co prawda watek sprzed dwoch lat, ale skoro zostal odswiezony to sie wypowiem, co bede sobie zalowac ;-)
Moi Starsi, gdy byli jeszcze calkiem mlodzi, w ogole nie zajmowali sie wiara a przynajmniej nie okazywali, ze cokolwiek ich w tej materii intetesuje. Do kosciola nie chodzili. Matke widzialam tam raz, ale to byla moja komunia, wiec raczej musiala :-)
Na religie mnie jednak posylala i co niedziela na msze. O ile na religii bylo fajnie - kolezanki, koledzy, to juz msze byly nudne, wiec sie urywalam, albo w ogole nie docieralam do celu :-) Matka byla sprytna i zdeterminowana, abym na te msze chodzila, wiec jak wracalam, musialam opowiadac o czym bylo kazanie. W ten sposob rozwijalam swoja inwencje tworcza i uczylam sie klamac w zywe oczy :-)
W ostatniej klasie podstawowki dala mi juz spokoj, bo i tak robilam, co chcialam.
O ile do wszelkich koscielnych obrzedow i narzuconych regul mialam stosunek niechetny od dziecka, to Bog jako Bog zawsze mnie zywo interesowal (czulam, ze jest cos wiecej, czego nie ogarniamy zmyslami) i rozmawialam z nim wlasnymi slowami, jak to dzieciak...
Do dzisiaj mi zostalo, ze nie chodze na msze. Nie moge sie tam odnalezc w tym tlumie ludzi, ktorzy odprawiaja zbiorowe rytualy. Nie czuje tej energii. Za to w pustym kosciele moge siedziec z przyjemnoscia. Dopiero wtedy czuje te moc. Bo koscioly sa takimi miejscami mocy.
Zaluje z jednej strony, ze nie umiem jak niektorzy, oddac sie tym praktykom religijnym, jak Bog przykazal, isc do spowiedzi, zmyc z siebie grzechy, odmowic jakies nowenny, rozance i czysta oraz radosna trwac w przekonaniu, ze czynie dobrze i ze to dziala.
Moja tesciowa, b.religina kobieta nie rozumie takiej postawy. Mowi - albo sie wierzy i praktykuje, albo nie praktykuje bo nie wierzy. Uwaza ze taka wiara nie poparta praktyka jest nic niewarta. I za glowny powod uznaje lenistwo. No fakt, jestem leniwa, ale w stopniu jak przecietny Kowalski :-) Potrafie sie zmusic do wielu rzeczy, ktore uwazam za sluszne, ale nie do czegos, czego w glebi swojego jestestwa nie czuje.
Dlatego swoim dzieciom nie przekazalam wiary, w sensie, nie nauczylam. Jak przekazac cos tak osobistego, co trudno uzewnetrznic na codzien? Do tego kazdy sam musi dojrzec i albo przyjac albo odrzucic pewne koncepcje. Syn jest niewierzacy, corka wierzaca, ale watpliwosci jej nie opuszczaja.
Zreszta tesciowka tez nie przekazala, choc byla taka praktykujaca. Zadne z jej dzieci nie chodzi do kosciola i nie poruszaja tematu wiary, czyli chyba niespecjalnie ich to zajmuje.
Co do podtematu, moze jest cos na rzeczy a moze nie :-). W zasadzie - jak juz - wszystkie moje modlitwy czy rozmowy kierowalam do Boga a glownie Jezusa. A kontakt lepszy mialam zawsze z ojcem i tak jest do dzisiaj. Choc nie wiem na ile jest to wynik tej relacji a ile autosugestia. Kiedys, na etapie mlodzienczych eksperymentow duchowych, przeczytalam, ze nie nalezy sie modlic do zadnych tzw. swietych ani nawet do Maryi, tylko do Boga bezposrednio ale najlepiej przez jego syna, ze on jest jedynym lacznikiem. I wydalo to mi sie b. logiczne i oczywiste, wiec napalona na te prawde objawiona zaczelam sie modlic przez Jezusa o bardzo konkretne rzeczy. Efekt przeszedl moje najsmielsze oczekiwania, dostalam co do joty wszystko o co prosilam.
Pozniej, kiedy przeczytalam gdzie indziej, ze nie jest wazne do kogo sie modlimy tylko jak, a moc sprawcza ma sila wiary (na zasadzie uwierz, ze masz a bedzie ci dane) oraz zarliwosc (musimy mocno pragnac czego chcemy) to entuzjazm mi opadl a wiara zostala nadszarpnieta. Pojawilo sie mase watpliwosci. I znowu bylam na rozdrozu. Zaczelam pochlaniac ksiazki o sugestii, autosugestii, podswiadomosci, pozytywnym mysleniu, afirmacji, wizualizacji, programowaniu neurolingwistycznym itd. itp. etc. Jednak nie odnosilam sukcesow w praktyce. Nie takich, jakich oczekiwalam.
Moze jestem uwarunkowana na okreslona formule - ze musze sie modlic do Boga, jako istoty najwyzszej i moja podswiadomosc inne proby ignoruje. Albo mam racje, ze wierze w co wierze :-)
No to sobie popisalam :-) ale w pracy naprawde nie dzieje sie nic. Oooo, ulozylo mi sie w tytul wiersza Michala Zablockiego do ktorego muzyke skomponowal i zaspiewal Grzes Turnau :-)