju, wychodzi z pokoju albo atakuje mnie i wraca cały czas do sytuacji które źle robiłam do rzeczy które robiłam rok, dwa a nawet trzy lata temu wobec niego. Gdy zaproponowałam pomoc mediatora rodzinnego albo psychologa to odmówił bo uważa że te osoby czasami same mają większe problemy niż my i nie umieją sobie pomóc to jak mogą nam pomóc. W ostatnim okresie całkowicie ignoruje moja osobę , nie mówi mi już nic a gdy ja się go o cokolwiek spytam to odpowiada jednym wyrazem. Mieszkamy z jego dzieckiem które jest nastolatkiem. Cały swój czas w domu spędza ze swoim dzieckiem, pomimo że to osoba nastoletnia to z wszystkim dzieli się tylko z nim. Mąż wiele razy nazywa mnie narcyzem, uważa że myślę tylko o sobie. Uważa, że nic nie robię w domu, w niczym mu nie pomagam , że uciekam tylko do sypialni i tam spędzam czas po pracy. Po części jest to prawda, zawsze gdy się pokłóciliśmy ja zamykałam się w sypialni i praktycznie z niej nie wychodziłam a on w tym czasie normalnie musiał funkcjonować, gotował, sprzątał i zajmował się nastolatką. Ja nie byłam wtedy wstanie nic zrobić, czekałam aż on się do mnie odezwie aby wszystko wróciło do normalności, potrzebowałam jego gestu abym mogła oddychać. Nie umiem tego nazwać, mam też świadomość że to nie jest normalne zachowanie ale ja tak wtedy się zachowywałam. Siedziałam w pokoju, płakałam tak aby nikt nie widział i czekałam na jakikolwiek gest z jego strony. Gdy następowała cisza między nami to mąż był zły bo uważał że ja go karze ciszą a ja płakałam i czekałam aby on odezwał się do mnie, obrażałam się za słowa które on wypowiadał wobec mnie w czasie naszej kłótni ale nie oczekiwałam przeprosin , marzyłam tylko aby się odezwał. Teraz gdy patrzę na moje zachowania z perspektywy czasu to widzę że on miał rację, to wyglądało jak karanie ciszą i on mógł tak się czuć. Zawsze powtarzał że jestem księżniczką którą trzeba prosić. Miał rację, pewnie tak go karalam za to co mówił do mnie , bolały mnie bardzo jego słowa które wypowiadał w kłótni, nie umiałam się wtedy bronić, brakowało mi wtedy zawsze słów aby cokolwiek podpowiedzieć a i czasami nie dał mi dojść do słowa. Milklam i zamykałam się w sobie. Szłam do pokoju aby się wypłakać a później się już nie odzywałam dopóki mąż się pierwszy nie odezwie. To jest głównym powodem naszego rozpadu małżeństwa. Mąż powiedział że ta cisza zabiła w nim wszelkie uczucia do mnie. On się boi że ja nigdy się nie zmienię, nie chce już tak żyć że prawie w każdy weekend siedzę sama w pokoju i udaję że oni nie istnieją. To wszystko jest prawda tylko dlaczego on nie widzi tego że ja tak postępowałam bo ranił mnie, mówił słowa które bolały strasznie. Wypominał rzeczy które robiłam gdy jeszcze nie byłam z nim. Wiem że powinnam wtedy inaczej postępować, powinnam starać się tłumaczyć co mnie boli , nie robiłam tego a teraz już nie mam możliwości czegokolwiek zmienić. Mąż już nie chce mojej osoby u siebie w domu, powiedział że woli mieszkać sam niż w takiej atmosferze jaką im funduję, że nie chce czuć się tak źle we własnym domu. Rozumiem jego odczucia i zgadzam się bo też nie chce już takiego życia jakie jest teraz między nami. Czuję się że mu zawadzam, że chciałby aby ten mebel który wstawił do domu 4 lata temu już wyszedł sam. Z jego strony nie ma wobec mnie już żadnych gestów ciepła. Omija mnie w domu jak trędowatą,cokolwiek robi to mnie już nie ma w jego głowie. Jestem świadoma że sama zniszczyłam to małżeństwo, chciałabym ratować to co zostało z niego ale mąż tego nie chce co okazuje każdego dnia. Muszę się wyprowadzić ale nie mam gdzie, zostawiłam całe swoje już dorosłe życie i przyjechałam za miłością. Gdy podejmowaliśmy tą decyzję kierowaliśmy się jego pracą, on zarabiał więcej, jego dziecko miało tutaj szkołę, znajomych. Ja zostawiłam wszystko, dobrą pracę, rodzinę, znajomych bo wierzyłam że przy nim nic złego mnie nie spotka. Zaufałam bezgranicznie. Boje się jutra,będąc już w tym wieku w którym jestem nie znajdę pracy którą teraz wykonuję gdy wrócę do siebie. Boli mnie dusza, serce, boje się życia bez męża bo pomimo tego jak ostatnio jestem przez niego traktowana cały czas jest we mnie uczucie do niego. Jak przetrzymać ten ból i nie zwariować?
Ja bym odeszła. Możesz podtrzymać jeszcze ten związek na siłę, tylko po co? Mnie zastanawia ślub po dwóch tygodniach, i że się zgodziłaś, rzucając wszystko Już samo to świadczy, że coś tu nie tak. Zauroczyłaś się, zgoda, ale żeby tak zostawiać całe dotychczasowe życie? Musiało ci być naprawdę źle i za wszelką cenę chciałaś poczuć się lepiej. Poczułaś się na krótko, ale teraz czas żebyś się wzięła za siebie, to znaczy nie liczyła na kolejnego pana tylko sama wzięła swój los w swoje ręce. Dość płaczu i unikania w zaciszu sypialni, nie uważasz? Buduj własne poczucie wartości bez polegania na kimś. Zobaczysz, że dasz radę.
Desperacja nie jest dobrym doradcą.
Jak przetrzymać ten ból? Nie myśleć o nim, są jeszcze inne aspekty życia i nie żyjecie w próżni. Gdybyś nie dała rady zawsze zostaje konsultacja ze specjalistą.
Partner, który ci mówi, że chce się pozbyć mebla, ktorym ty jesteś, musiał cię od początku traktować jak krzesło - jak inaczej mogło być? Miałaś ładnie wyglądać, farbować włosy na kolor, który on chciał, nie miałaś prawa okazać smutku, a to już pachnie czymś dziwnym - nie zauważyłaś tego?
Składaj papiery o rozwód z twojej winy.
Z opisu wygląda, że stosujesz toksyczne zachowania.Dziwię się tylko mężowi, że wytrzymał aż 4 lata.
Taaa….reagowała tak na jego akcje, w sumie to jest siła wyższa jak się zachowujemy, bo to jest jak gdyby niezależne od naszej woli.
To pan i władca wybrał sobie kobietę, która mu się spodobała i uważał, że będzie jadła mu z ręki. To, że po dwóch tygodniach już się oświadczył /ślub po roku/ to mówi, że szukał głównie kobiety do łóżka, sprzątania i gotowania. To była ta miłość z jego strony, rozkochać kobietę i nią rządzić.
Dopóki wszystko szło jak on chciał, to było dobrze, ale jak ona była niedyspozycyjna, to już źle.
To tanga trzeba dwojga…
Ciekawe ile on miał związków w których kobieta z nim nie wytrzymała, autorce pewnie sprzedał jakąś bajkę.
14 2026-06-06 12:36:21 Ostatnio edytowany przez AdamJeden (2026-06-06 12:43:19)
Twoja sytuacja jest mocno poplątana. Najprostszym następnym krokiem jest chyba czasowo zamieszkać samej i dać sobie czas na odpoczynek od obciążającego współmałżonka. Będzie trochę czasu na przemyślenie co dalej.
Życie w związku, w którym żrecie się i psychicznie wykańczacie nie ma sensu. Rozplątywanie kto kogo pierwszy za co i przy jakiej okazji jest praktycznie niemożliwe, macie wzajemnie worki pełne pretensji.
Nie macie wspólnych dzieci, przez krótkie lata małżeństwa oczarowanie minęło. Świadczy o tym fakt szybkich oświadczyn i ślubu. Pan ma cechy dominatora, ty nie jesteś uległa i są tarcia.
Już jesteś na tyle wiekowa, że powinnaś uwzględniać swoja osobowość w potencjalnym kolejnym związku. Nie zmienisz się, partner na 99,9 % tez nie. Możesz znależć kogoś, z kim nie musisz mieszkać.
Nie mieszkając wspólnie para uczy się doceniać wspólny czas, szanować własne odrębne osobowości, akceptować niezależność, itd itd. Bo obie strony, pisze o ludziach już dojrzałych, mają z tyłu głowy świadomość, że jak spróbują przeginać to mogą napotkać klamkę do pocałowania. To naprawdę utrzymuje relację w równowadze.
Farmer napisał/a:Składaj papiery o rozwód z twojej winy.
Z opisu wygląda, że stosujesz toksyczne zachowania.Dziwię się tylko mężowi, że wytrzymał aż 4 lata.
Taaa….reagowała tak na jego akcje, w sumie to jest siła wyższa jak się zachowujemy, bo to jest jak gdyby niezależne od naszej woli.
To pan i władca wybrał sobie kobietę, która mu się spodobała i uważał, że będzie jadła mu z ręki. To, że po dwóch tygodniach już się oświadczył /ślub po roku/ to mówi, że szukał głównie kobiety do łóżka, sprzątania i gotowania. To była ta miłość z jego strony, rozkochać kobietę i nią rządzić.
Dopóki wszystko szło jak on chciał, to było dobrze, ale jak ona była niedyspozycyjna, to już źle.
To tanga trzeba dwojga…
Ciekawe ile on miał związków w których kobieta z nim nie wytrzymała, autorce pewnie sprzedał jakąś bajkę.
Ta sama historie czytaliśmy?
Jak dla mnie to ona miesiącami intensywnie odgrywala swoje foszki. A on biegał za nią jak piesek cyrkowy wiecznie wyciągając lapke na zgodę. No i mu się przepaliło
wieka napisał/a:Farmer napisał/a:Składaj papiery o rozwód z twojej winy.
Z opisu wygląda, że stosujesz toksyczne zachowania.Dziwię się tylko mężowi, że wytrzymał aż 4 lata.
Taaa….reagowała tak na jego akcje, w sumie to jest siła wyższa jak się zachowujemy, bo to jest jak gdyby niezależne od naszej woli.
To pan i władca wybrał sobie kobietę, która mu się spodobała i uważał, że będzie jadła mu z ręki. To, że po dwóch tygodniach już się oświadczył /ślub po roku/ to mówi, że szukał głównie kobiety do łóżka, sprzątania i gotowania. To była ta miłość z jego strony, rozkochać kobietę i nią rządzić.
Dopóki wszystko szło jak on chciał, to było dobrze, ale jak ona była niedyspozycyjna, to już źle.
To tanga trzeba dwojga…
Ciekawe ile on miał związków w których kobieta z nim nie wytrzymała, autorce pewnie sprzedał jakąś bajkę.Ta sama historie czytaliśmy?
Jak dla mnie to ona miesiącami intensywnie odgrywala swoje foszki. A on biegał za nią jak piesek cyrkowy wiecznie wyciągając lapke na zgodę. No i mu się przepaliło
Gdzie jest o tym napisane?
Bert44 napisał/a:wieka napisał/a:Taaa….reagowała tak na jego akcje, w sumie to jest siła wyższa jak się zachowujemy, bo to jest jak gdyby niezależne od naszej woli.
To pan i władca wybrał sobie kobietę, która mu się spodobała i uważał, że będzie jadła mu z ręki. To, że po dwóch tygodniach już się oświadczył /ślub po roku/ to mówi, że szukał głównie kobiety do łóżka, sprzątania i gotowania. To była ta miłość z jego strony, rozkochać kobietę i nią rządzić.
Dopóki wszystko szło jak on chciał, to było dobrze, ale jak ona była niedyspozycyjna, to już źle.
To tanga trzeba dwojga…
Ciekawe ile on miał związków w których kobieta z nim nie wytrzymała, autorce pewnie sprzedał jakąś bajkę.Ta sama historie czytaliśmy?
Jak dla mnie to ona miesiącami intensywnie odgrywala swoje foszki. A on biegał za nią jak piesek cyrkowy wiecznie wyciągając lapke na zgodę. No i mu się przepaliło
Gdzie jest o tym napisane?
W pierwszym wpisie
18 2026-06-06 13:35:50 Ostatnio edytowany przez wieka (2026-06-06 14:02:21)
wieka napisał/a:Farmer napisał/a:Składaj papiery o rozwód z twojej winy.
Z opisu wygląda, że stosujesz toksyczne zachowania.Dziwię się tylko mężowi, że wytrzymał aż 4 lata.
Taaa….reagowała tak na jego akcje, w sumie to jest siła wyższa jak się zachowujemy, bo to jest jak gdyby niezależne od naszej woli.
To pan i władca wybrał sobie kobietę, która mu się spodobała i uważał, że będzie jadła mu z ręki. To, że po dwóch tygodniach już się oświadczył /ślub po roku/ to mówi, że szukał głównie kobiety do łóżka, sprzątania i gotowania. To była ta miłość z jego strony, rozkochać kobietę i nią rządzić.
Dopóki wszystko szło jak on chciał, to było dobrze, ale jak ona była niedyspozycyjna, to już źle.
To tanga trzeba dwojga…
Ciekawe ile on miał związków w których kobieta z nim nie wytrzymała, autorce pewnie sprzedał jakąś bajkę.Ta sama historie czytaliśmy?
Jak dla mnie to ona miesiącami intensywnie odgrywala swoje foszki. A on biegał za nią jak piesek cyrkowy wiecznie wyciągając lapke na zgodę. No i mu się przepaliło
Znaczy się te foszki były bez przyczyny według ciebie? Poza tym nigdzie nie biegał, choć sam doprowadzał ją do takiego stanu, więc piłka była po jego stronie. Nic nie zrobił, żeby cokolwiek zmienić w relacji, bo on swojej winy nie widział, choć może zauważał, skoro przepraszał na początku, choć
takie przeprosiny to o kant… W niej to wszystko zostawało
Mimo, że miał powtórki z rozrywki, nic z tym nie zrobił.
Nie wiem jak możesz widzieć tylko jej winę.
Po pierwsze nie daj sobie wmówić, że to tylko Twoja wina. Twój mąż stosuje klasyczne techniki manipulacji. Wygląda mi to na typowy love bombing i fast-forwarding, na co wskazują oświadczyny po 2 tygodniach i szybki ślub. To klasyczne zachowania u narcyzów i psychopatów wszelkiej maści - oszołomić ofiarę, uśpić czujność i szybko usidlić, poki jest w fazie różowych okularów. Bo kto normalny oświadcza się po 2 tygodniach? Połknęłaś haczyk bo byłaś po trudnym związku i myślałaś, że spotkałaś księcia. Tak najczęściej bywa tylko na romantycznych filmach. W życiu trzeba być niestety czujnym i kierować się nie tylko romantycznymi porywami serca.
To nie Ty jesteś toksyczna tylko raczej on. Wyciąganie ciągle rzeczy sprzed lat, intymnych sekretów (ktore mu w zaufaniu powierzyłaś) przeciwko Tobie, aby Ci umniejszać i wpędzać w poczucie winy, atakować... to jest przemoc emocjonalna. On cynicznie wykorzystał Twoje zaufanie. Tak nie robi ktoś, kto kocha. Tak robi manipulator.
Nie słuchaj ludzi, którzy oceniają Twoje małżeństwo przez pryzmat strzelania fochów. On nie był biednym pieskiem On najpierw Cię atakował, uzywając Twoich intymnych maili, pamiętnika i przeszłości jako broni, żeby Cię upokorzyć a kiedy doprowadzał Cię do stanu, w którym z rozpaczy odcinało Ci mowę i uciekałaś płakać, on zmieniał taktykę. Podchodził "wyciągać łapkę", żeby zagrać rolę tego dobrego, wspaniałomyślnego i wielkodusznego.
To jest taka taktyka manipulatorów - najpierw emocjonalnie poturbować a potem przychodzić jako ratownik, żebyś to Ty czuła się winna i zarazem wdzięczna i uzależniona od jego łaski, I tak wlasnie się zachowujesz.
Ja bym zwiewała gdzie pieprz rośnie od tego księciunia. Myślał, że będzie miał żonę ze Stepford (idealna, zaprogramowana, posluszna lalka) ktora będzie tańczyć jak jej zagra a tu zonk. Nie wyszło mu.
Nie załamuj się, świat się nie kończy, dasz sobie radę, dawałaś wcześniej. Twoje doświadczenie nie wyparowało tylko dlatego, że przez 4 lata żyłaś z manipulatorem.
Masz przyjaciół, rodzinę, skontatuj się z nimi.
Bert44 napisał/a:wieka napisał/a:Taaa….reagowała tak na jego akcje, w sumie to jest siła wyższa jak się zachowujemy, bo to jest jak gdyby niezależne od naszej woli.
To pan i władca wybrał sobie kobietę, która mu się spodobała i uważał, że będzie jadła mu z ręki. To, że po dwóch tygodniach już się oświadczył /ślub po roku/ to mówi, że szukał głównie kobiety do łóżka, sprzątania i gotowania. To była ta miłość z jego strony, rozkochać kobietę i nią rządzić.
Dopóki wszystko szło jak on chciał, to było dobrze, ale jak ona była niedyspozycyjna, to już źle.
To tanga trzeba dwojga…
Ciekawe ile on miał związków w których kobieta z nim nie wytrzymała, autorce pewnie sprzedał jakąś bajkę.Ta sama historie czytaliśmy?
Jak dla mnie to ona miesiącami intensywnie odgrywala swoje foszki. A on biegał za nią jak piesek cyrkowy wiecznie wyciągając lapke na zgodę. No i mu się przepaliło
Znaczy się te foszki były bez przyczyny według ciebie? Poza tym nigdzie nie biegał, choć sam doprowadzał ją do takiego stanu. Nie wiem jak możesz widzieć tylko jej winę.
Masz rację przefiltrowalem sporo rzeczy. Celowo
Zachowanie pt foszek to dziecinada. Nieważne jaka jest przyczyna. Facet chał rozmawiać, wyjaśniać a ona odmawiala rozmowy i kontaktu. Powodowała że niemożliwe było jakąkolwiek wyjaśnienie problemu. Ona wycofała sie. Próbował x razy i zrozumial że wali głowa w mur. Odpuścił
Napisała ze to on w przypadku kłótni sie płaszczył, przepraszał, wyciągał rękę. Na dłuższą metę tak sie nie da. Nie może byc tak zeby w przypadku klotni to zawsze jedna strona byla winna i wiecznie przepraszała
Napisała ze facet narzeka ze przed ślubem byla wesoła, dbała o siebie, robiła duzo dla niego. Mogła od poczatku nie udawać kogos kim nie jest to nie byłoby rozczarowania. Okazalo sie ze nie z ta babka sie związał tylko z jakas aktoreczka
Bert, w którym miejscu on chciał rozmawiać, właśnie nie dało się z nim rozmawiać, bo on ją wbijał w ziemię, nie pozwolił się wypowiedzieć, stąd te fochy. Jej zdanie miał gdzieś…
Druga by go zjechała z góry na dół i wtedy kiedy jest w miarę równowaga, to żadne nie ma powodu do obrazy bo są sobie równi.
Albo by się godzili albo pozabijali ![]()
No niestety tak bywa jak jedna strona jest bardziej agresywna, a druga spokojna, to zawsze będzie pokrzywdzona, więc przeprasza ten który czuje się winny.
To, że dała się omotać od początku to jest inna sprawa. A on myślał, że będzie uległa pod każdym względem, skoro od początku on dyktował warunki.
22 2026-06-06 14:25:08 Ostatnio edytowany przez Tamiraa (2026-06-06 14:26:49)
Po pierwsze nie daj sobie wmówić, że to tylko Twoja wina. Twój mąż stosuje klasyczne techniki manipulacji. Wygląda mi to na typowy love bombing i fast-forwarding, na co wskazują oświadczyny po 2 tygodniach i szybki ślub. To klasyczne zachowania u narcyzów i psychopatów wszelkiej maści - oszołomić ofiarę, uśpić czujność i szybko usidlić, poki jest w fazie różowych okularów. Bo kto normalny oświadcza się po 2 tygodniach? Połknęłaś haczyk bo byłaś po trudnym związku i myślałaś, że spotkałaś księcia. Tak najczęściej bywa tylko na romantycznych filmach. W życiu trzeba być niestety czujnym i kierować się nie tylko romantycznymi porywami serca.
To nie Ty jesteś toksyczna tylko raczej on. Wyciąganie ciągle rzeczy sprzed lat, intymnych sekretów (ktore mu w zaufaniu powierzyłaś) przeciwko Tobie, aby Ci umniejszać i wpędzać w poczucie winy, atakować... to jest przemoc emocjonalna. On cynicznie wykorzystał Twoje zaufanie. Tak nie robi ktoś, kto kocha. Tak robi manipulator.
Nie słuchaj ludzi, którzy oceniają Twoje małżeństwo przez pryzmat strzelania fochów. On nie był biednym pieskiem On najpierw Cię atakował, uzywając Twoich intymnych maili, pamiętnika i przeszłości jako broni, żeby Cię upokorzyć a kiedy doprowadzał Cię do stanu, w którym z rozpaczy odcinało Ci mowę i uciekałaś płakać, on zmieniał taktykę. Podchodził "wyciągać łapkę", żeby zagrać rolę tego dobrego, wspaniałomyślnego i wielkodusznego.
To jest taka taktyka manipulatorów - najpierw emocjonalnie poturbować a potem przychodzić jako ratownik, żebyś to Ty czuła się winna i zarazem wdzięczna i uzależniona od jego łaski, I tak wlasnie się zachowujesz.
Ja bym zwiewała gdzie pieprz rośnie od tego księciunia. Myślał, że będzie miał żonę ze Stepford (idealna, zaprogramowana, posluszna lalka) ktora będzie tańczyć jak jej zagra a tu zonk. Nie wyszło mu.Nie załamuj się, świat się nie kończy, dasz sobie radę, dawałaś wcześniej. Twoje doświadczenie nie wyparowało tylko dlatego, że przez 4 lata żyłaś z manipulatorem.
Masz przyjaciół, rodzinę, skontatuj się z nimi.
Dobrze to napisałaś Solaris,choć i tak łagodnie. Autorka dopóki jest pod jego wpływem, nie zwieje. Musialaby wcale nie mieć z nim kontaktu albo on zrobiłby coś, po którym doznałaby szoku. Obym się myliła. W tej chwili bardzo cierpi.
Autorka dopóki jest pod jego wpływem nie zwieje,
Jest tylko małe ale, ona zwiała przed poprzednim facetem właśnie do niego. No i?
24 2026-06-06 14:31:14 Ostatnio edytowany przez Tamiraa (2026-06-06 14:41:37)
Tamiraa napisał/a:Autorka dopóki jest pod jego wpływem nie zwieje,
Jest tylko małe ale, ona zwiała przed poprzednim facetem właśnie do niego. No i?
Też o tym pisałam, żeby uwierzyła w siebie i zmieniła swoje życie, bo to co teraz robi to ucieczka do sypialni i wypłakiwanie się w poduszkę. Niemożność poradzenia sobie z własnymi uczuciami.
Edytuję. Stąd pewnie pisanie pamiętników.
Bert, w którym miejscu on chciał rozmawiać, właśnie nie dało się z nim rozmawiać, bo on ją wbijał w ziemię, nie pozwolił się wypowiedzieć, stąd te fochy. Jej zdanie miał gdzieś…
Druga by go zjechała z góry na dół i wtedy kiedy jest w miarę równowaga, to żadne nie ma powodu do obrazy bo są sobie równi.
Albo by się godzili albo pozabijali
No niestety tak bywa jak jedna strona jest bardziej agresywna, a druga spokojna, to zawsze będzie pokrzywdzona, więc przeprasza ten który czuje się winny.
To, że dała się omotać od początku to jest inna sprawa. A on myślał, że będzie uległa pod każdym względem, skoro od początku on dyktował warunki.
No przecież milczała wiec nie rozmawiała.
Omotac na początku dała sie zarówno ona jak i on. Ona myślała ze jest z innym facetem a on ze z inną babka.
Tak naprawdę nie widzę tego tak jednostronnie ale ze większość ładuje ciężarki na jedną szalke to ja dla równowagi na drugą. Bo tak naprawdę to zarówno Autorka jak i jej mąż sa dziwni
Ta sama historie czytaliśmy?
Jak dla mnie to ona miesiącami intensywnie odgrywala swoje foszki. A on biegał za nią jak piesek cyrkowy wiecznie wyciągając lapke na zgodę. No i mu się przepaliło
Też tak to widzę.
27 2026-06-06 14:54:33 Ostatnio edytowany przez wieka (2026-06-06 14:55:04)
wieka napisał/a:Bert, w którym miejscu on chciał rozmawiać, właśnie nie dało się z nim rozmawiać, bo on ją wbijał w ziemię, nie pozwolił się wypowiedzieć, stąd te fochy. Jej zdanie miał gdzieś…
Druga by go zjechała z góry na dół i wtedy kiedy jest w miarę równowaga, to żadne nie ma powodu do obrazy bo są sobie równi.
Albo by się godzili albo pozabijali
No niestety tak bywa jak jedna strona jest bardziej agresywna, a druga spokojna, to zawsze będzie pokrzywdzona, więc przeprasza ten który czuje się winny.
To, że dała się omotać od początku to jest inna sprawa. A on myślał, że będzie uległa pod każdym względem, skoro od początku on dyktował warunki.No przecież milczała wiec nie rozmawiała.
Omotac na początku dała sie zarówno ona jak i on. Ona myślała ze jest z innym facetem a on ze z inną babka.
Tak naprawdę nie widzę tego tak jednostronnie ale ze większość ładuje ciężarki na jedną szalke to ja dla równowagi na drugą. Bo tak naprawdę to zarówno Autorka jak i jej mąż sa dziwni
Zawsze początki związku wyglądają pięknie, choć tu trochę było na siłę.
Tak generalnie to największą kością niezgody w małżeństwach jest seks i dlatego najlepiej jak kobieta jest bardziej temperamentna, bo jest bardziej wyrozumiała.
I tu pewnie też od tego się zaczęło, bo on oczekiwał bliskości, czyt. seksu, takiego samego przez cały czas trwania związku jak na początku, nie biorąc pod uwagę, że u niej to się może zmieniać. Ona też nie rozumiała, jak seks jest ważny dla niego… Bo często mierzymy swoją miarą.
Kiedyś opowiadał zawiedziony facet, że na początku sex uprawiali pięć razy na dobę i myślał, że tak będzie cały czas, pewnie dopóki on będzie miał ochotę… bo oczywiście jakby jemu libido spadło to już jest inna bajka ![]()
Znowu wątek o ruchaniu ?
Bert44 napisał/a:wieka napisał/a:Bert, w którym miejscu on chciał rozmawiać, właśnie nie dało się z nim rozmawiać, bo on ją wbijał w ziemię, nie pozwolił się wypowiedzieć, stąd te fochy. Jej zdanie miał gdzieś…
Druga by go zjechała z góry na dół i wtedy kiedy jest w miarę równowaga, to żadne nie ma powodu do obrazy bo są sobie równi.
Albo by się godzili albo pozabijali
No niestety tak bywa jak jedna strona jest bardziej agresywna, a druga spokojna, to zawsze będzie pokrzywdzona, więc przeprasza ten który czuje się winny.
To, że dała się omotać od początku to jest inna sprawa. A on myślał, że będzie uległa pod każdym względem, skoro od początku on dyktował warunki.No przecież milczała wiec nie rozmawiała.
Omotac na początku dała sie zarówno ona jak i on. Ona myślała ze jest z innym facetem a on ze z inną babka.
Tak naprawdę nie widzę tego tak jednostronnie ale ze większość ładuje ciężarki na jedną szalke to ja dla równowagi na drugą. Bo tak naprawdę to zarówno Autorka jak i jej mąż sa dziwni
Zawsze początki związku wyglądają pięknie, choć tu trochę było na siłę.
Tak generalnie to największą kością niezgody w małżeństwach jest seks i dlatego najlepiej jak kobieta jest bardziej temperamentna, bo jest bardziej wyrozumiała.
I tu pewnie też od tego się zaczęło, bo on oczekiwał bliskości, czyt. seksu, takiego samego przez cały czas trwania związku jak na początku, nie biorąc pod uwagę, że u niej to się może zmieniać. Ona też nie rozumiała, jak seks jest ważny dla niego… Bo często mierzymy swoją miarą.
Kiedyś opowiadał zawiedziony facet, że na początku sex uprawiali pięć razy na dobę i myślał, że tak będzie cały czas, pewnie dopóki on będzie miał ochotę… bo oczywiście jakby jemu libido spadło to już jest inna bajka
My tak naprawde nie wiemy o co chodzi. O co sie kloca. Mam wrazenie ze to po prostu wynik obustronnej frustracji z jakiegos powodu (kazdy ma swoj) o którym nie potrafią rozmawiac. On jest wybuchowy a ona ucieka. I on i ona musieliby nauczyć sie rozmawiac. Bo tak nie rusza z miejsca.
Poza tym mam wrazenie ze jak sie pojawia tekst : babka po nocach płacze w poduszkę to automatycznie wjeżdża wyrok: on jest winien. A wystarczy ze ona nie daje sobie rady sama ze sobą albo ma depresję albo albo.
Dzień dobry, jestem osobą w wieku dojrzałym, obecnie w drugim małżeństwie 4 lata. Nie wiem od czego zacząć bo początki zawsze są takie same, piękne. Mąż oczarował mnie swoim zachowaniem w początkowej fazie poznawania dlatego po roku czasu wzięliśmy ślub chociaż oświadczył mi się po dwóch tygodniach znajomości. Może powinnam napisać że weszłam w ten związek od razu po rozstaniu z inną osobą która mnie zdradzała i okłamywała, nie dawała poczucia bezpieczeństwa. Mąż też twierdzi że gdy mnie poznał byłam zupełnie inną osobą, że skłamałam bo on ożenił się z kimś innym a teraz jestem zupełnie inną osobą Uważa, że wtedy byłam wesoła, umiałam śmiać się z jego żartów, że ubierałam się atrakcyjnie, nosiłam zawsze sukienki, kusilam go i adorowałam, farbowałam włosy na taki kolor jaki on chciał i seks był zawsze. Po ślubie przeprowadziłam się do męża, zostawiłam wszystko. Zapewniał mnie żebym mu zaufała bo nigdy mnie nie skrzywdzi. Zaufałam bezgranicznie. Dziś jesteśmy w zupełnie innym miejscu naszego małżeństwa, można powiedzieć że przed wizja rozwodu. Ja od ponad roku każdej nocy budzę się i myślę, analizuję, płacze w poduszkę bo moje uczucie do męża nadal jest szczere i głębokie ale jego całkowicie znikło. Wiem że sama doprowadziłam do takiego stanu bo mąż na początku jeszcze walczył o nas, prosił aby go nie ranić bo potrzebuje czułości, uwagi. Mój błąd polegał na tym że po każdej naszej kłótni gdy mąż wypominał mi wszystkie moje grzechy wracał też często do moich błędów które popełniałam nie będąc jeszcze z nim (wszystko to wiedział z moich e-maili z poczty i z mojego pamiętnika które przeczytał bo ufając bezgranicznie dałam mu dostęp do wszystkiego) zamykałam się w sobie, milklam całkowicie a mąż uważał że to jest karanie ciszą i pewnie miał rację bo to tak wyglądało. Po każdej naszej kłótni był we mnie ogromny żal, złość , zamykałam się i uciekałam aby być samemu. Wiem że go to wtedy bolało ale nie zwracałam na to uwagi bo myślałam że mój ból jest większy. Zamykałam się i płakałam , oczekiwałam że mąż przyjdzie i mnie przeprosi i z reguły tak zawsze było przez długi czas. Zawsze po takich cichych dniach zaczynaliśmy normalnie rozmawiać , wtedy jeszcze nie byłam świadoma jak bardzo go raniłam i jakie spustoszenie wobec mojej osoby czyniłam. Mąż odzywał się normalnie ale teraz już wiem że zabijałam w ten sposób jego uczucie do mnie. Powiedział że to ja sama doprowadziłam do tego że on już nic nie czuje do mnie, że swoim zachowaniem zniszczyłam nasze małżeństwo i że cokolwiek bym już nie robiła to on nie jest wstanie mi zaufać. Zbyt długo to trwało. To prawda, że zawsze po naszych kłótniach milklam ale tłumaczyłam mu że to nigdy z mojej strony nie było karaniem ciszą bo wtedy czułam się strasznie, wyłam z bólu tylko już w samotności tak aby on nie widział , chciałam przy nim pokazać że jestem silna ale tak naprawdę rozpadałam się na milion kawałków. W ostatnim okresie próbowałam tłumaczyć mężowi dlaczego tak reagowałam ale ciężko jest z nim rozmawiać bo on już nie chce nic wyjaśniać, chce spokoju, wychodzi z pokoju albo atakuje mnie i wraca cały czas do sytuacji które źle robiłam do rzeczy które robiłam rok, dwa a nawet trzy lata temu wobec niego. Gdy zaproponowałam pomoc mediatora rodzinnego albo psychologa to odmówił bo uważa że te osoby czasami same mają większe problemy niż my i nie umieją sobie pomóc to jak mogą nam pomóc. W ostatnim okresie całkowicie ignoruje moja osobę , nie mówi mi już nic a gdy ja się go o cokolwiek spytam to odpowiada jednym wyrazem. Mieszkamy z jego dzieckiem które jest nastolatkiem. Cały swój czas w domu spędza ze swoim dzieckiem, pomimo że to osoba nastoletnia to z wszystkim dzieli się tylko z nim. Mąż wiele razy nazywa mnie narcyzem, uważa że myślę tylko o sobie. Uważa, że nic nie robię w domu, w niczym mu nie pomagam , że uciekam tylko do sypialni i tam spędzam czas po pracy. Po części jest to prawda, zawsze gdy się pokłóciliśmy ja zamykałam się w sypialni i praktycznie z niej nie wychodziłam a on w tym czasie normalnie musiał funkcjonować, gotował, sprzątał i zajmował się nastolatką. Ja nie byłam wtedy wstanie nic zrobić, czekałam aż on się do mnie odezwie aby wszystko wróciło do normalności, potrzebowałam jego gestu abym mogła oddychać. Nie umiem tego nazwać, mam też świadomość że to nie jest normalne zachowanie ale ja tak wtedy się zachowywałam. Siedziałam w pokoju, płakałam tak aby nikt nie widział i czekałam na jakikolwiek gest z jego strony. Gdy następowała cisza między nami to mąż był zły bo uważał że ja go karze ciszą a ja płakałam i czekałam aby on odezwał się do mnie, obrażałam się za słowa które on wypowiadał wobec mnie w czasie naszej kłótni ale nie oczekiwałam przeprosin , marzyłam tylko aby się odezwał. Teraz gdy patrzę na moje zachowania z perspektywy czasu to widzę że on miał rację, to wyglądało jak karanie ciszą i on mógł tak się czuć. Zawsze powtarzał że jestem księżniczką którą trzeba prosić. Miał rację, pewnie tak go karalam za to co mówił do mnie , bolały mnie bardzo jego słowa które wypowiadał w kłótni, nie umiałam się wtedy bronić, brakowało mi wtedy zawsze słów aby cokolwiek podpowiedzieć a i czasami nie dał mi dojść do słowa. Milklam i zamykałam się w sobie. Szłam do pokoju aby się wypłakać a później się już nie odzywałam dopóki mąż się pierwszy nie odezwie. To jest głównym powodem naszego rozpadu małżeństwa. Mąż powiedział że ta cisza zabiła w nim wszelkie uczucia do mnie. On się boi że ja nigdy się nie zmienię, nie chce już tak żyć że prawie w każdy weekend siedzę sama w pokoju i udaję że oni nie istnieją. To wszystko jest prawda tylko dlaczego on nie widzi tego że ja tak postępowałam bo ranił mnie, mówił słowa które bolały strasznie. Wypominał rzeczy które robiłam gdy jeszcze nie byłam z nim. Wiem że powinnam wtedy inaczej postępować, powinnam starać się tłumaczyć co mnie boli , nie robiłam tego a teraz już nie mam możliwości czegokolwiek zmienić. Mąż już nie chce mojej osoby u siebie w domu, powiedział że woli mieszkać sam niż w takiej atmosferze jaką im funduję, że nie chce czuć się tak źle we własnym domu. Rozumiem jego odczucia i zgadzam się bo też nie chce już takiego życia jakie jest teraz między nami. Czuję się że mu zawadzam, że chciałby aby ten mebel który wstawił do domu 4 lata temu już wyszedł sam. Z jego strony nie ma wobec mnie już żadnych gestów ciepła. Omija mnie w domu jak trędowatą,cokolwiek robi to mnie już nie ma w jego głowie. Jestem świadoma że sama zniszczyłam to małżeństwo, chciałabym ratować to co zostało z niego ale mąż tego nie chce co okazuje każdego dnia. Muszę się wyprowadzić ale nie mam gdzie, zostawiłam całe swoje już dorosłe życie i przyjechałam za miłością. Gdy podejmowaliśmy tą decyzję kierowaliśmy się jego pracą, on zarabiał więcej, jego dziecko miało tutaj szkołę, znajomych. Ja zostawiłam wszystko, dobrą pracę, rodzinę, znajomych bo wierzyłam że przy nim nic złego mnie nie spotka. Zaufałam bezgranicznie. Boje się jutra,będąc już w tym wieku w którym jestem nie znajdę pracy którą teraz wykonuję gdy wrócę do siebie. Boli mnie dusza, serce, boje się życia bez męża bo pomimo tego jak ostatnio jestem przez niego traktowana cały czas jest we mnie uczucie do niego. Jak przetrzymać ten ból i nie zwariować?
Ów, przebrnęłam przez tę ścianę tekstu. Brawo ja! Co do ciebie, autorko, wpadłaś w klasyczną pułapkę tzw. rebound relationship, tak to się teraz nowocześnie nazywa. Twój mąż zakochał się w wesołej adorującej go kobiecie w sukienkach i nie widział lub nie chciał widzieć, że ta wesołość była maską i próbą ucieczki przed traumą po zdradzie z poprzedniego związku. Gdy poczułaś się bezpieczniej i zaczęłaś zdejmować maskę pokazując swoje naturalne, zmęczone, zranione oblicze, mąż poczuł się oszukany. Nie wyleczyłaś starych ran, tylko przykryłaś je nową relacją i dziś widzisz tego bolesne skutki. Zgadzam się z Tobą, że z tej mąki chleba już nie będzie. Czas przestać brać całą winę na siebie i zacząć ratować siebie a nie ten związek.
wieka napisał/a:Bert44 napisał/a:No przecież milczała wiec nie rozmawiała.
Omotac na początku dała sie zarówno ona jak i on. Ona myślała ze jest z innym facetem a on ze z inną babka.
Tak naprawdę nie widzę tego tak jednostronnie ale ze większość ładuje ciężarki na jedną szalke to ja dla równowagi na drugą. Bo tak naprawdę to zarówno Autorka jak i jej mąż sa dziwni
Zawsze początki związku wyglądają pięknie, choć tu trochę było na siłę.
Tak generalnie to największą kością niezgody w małżeństwach jest seks i dlatego najlepiej jak kobieta jest bardziej temperamentna, bo jest bardziej wyrozumiała.
I tu pewnie też od tego się zaczęło, bo on oczekiwał bliskości, czyt. seksu, takiego samego przez cały czas trwania związku jak na początku, nie biorąc pod uwagę, że u niej to się może zmieniać. Ona też nie rozumiała, jak seks jest ważny dla niego… Bo często mierzymy swoją miarą.
Kiedyś opowiadał zawiedziony facet, że na początku sex uprawiali pięć razy na dobę i myślał, że tak będzie cały czas, pewnie dopóki on będzie miał ochotę… bo oczywiście jakby jemu libido spadło to już jest inna bajkaMy tak naprawde nie wiemy o co chodzi. O co sie kloca. Mam wrazenie ze to po prostu wynik obustronnej frustracji z jakiegos powodu (kazdy ma swoj) o którym nie potrafią rozmawiac. On jest wybuchowy a ona ucieka. I on i ona musieliby nauczyć sie rozmawiac. Bo tak nie rusza z miejsca.
Poza tym mam wrazenie ze jak sie pojawia tekst : babka po nocach płacze w poduszkę to automatycznie wjeżdża wyrok: on jest winien. A wystarczy ze ona nie daje sobie rady sama ze sobą albo ma depresję albo albo.
Ja nie mówię, że tylko on jest winien, autorka jest na pewno bardzo wrażliwa, płaczliwa, nie ma za bardzo „zdrowia” do małżeństwa.
Bert44 napisał/a:wieka napisał/a:Zawsze początki związku wyglądają pięknie, choć tu trochę było na siłę.
Tak generalnie to największą kością niezgody w małżeństwach jest seks i dlatego najlepiej jak kobieta jest bardziej temperamentna, bo jest bardziej wyrozumiała.
I tu pewnie też od tego się zaczęło, bo on oczekiwał bliskości, czyt. seksu, takiego samego przez cały czas trwania związku jak na początku, nie biorąc pod uwagę, że u niej to się może zmieniać. Ona też nie rozumiała, jak seks jest ważny dla niego… Bo często mierzymy swoją miarą.
Kiedyś opowiadał zawiedziony facet, że na początku sex uprawiali pięć razy na dobę i myślał, że tak będzie cały czas, pewnie dopóki on będzie miał ochotę… bo oczywiście jakby jemu libido spadło to już jest inna bajkaMy tak naprawde nie wiemy o co chodzi. O co sie kloca. Mam wrazenie ze to po prostu wynik obustronnej frustracji z jakiegos powodu (kazdy ma swoj) o którym nie potrafią rozmawiac. On jest wybuchowy a ona ucieka. I on i ona musieliby nauczyć sie rozmawiac. Bo tak nie rusza z miejsca.
Poza tym mam wrazenie ze jak sie pojawia tekst : babka po nocach płacze w poduszkę to automatycznie wjeżdża wyrok: on jest winien. A wystarczy ze ona nie daje sobie rady sama ze sobą albo ma depresję albo albo.
Ja nie mówię, że tylko on jest winien, autorka jest na pewno bardzo wrażliwa, płaczliwa, nie ma za bardzo „zdrowia” do małżeństwa.
No "zdrowie" do małżeństwa sie przydaje ![]()
Tamiraa napisał/a:Bert44 napisał/a:Ta sama historie czytaliśmy?
Jak dla mnie to ona miesiącami intensywnie odgrywala swoje foszki. A on biegał za nią jak piesek cyrkowy wiecznie wyciągając lapke na zgodę. No i mu się przepaliło
Gdzie jest o tym napisane?
W pierwszym wpisie
W pierwszym wpisie jest o tym, że milkła i zamykała się w sobie pod wplywem totalnej krytyki wyciągniętej jeszcze z jej pamiętników, a nie, że specjalnie strzelała fochy.
Nie zapominaj, że miała do niego bezgraniczne zaufanie, a tu nagle krytyka. W sumie nie wiadomo o co.
Nie zapominaj, że miała do niego bezgraniczne zaufanie, a tu nagle krytyka. W sumie nie wiadomo o co.
Naciągasz fakty przez nią przedstawione i robisz z niej oczywiście ofiarę. Jak wyglądało to "nagle" u niego
mąż na początku jeszcze walczył o nas, prosił aby go nie ranić bo potrzebuje czułości, uwagi
35 2026-06-06 18:23:30 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-06-06 18:24:07)
Bert44 napisał/a:Tamiraa napisał/a:Gdzie jest o tym napisane?
W pierwszym wpisie
W pierwszym wpisie jest o tym, że milkła i zamykała się w sobie pod wplywem totalnej krytyki wyciągniętej jeszcze z jej pamiętników, a nie, że specjalnie strzelała fochy.
Nie zapominaj, że miała do niego bezgraniczne zaufanie, a tu nagle krytyka. W sumie nie wiadomo o co.
Moze totalnej a moze po prostu zwyklej krytyki.
Sa ludzie którzy sie zamykają gdy uslysza cokolwiek negatywnego. Jak np. maja niskie poczucie wartosci. I z nimi nie da sie gadać bo każda uwagę odbierają jako atak. I albo ucieczka albo obrona albo zamarcie (nasza Autorka). Kto odpowie na pytanie dlaczego po każdej kłótni czeka zeby facet sie odezwał i przeprosil. Skąd przekonanie ze tak powinno być?
Tamiraa napisał/a:Bert44 napisał/a:W pierwszym wpisie
W pierwszym wpisie jest o tym, że milkła i zamykała się w sobie pod wplywem totalnej krytyki wyciągniętej jeszcze z jej pamiętników, a nie, że specjalnie strzelała fochy.
Nie zapominaj, że miała do niego bezgraniczne zaufanie, a tu nagle krytyka. W sumie nie wiadomo o co.Moze totalnej a moze po prostu zwyklej krytyki.
Sa ludzie którzy sie zamykają gdy uslysza cokolwiek negatywnego. Jak np. maja niskie poczucie wartosci. I z nimi nie da sie gadać bo każda uwagę odbierają jako atak. I albo ucieczka albo obrona albo zamarcie (nasza Autorka). Kto odpowie na pytanie dlaczego po każdej kłótni czeka zeby facet sie odezwał i przeprosil. Skąd przekonanie ze tak powinno być?
Bo czuje się skrzywdzona, bo on za daleko się posuwa w kłótni, bo on nie da jej dojść do głosu, nie wspominając o wysłuchaniu, bo stosuje chwyty poniżej pasa, bo…
A wszystko tkwi w charakterach, bo jakby obydwoje zrozumieli, że nie tędy droga to by próbowali zmienić… Ale przecież on nie może się opanować, nie radzi sobie z emocjami i go ponosi… Co jest dla niej niezrozumiałe, bo on zachowuje się nieadekwatnie do sytuacji.
Jakby tak się dało to wszyscy by się dogadywali, a jednak tak nie jest, głównie to emocje nie pozwalają na spokojną i rzeczową rozmowę. I oczywiście każdy by chciał przekonywać do swoich racji, choć brakuje argumentów, więc działa argument siły… tu z jego strony.
Najbardziej szwankuje wzajemne zrozumienie.
Nie pasują też do siebie, nie spełniają podstawowych wzajemnych oczekiwań, więc nie ma sensu się dalej męczyć. Nie da się na dłuższą metę żyć wbrew sobie.
37 2026-06-06 18:50:11 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-06-06 18:54:10)
Bert44 napisał/a:Tamiraa napisał/a:W pierwszym wpisie jest o tym, że milkła i zamykała się w sobie pod wplywem totalnej krytyki wyciągniętej jeszcze z jej pamiętników, a nie, że specjalnie strzelała fochy.
Nie zapominaj, że miała do niego bezgraniczne zaufanie, a tu nagle krytyka. W sumie nie wiadomo o co.Moze totalnej a moze po prostu zwyklej krytyki.
Sa ludzie którzy sie zamykają gdy uslysza cokolwiek negatywnego. Jak np. maja niskie poczucie wartosci. I z nimi nie da sie gadać bo każda uwagę odbierają jako atak. I albo ucieczka albo obrona albo zamarcie (nasza Autorka). Kto odpowie na pytanie dlaczego po każdej kłótni czeka zeby facet sie odezwał i przeprosil. Skąd przekonanie ze tak powinno być?
Bo czuje się skrzywdzona, bo on za daleko się posuwa w kłótni, bo on nie da jej dojść do głosu, nie wspominając o wysłuchaniu, bo stosuje chwyty poniżej pasa, bo…
A wszystko tkwi w charakterach, bo jakby obydwoje zrozumieli, że nie tędy droga to by próbowali zmienić… Ale przecież on nie może się opanować, nie radzi sobie z emocjami i go ponosi… Co jest dla niej niezrozumiałe, bo on zachowuje się nieadekwatnie do sytuacji.
Jakby tak się dało to wszyscy by się dogadywali, a jednak tak nie jest, głównie to emocje nie pozwalają na spokojną i rzeczową rozmowę. I oczywiście każdy by chciał przekonywać do swoich racji, choć brakuje argumentów, więc działa argument siły… tu z jego strony.
Najbardziej szwankuje wzajemne zrozumienie.
Nie pasują też do siebie, nie spełniają podstawowych wzajemnych oczekiwań, więc nie ma sensu się dalej męczyć. Nie da się na dłuższą metę żyć wbrew sobie.
Masz racje.
A byłaś kiedys z kimś kto nie słyszy? Kiedy gadasz jak do ściany? Kiedy mówisz słuchaj to mi przeszkadza. A tam z drugiej strony sie zaczyna w głowie wojna o przetrwanie. Próbujesz drugi raz, setny, zalezy ci - aż w koncu krzyczysz: jak mam to k..wa powiedziec żebyś usłyszała? Czasem ocenic trudno
wieka napisał/a:Bert44 napisał/a:Moze totalnej a moze po prostu zwyklej krytyki.
Sa ludzie którzy sie zamykają gdy uslysza cokolwiek negatywnego. Jak np. maja niskie poczucie wartosci. I z nimi nie da sie gadać bo każda uwagę odbierają jako atak. I albo ucieczka albo obrona albo zamarcie (nasza Autorka). Kto odpowie na pytanie dlaczego po każdej kłótni czeka zeby facet sie odezwał i przeprosil. Skąd przekonanie ze tak powinno być?
Bo czuje się skrzywdzona, bo on za daleko się posuwa w kłótni, bo on nie da jej dojść do głosu, nie wspominając o wysłuchaniu, bo stosuje chwyty poniżej pasa, bo…
A wszystko tkwi w charakterach, bo jakby obydwoje zrozumieli, że nie tędy droga to by próbowali zmienić… Ale przecież on nie może się opanować, nie radzi sobie z emocjami i go ponosi… Co jest dla niej niezrozumiałe, bo on zachowuje się nieadekwatnie do sytuacji.
Jakby tak się dało to wszyscy by się dogadywali, a jednak tak nie jest, głównie to emocje nie pozwalają na spokojną i rzeczową rozmowę. I oczywiście każdy by chciał przekonywać do swoich racji, choć brakuje argumentów, więc działa argument siły… tu z jego strony.
Najbardziej szwankuje wzajemne zrozumienie.
Nie pasują też do siebie, nie spełniają podstawowych wzajemnych oczekiwań, więc nie ma sensu się dalej męczyć. Nie da się na dłuższą metę żyć wbrew sobie.Masz racje.
A byłaś kiedys z kimś kto nie słyszy? Kiedy gadasz jak do ściany? Kiedy mówisz słuchaj to mi przeszkadza. A tam z drugiej strony sie zaczyna w głowie wojna o przetrwanie. Próbujesz drugi raz, setny, zalezy ci - aż w koncu krzyczysz: jak mam to k..wa powiedziec żebyś usłyszała? Czasem ocenic trudno
Tu muszę przyznać ci rację.
Ale tak bywa, widocznie jej to nie przekonywało, bo dlaczego ona ma spełniać jego oczekiwania skoro nie ma na to ochoty, ma stale się dostosować do niego, a nie on do niej… On powie, bo ja mam rację, nie tak?
Jak za dużo rzeczy w związku przeszkadza i nie nie da się wzajemnie dostosować, po prostu trzeba by się rozstać.
Dlatego dla tej świętej zgody, przeważnie nagina się ten co ma „mniej do powiedzenia „ nie lubi się kłócić, jest tym spokojniejszym w związku z racji charakteru. Taki ma zawsze gorzej w związku. Często są to faceci, nie zawsze kobieta przecież. A tak się ludzie często dobierają… A w rzeczywistości są niedobrani.
Tak się dzieje w przypadku jeśli partnerom na sobie zależy, choć trzyma ich przy sobie tylko przysłowiowy kredyt/ wspólny majątek i dzieci.
Ale w przypadku autorki, to praktycznie nic ich nie trzyma, z jej strony może uzależnienie, ale to jest do przepracowania.
A co byś powiedział, jakby żona mówiła…tyle razy ci mówiłam, że ja nie mam ochoty już na seks i jak do ściany… Co ty na to ![]()
Ta ściana inaczej wygląda… zależy z której której strony się na nią patrzy ![]()
Tamiraa napisał/a:Nie zapominaj, że miała do niego bezgraniczne zaufanie, a tu nagle krytyka. W sumie nie wiadomo o co.
Naciągasz fakty przez nią przedstawione i robisz z niej oczywiście ofiarę. Jak wyglądało to "nagle" u niego
mąż na początku jeszcze walczył o nas, prosił aby go nie ranić bo potrzebuje czułości, uwagi
Oczywiście ty robisz z niego ofiarę.
W dalszym ciągu nie wiemy o co poszło.
Nie uważam, żeby była ofiarą. Ale też nie uważam, żeby on był ofiarą, no chyba, że obydwoje są ofiarami miłości.
To on jej zaproponował małżeństwo po dwóch tygodniach znajomości. To autorka oddała mu swój pamiętnik i opowiedziała mu wszystkie swoje sekrety, które potem on wykorzystał w kłótniach. Czy mąż tak samo jej opowiadał o wszystkim jak ona jemu?
Czy autorka go krytykowała i wyciągała brudy sprzed lat?
W tle jest jeszcze jego córka.Na co patrzy i czego się uczy? Co ona sobie pomyślała kiedy jej ojciec postanowił się ożenić po krótkiej znajomości?
Oni nie potrafią rozmawiać. Albo kłótnia albo milczenie.
Znowu wątek o ruchaniu ?
Oczywiście.
I kobiety dodatkowo myślą, że tylko na tym facetowi zależy.
41 2026-06-07 13:27:10 Ostatnio edytowany przez Jack Sparrow (2026-06-07 13:30:01)
Kto odpowie na pytanie dlaczego po każdej kłótni czeka zeby facet sie odezwał i przeprosil. Skąd przekonanie ze tak powinno być?
Taki dogmat.
Facet ma być stabilny emocjonalnie i ma ogarniać. W domyśle - babkę i jej emocje też. A tak się zwyczajnie nie da. Jeśli partner ma być jednocześnie terapeutą to jest to poronione i zwyczajnie krzywdzące.
42 2026-06-08 10:49:37 Ostatnio edytowany przez Tamiraa (2026-06-08 10:50:02)
Bert44 napisał/a:Kto odpowie na pytanie dlaczego po każdej kłótni czeka zeby facet sie odezwał i przeprosil. Skąd przekonanie ze tak powinno być?
Taki dogmat.
Facet ma być stabilny emocjonalnie i ma ogarniać. W domyśle - babkę i jej emocje też. A tak się zwyczajnie nie da. Jeśli partner ma być jednocześnie terapeutą to jest to poronione i zwyczajnie krzywdzące.
Mąż autorki jak już mu się rozsypała ta puszka z wypominkami, to końca nie widać. Jeszcze nazwał autorkę meblem, choćby za to przeprosił, to jak to odebrać?
W dalszym ciągu nie wiemy, o co chodziło.
Jack Sparrow napisał/a:Bert44 napisał/a:Kto odpowie na pytanie dlaczego po każdej kłótni czeka zeby facet sie odezwał i przeprosil. Skąd przekonanie ze tak powinno być?
Taki dogmat.
Facet ma być stabilny emocjonalnie i ma ogarniać. W domyśle - babkę i jej emocje też. A tak się zwyczajnie nie da. Jeśli partner ma być jednocześnie terapeutą to jest to poronione i zwyczajnie krzywdzące.
Mąż autorki jak już mu się rozsypała ta puszka z wypominkami, to końca nie widać. Jeszcze nazwał autorkę meblem, choćby za to przeprosił, to jak to odebrać?
W dalszym ciągu nie wiemy, o co chodziło.
Można się domyślać…Spadły różowe okulary i zaczęli być sobą.
44 2026-06-08 11:17:45 Ostatnio edytowany przez Legat (2026-06-08 11:21:20)
W dalszym ciągu nie wiemy, o co chodziło.
Wiemy. Kłopot jest w tym, że Ty ciągle robisz z niej ofiarę, a z niego wykwalifikowanego ratownika/terapeutę, który zawiódł, bo dostał materiały do pracy nad nią i se nie poradził.
Oczywiście, w innym wątku, gdy problemy z sobą ma facet, no to ma radzić sobie sam i nie zawracać kobiecie głowy.
Co do samego wątku, nie jest to jakaś odosobniona sytuacja, gdy oboje przedstawiają swoją lepszą wersję, a później następuje srogi zawód, bo rzeczywistość jak nienasmarowane koło piszczy. Tu na plus, że nie ma dzieci.
Ostatnio widzę klika przykładów, gdy oboje wreszcie się rozeszli, gdy już można to odpowiedzialnie zrobić, bo dzieci już na swoim.
Tamiraa napisał/a:W dalszym ciągu nie wiemy, o co chodziło.
Wiemy. Kłopot jest w tym, że Ty ciągle robisz z niej ofiarę, a z niego wykwalifikowanego ratownika/terapeutę, który zawiódł, bo dostał materiały do pracy nad nią i se nie poradził.
Oczywiście, w innym wątku, gdy problemy z sobą ma facet, no to ma radzić sobie sam i nie zawracać kobiecie głowy.Co do samego wątku, nie jest to jakaś odosobniona sytuacja, gdy oboje przedstawiają swoją lepszą wersję, a później następuje srogi zawód, bo rzeczywistość jak nienasmarowane koło piszczy. Tu na plus, że nie ma dzieci.
Ostatnio widzę klika przykładów, gdy oboje wreszcie się rozeszli, gdy już można to odpowiedzialnie zrobić, bo dzieci już na swoim.
Jak wiesz lepiej od autorki, to opowiedz? A ty znów z tymi ofiarami. Masz chyba faiblesse na tym punkcie, bo co nie było, tu u ciebie to samo albo karuzela albo posądzanie mnie, że czynię z kobiet ofiary. Masz gotowy schemat.
Halo, halo, Ziemia do Legata: obydwoje są ofiarami miłości, a ratowników nie będzie, muszą obydwoje sobie z tym poradzić albo nie.
Autorka ma w sobie dużo emocji, nie umie się w tym odnaleźć i dlatego napisała. Jak napisze mąż albo jego córka, to będziemy mie inny punkt widzenia.
Jaką poradę podałeś autorce? A może tak sobie wszedłeś: o, jest Tamirra, to jej powiem coś do słuchu? Ratowniczka jedna, fałszywa i obłudnica
![]()
Mojego małżeństwa już nie da się uratować, mąż zdjął obrączkę i tak naprawdę wprost powiedział mi abym się wyprowadziła z jego domu bo on woli żyć sam ze swoją córką. Macie rację przez długi okres naszego małżeństwa milczałam, uciekałam do pokoju aby tam płakać w samotności. Wiele razy chciałam zachować się inaczej, ale był we mnie ogromny żal i złość, że mąż w momentach naszych kłótni wypominał mi wszystkie moje błędy które popełniałam nie będąc jeszcze z nim. Nic nie tłumaczy mojego wcześniejszego postępowania, czasami nawet myślę że to jak traktuje mnie teraz mąż jest karą za to co czyniłam innym wcześniej. Zresztą mąż nawet przed wczoraj powiedział mi, że gdybym inaczej się zachowywała wobec swojego pierwszego męża to nigdy nie byłabym w tym miejscu w którym jestem obecnie. Mąż wykrzyczał mi, że on nie jest w stanie nigdy mi zaufać, że jestem osobą bez kręgosłupa moralnego. Nie cofnę czasu, chociaż chciałabym bardzo. Mój pierwszy mąż jest obecnie w szczęśliwym związku i z tego cieszę się najbardziej, jest dobrym człowiekiem a ja nie umiałam tego docenić. On nigdy, nawet w najgorszych naszych kłótniach nie powiedziałby mi tak przykrych słów, które słyszę teraz przy drugim mężu. Drugi mąż zadał mi kiedyś takie pytanie:" czy Ty myślisz że mężczyźni z którymi byłaś wcześniej byli dla twojej inteligencji? dobrze wiesz, że tylko dla du...y" Zabolały mnie te słowa bardzo ale z reguły wszystkie nasze kłótnie były w podobnym stylu, zawsze słyszałam, że nie szanowałam się. Po rozwodzie gdy mój pierwszy mąż spotykał się już z obecną partnerką a ja byłam sama miałam kontakt z żonatym mężczyzną. On mieszkał bardzo daleko od mojej miejscowości, poznaliśmy się przez przypadek gdy przyjechał na szkolenie. Gdy go poznałam nie był wierny swojej żonie i nie krył się z tym, mówił mi o tym wprost. Mój nr telefonu zdobył podstępem bo ja mu nigdy nie chciałam dać. Pisał przez pół roku do mnie e-maile. Spotkałam się z nim raz i pomimo tego że nie planowałam bliskości to doszło do tego. Ja byłam sama ale on miał żonę i z tym też mi się ciężko żyje. Gdy miał już mój numer telefonu zaczęliśmy rozmawiać, były to codzienne rozmowy o wszystkim, dzwonił do mnie z każdą pierdołą ważną i mniej ważną, opowiadał kto go wkurzył w pracy i chciał bym pomogła mu zrozumieć postępowanie jego żony. Pomagał mi psychicznie pozbierać się po moich rozstaniach a ja jemu pomagałam, przestał spotykać się z innymi kobietami, robiłam wszystko aby jego małżeństwo przetrwało, gdy jego żona zaszła w ciąże, ja urwałam całkowicie z nim kontakt, zabroniłam mu dzwonić do mnie. Posłuchał się chociaż jeszcze czasami raz w roku napisał do mnie zwykłe jedno zdanie czy wszystko ok u mnie. Gdy zaczęłam się spotykać z obecnym mężem, kiedyś ten mężczyzna napisał właśnie do mnie to jedno zdanie czy u mnie wszystko w porządku. Gdy mój przyszły mąż zobaczył tą wiadomość strasznie się wkurzył i powiedział abym go zablokowała, ja tego nie zrobiłam ale on to zrobił sam w moim telefonie. Zrobiłam wiele złych rzeczy w swoim życiu ale od momentu gdy byłam ze swoim obecnym mężem nigdy go nie zdradziłam, nawet myślą. Od kilku lat nie mam z tym mężczyzną całkowicie kontaktu, wiem tylko od niego z ostatniej naszej rozmowy, która była bardzo dawno temu że jest nadal w małżeństwie ze swoją żoną, zdobył awans o którym zawsze marzył, ma dwójkę dzieci i nadal zdradza swoją żonę:(
A ja ponoszę konsekwencję tej znajomości do dziś. Mąż kiedyś spytał mnie się czy łączyło mnie z nim coś więcej. Okłamałam go wtedy, nie przyznałam się. bałam się że on to wykorzysta kiedyś. Kilka razy straszył mnie, że zadzwoni do zony tego mężczyzny. Wiem, że to nie etyczne, przypuszczam, że jego żona domyślała się że on nie jest jej wierny ale nie chciałam być katem. Z jednej strony miałam wyrzuty sumienia bo będąc na jej miejscu chciałabym znać prawdę ale z drugiej strony kim ja jestem aby wtrącać się w ich sprawy. Mąż uważa, że w tej całej sprawie ja jestem tym najgorszym ogniwem bo zadawałam się z żonatym mężczyzną ale jeszcze gorsze jest to że nie powiedziałam mu prawdy, okłamałam go, przeprosiłam bo kłamstwa nic nie tłumaczy, z tego powodu jest mi strasznie wstyd. Okłamałam go też w innej sprawie. Przelałam kiedyś raz jeden 500 zł na inne konto opisując to jako rata mojego kredytu. Chciałam za te pieniądze kupić prezenty na święta dla dzieci i może sobie jakiś drobiazg. Mąż miał dostęp do mojego konta i od razu to zauważył. Okłamałam go też w kwestii zakupu prezentu dla chłopaka mojej córki, bałam się jego reakcji, że on mi pomaga finansowo, utrzymuje a ja wydaję pieniądze na rzeczy na które nie powinnam. To były kłamstwa które też zniszczyły nasze małżeństwo, on uważa że jestem osobą której nie można ufać, że kłamię go na każdym kroku. Przepraszałam go za to już kilka razy, mówiłam, że jestem tylko człowiekiem który popełnia błędy ale chcę to naprawić, chcę odzyskać Jego zaufanie. Nie chce dać mi szansy. Mąż też mnie okłamał dwa razy w ważnych rzeczach ale on zaznacza, że to było tylko dwa razy a ja kłamałam go codziennie, przez całe małżeństwo dlatego jak on ma mi zaufać ? Załamałam się zupełnie jego podejściem, tłumaczyłam, że okłamałam go, żałuję swojego postępowania ale robiłam to bardziej ze strachu przed jego reakcją. Jego córka kłamie bardzo często bo się boi jego reakcji. Kłamie, że zjadła śniadanie mimo, że wyrzuciła je do śmietnika. Widziałam tą sytuację, nie powiedziałam mu że śniadanie wylądowało w koszu bo wiem że rozpętałoby się piekło ale powiedziałam jej aby tego więcej nie robiła bo następnym razem nie będę milczała. Córka kłamie go w codziennych sprawach bo wydaje mi się że go się boi tak jak ja to robiłam.
Tak naprawdę to nie wiem po co ja to wszystko piszę jeżeli wiem, że moje małżeństwo dobiegło już końca, chyba dlatego aby było mi lżej, wiem że zawaliłam na całej linii, zamykałam się w sobie co było odbierane jak karanie ciszą. Mąż przedwczoraj powiedział mi że mam wszystkie cechy narcyza ale najgorszą jest właśnie to karanie ciszą. Tak bardzo chciałabym cofnąć czas i nie myśleć w tamtych momentach tylko o sobie, nie ranić męża.. Wczoraj znowu cały dzień spędziłam sama w sypialni po tym jak w nocy po kilku drinkach mąż krzyczał że on już nie chce ze mną być, że jestem nagminną kłamczuchą, że nie mam żadnego kręgosłupa moralnego i gdybym go miała to nigdy moje pierwsze małżeństwo by się nie rozpadło i nie byłabym teraz z nim, że rzygać mu się chce gdy ja wysyłam mu wiadomości rano, rzygać mu się chce gdy wie, że musi wrócić do domu i wie, że ja w nim będę. Krzyczał, że moje dzieci są rozrzutne bo jedno z dzieci wydaje grube pieniądze na koncert Podsiadło zamiast kupić rzecz do domu, krzyczał długo i głośno a ja zapadałam się powoli w sobie, wyszłam w nocy do łazienki i przeraziłam się swoich myśli... Całą niedzielę płakałam w sypialni ale tak aby mąż tego nie słyszał. Ja się nie odzywałam ale Mąż też ani słowem się do mnie nie odezwał przez cały dzień, rano wstał i też była cisza.Jestem w pracy ale od rana nie zrobiłam żadnej rzeczy. Rano napisałam mu, że już więcej nie będę wysyłałam mu wiadomości na dzień dobry aby nie miał odruchów wymiotnych, napisałam też, że chciałabym już dziś uwolnić go od swojej osoby ale dopóki czegoś nie znajdę na wynajem to będę starała schodzić mu z drogi. Odpisał mi , że ''szkoda że tak ładnie nie podsumowuję swoich kłamstw i stosowanej przeze mnie przemocy poprzez ciszę." Nie wiem czy miał tutaj na myśli moje wcześniejsze zachowania czy ciszę która była między nami wczoraj. Wiem, że jestem żałosna i Jack Sparrow ma rację w tym, że moje zachowanie jest toksyczne, nigdy nie powinnam kłamać a tym bardziej zamykać się w sobie i stosować przemoc psychiczną jaka jest cisza. Wczoraj nie miałam siły rozmawiać a chyba nawet się bałam zaczynać rozmowę bo bałam się ponownego ataku i wypominania. Szukałam wczoraj w necie psychologa bo raczej sama nie dam rady...
47 2026-07-13 15:36:11 Ostatnio edytowany przez wieka (2026-07-13 15:37:04)
Niczego już nie zmienisz, z męża zrobiłaś swojego spowiednika, więc teraz zbierasz żniwo i bardziej cierpisz.
Choć ten związek i tak pewnie by nie przetrwał.
Jak najszybciej się wyprowadź, żeby go nie wysłuchiwać, bo on coraz bardziej będzie ci dokuczał, żebyś się nie ociągała.
Wy już nie macie o czym rozmawiać.
Otylia, jak sobie radzisz? Jak potoczyło się Twoje małżeństwo?