Witaj na Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone przez kobiety dla aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Porozmawiasz na takie tematy jak : miłość, związki, psychologia, edukacja, finanse, religia, zdrowie i uroda...
Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!
Mam na imię Amelia, mam 20 lat i czasem myślę, że o 20 za dużo. Jeżeli macie chwilę czasu, to proszę, przeczytajcie moją historię. Może któraś z Was była w podobnej sytuacji, może ktoś powie mi co mam zrobić…
Na pozór od innych dziewczyn w swoim wieku różnię się tylko tym, że mam 30 kg nadwagę. Prawda jest jednak taka, że różnie się wszystkim.
Wychowywałam się w bardzo katolickiej rodzinie, która Boga i przykazania zawsze stawiała na pierwszym miejscu. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że moi rodzice są obsesyjnie religijni. Gdy byłam młodsza wielokrotnie byłam przez nich bita. Rodzice uważali, że w inny sposób nie nauczą mnie szacunku do siebie. Nie chcę już tutaj opisywać tych wszystkich awantur, podczas których bito mnie, czym popadnie a moje zabawki były wyrzucane ,,za karę” przez okno. Za każdym razem musiałam później przepraszać rodziców za swoje zachowanie i całować ich po rękach. Straszono mnie, że gdy tego nie zrobię ,,Bozia zabierze mamę i tatę do siebie”. Nie chciałam tego, więc obsesyjnie chciałam być we wszystkim perfekcyjna. Niestety, nie udawało mi się. Ciągle byłam od kogoś brzydsza, grubsza, głupsza… I mówiono mi o tym prosto w twarz.
Kiedy miałam 4 lata wyjechałam z tatą nad morze. Przeżyłam tam najgorszy koszmar mojego dzieciństwa: molestowanie seksualne przez jednego z gości ośrodka. Wtedy z nieufnej dziewczynki przerodziłam się w zupełnie zamknięte w sobie dziecko.
W przedszkolu i podstawówce nie umiałam nawiązać poprawnego kontaktu z rówieśnikami. Byłam dla nich ,,dziwna”, biedna i nosiłam używane ubrania, które wielokrotnie wyśmiewano. No i przede wszystkim byłam gruba. Później okazało się, że to przez niedoczynność tarczycy ale dla moich rówieśników nie miało to najmniejszego znaczenia. Po prostu do nich nie pasowałam.
Zaczęłam się wtedy odchudzać. Efekt był taki, że stanęłam na granicy anoreksji. Wypadły mi włosy i przestałam rosnąć. Ale w końcu jedna koleżanka zaprosiła mnie na swoje urodziny…
Później przez 3 lata było różnie. Raz lepiej, raz gorzej. W moim domu rodziców ciągle odwiedzali różni księża, którzy byli wtajemniczani we wszystkie sprawy rodzinne. Wiedzieli o wszystkim, nawet o tym, że dostałam pierwszą miesiączkę… Czułam, że nie mam swojego życia, ale jakoś dni mijały.
Przełom nastąpił, kiedy umarła moja siostra. Moja maleńka, długo wyczekiwana siostrzyczka, której nie dane było się nawet narodzić… Załamałam się zupełnie. Zaczęłam garściami łykać tabletki nasenne, przeciwbólowe, uspokajające… Kiedy wydawało się, że jakoś się pozbieram odeszła moja druga siostra. Jej też nie dane mi było poznać…
Rodzina się rozsypała. Zaczęliśmy żyć obok siebie i tak zostało do dziś. Na szczęście koleżanka zabrała mnie wtedy na oazę z osobami niepełnosprawnymi. Poznałam tam wielu cudownych ludzi, którzy po prostu zaakceptowali mnie taką, jaką byłam. I tak w tym roku spędziłam z nimi wakacje już po raz 5.
Wydawałoby się, że mój koszmar powinien się skończyć.
Trzy lata temu zostałam zgwałcona… Praktycznie umarłam. Od tamtej pory żyję jak w letargu. Zjadam tony tabletek. Nie wiem, jakim cudem udało mi się zdać maturę, dostać się na studia i zaliczyć pierwszy rok. Poznałam też cudownego chłopaka, z którym jestem od 10 miesięcy.
Od pół roku leczę się u psychiatry na nerwicę natręctw i ciężką depresję. Do leczenia zostałam niejako zmuszona przez mojego chłopaka, który nie mógł już znieść mojego płaczu i wymiotów przed każdym wyjściem z domu, samookaleczenia się i myśli samobójczych.
Leczenie praktycznie nie przynosi żadnych rezultatów. Nie potrafię pozbyć się swoich lęków i koszmarów. Mam wrażenie, że z każdym dniem jest ze mną coraz gorzej.
Może któraś z Was była w podobnej sytuacji, mogłaby powiedzieć mi, co mam robić…? Nie wiem, czy to co napisałam ma jakiś sens. Ja już chyba nawet prosić o pomoc nie potrafię…
Offline
Przeczytałam Twoją historię,która ukazuje przez co przeszłaś.Z pewnością nie było Ci i nie jest nadal łatwo,ale wytrwałość i wiara we własne siły potrafi czynić cuda.Tak na dobrą sprawę nie wiem co mądrego Ci napisać,co doradzić,bo sama właśnie przechodzę bardzo trudny okres w swoim życiu.Jedyne mądre słowa jakie mi się nasuwają to to,że najważniejsze,że masz kogoś bliskiego przy sobie,kto się tobą opiekuje,kocha cię i stara się abyś zaczęła normalnie żyć.Naprawdę to bardzo ważne w przypadku ludzi z depresją i nerwicą.Niestety leczenie też wymaga czasu,aby rezultaty były widoczne,a rozmawiałaś z lekarzem,że leki nie przynoszą żadnych większych zmian.Czasami leki też są nieodpowiednie i może ich zmiana,pomogłaby ci zauważyć szybciej efekty.
Offline
Jestem pełna podziwu dla siły, którą jednak w sobie znalazłaś, by podzielić się z nami swoim problemem, a przede wszystkim szukać pomocy u specjalisty.
Bardzo mnie cieszy, że masz przy sobie bliską osobę, która nie tylko wie o Twojej chorobie, ale również pomaga się z nią uporać.
W jaki sposób jesteś leczona? Przyjmujesz leki, uczęszczasz na terapię (indywidualną, grupową)?
Z chorób typu depresja czy nerwica natręctw niestety nie można wyleczyć się z dnia na dzień. Proces zdrowienia jest niekiedy bardzo długi. Co mówi Twój psychiatra, kiedy dzielisz się z nim swoimi spostrzeżeniami o pogarszającym się stanie?
Offline
Dziękuję Wam, że zechciałyście przeczytać mojego długiego i nudnego posta. Niestety, z moim chłopakiem nie jest tak do końca różowo.
D. jest wspaniałym i kochanym mężczyzną z moich marzeń. Od samego początku kiedy go poznałam, wiedziałam, że będzie dla mnie kimś wyjątkowym. Szybko znaleźliśmy wspólny język a co najważniejsze- nie bałam mu się zaufać… Opowiedziałam mu o sobie wszystko bez strachu, że tak jak moi poprzedni (niedoszli) partnerzy powie mi, że nie czuje się na siłach, że nie umie związać się z dziewczyną taką jak ja. D. zaakceptował mnie i moją przeszłość w całości, pomimo tego, że mówiłam mu, jak często nie mam siły nawet wstać rano z łóżka.
Na początku wszystko było cudownie. Mieszkałam wtedy w akademiku a moja współlokatorka często nocowała u swojego chłopaka. Bałam się w takie noce zasypiać sama, bałam się moich koszmarów, z których budziłam się z krzykiem. Ciągle miałam wrażenie, że nie jestem sama, że kiedy zamknę oczy ktoś zły stanie nade mną i zrobi mi krzywdę.
D. przychodził wtedy do mnie i zostawał na noc. Cierpliwie uspokajał i czekał aż zasnę, mimo tego, że niekiedy nie zasypiałam w ogóle, płacząc przez całą noc z bezsilności nad swoim strachem.
Wiedziałam, że muszę zrobić coś ze swoim życiem, że D. nie może się mną wiecznie opiekować. Dlatego zgodziłam się na leczenie u psychiatry.
Po pierwszej wizycie byłam bardzo rozczarowana. Miałam wrażenie, że pani doktor w ogóle mnie nie słucha. Że wmawia mi pewne rzeczy tylko po to, żeby mnie jakoś ,,zakwalifikować” do jakiejś choroby. Ale zacisnęłam zęby i powiedziałam sobie, że dla D. muszę wytrzymać.
Leczenie nie przyniosło żadnych rezultatów. Myślałam, że może na początku tak ma być, że będę czuć się gorzej i moje nastroje będą bardziej uciążliwe. Kolejne wizyty, zmiana leków. Nic. Kompletnie żadnej poprawy.
Obiecałam sobie, że dam rade bez tego. Rano aviomarin żeby nie zwymiotować po drodze na uczelnię, potem przez cały dzień leki uspokajające. Na wakacjach miałam je wszystkie odstawić.
Ale właśnie wtedy D. zaczął tracić cierpliwość. Coraz częściej mówił, że nie ma siły słuchać, jak boje się wsiąść do autobusu, iść sama do sklepu albo do niego do domu. Zaczęło go irytować to, że praktycznie nigdzie nie możemy iść bo ja zaraz zaczynam wymiotować i trzęsę się ze strachu na samą myśl o wyjściu do ludzi.
Efekt tego wszystkiego jest taki, że teraz najczęściej udajemy, że mojej choroby nie ma. Ja faszeruje się aviomarinem i nic nie mówię mu o swoich problemach, on o nie nie pyta. Pani psychiatra sugeruje zmianę leków na jeszcze mocniejsze.
Tylko czy jest sens….
Offline
Sugerowałabym konsultację z innym lekarzem psychiatrą, być może padnie zupełnie inna diagnoza?
Offline
Serce się ściska jak czyta się twoje opowiadanie.
Serdecznie Ci współczuję.
Ze mną aż tak źle nie jest, chociaż czasem bywa może nawet gorzej?
Poradzę Ci coś konkretnego, mam nadzieję, że pomoże Ci choć odrobinkę.
Też wychowywałam się w rodzinie religijnej.
Miałam "nieczyste myśli" i inne takie tam.
Od lat wczesnej młodości żyłam w nieustannym poczuciu winy, grzechu i odrzucenia. Myślałam, że Bóg mnie nienawidzi.
Teraz powolutku zmieniam zdanie.
Jako "antydepresant" polecam wpisz w wyszukiwarkę google hasła:
"Urzekająca" - John&Stasi Eldgredge oraz
"Duchowość kobiety i mężczyzny" i "dno serca" - ks. Pawlukiewicza.
Są to słuchowiska MP3, są naprawdę cudowne.
Myślę, że osoba z katolickim "bagażem" powinna tego posłuchać koniecznie.
Mam nadzieję, że choć trochę Ci pomoże.
Pozdrawiam.
trzymaj się.
Ostatnio edytowany przez Ezer (2009-09-09 01:01:41)
Offline
gothka a ja sugerowalabym psychoterapie. przeczytalam Twoja historie, ktora jest niezwykle poruszajaca i bardzo wstrzasajaca i po prostu az trudno wyobrazic sobie i jesst to niemozliwe zeby wyobrazic, co czulas. Potrzebujesz wsparcia, ale tez duzo pracy jest przed Toba. Jestem po prostu zdania, ze takie doswiadczenia nie wymagaja jedynie leczenia farmakologicznego, a gruntowej terapii.
Offline
Minęło trochę czasu i wcale nie jest lepiej.
Zmiana psychiatry, psychoterapia- tak, ale żeby cokolwiek zrobić trzeba wyjść z domu… W moim przypadku to graniczy z cudem. Potrafię całymi tygodniami nigdzie nie wychodzić i nie odczuwam żadnej potrzeby kontaktu z ludźmi. W domu nie jest dobrze, ale chociaż jest w miarę bezpiecznie. Nikt obcy na mnie nie patrzy. Namiastką świata zewnętrznego jest Internet i wrzucanie w niego swoich przemyśleń czy wierszy. Nic oprócz tego.
Wyjście na zewnątrz to obsesja strachu. Najpierw jednak trzeba wyjść. Dwa dni wcześniej uzmysłowić sobie, że będę musiała spotkać innych ludzi. Dzień wcześniej wziąć więcej leków uspokajających. W ,,ten” dzień duża dawka aviomarinu. Nic nie jeść, żeby nie wymiotować. Wrócić się kilka albo i kilkanaście razy do domu: popatrzyć w lustro, sprawdzić czy na pewno nie chce mi się wymiotować, popatrzyć w lustro, zamknąć drzwi, sprawdzić czy drzwi są zamknięte. Na końcu kiedy żołądek już boli od naciskania i prowokowania wymiotów, rozpłakać się. Załatwić wszystko szybko a potem chorować przez tydzień, że musiałam wyjść z domu.
Czasem naprawdę mam ochotę ze sobą skończyć. Nienawidzę siebie za to, jak wyglądam (jak już pisałam mam 30 kg nadwagi- to skutek nie leczonej niedoczynności tarczycy. Badań też nie jestem w stanie sobie zrobić.), za to jak się boje i za to, że żyje. Ciągle wymyślam sobie jakieś kary (w stylu głodzenia się albo okaleczania) lub szoruje pumeksem ciało do krwi- mam wrażenie, że zawsze jestem brudna, że ludzie to widzą i śmieją się ze mnie.
Mam kilku przyjaciół i kochanego chłopaka i to w zasadzie tylko dzięki nim żyję. Ale wiem też, że oni tak jak ja nie mają już na to wszystko siły.
Zbliża się kolejny rok studiów. Znów będę musiała zamieszkać w akademiku z kimś obcym bo nie mam nawet żadnej koleżanki, która chciałaby ze mną zamieszkać. Znów będę musiała zachowywać się w miarę normalnie a potem, kiedy nie będę już w stanie udawać, znosić dziwne spojrzenia dziewczyn z pokoju. Przeraża mnie to wszystko.
Nie popełnię samobójstwa. Ale prawdopodobnie będę umierać codziennie, dzień po dniu. W końcu wyczerpany ciągłym strachem organizm odmówi posłuszeństwa. Mogło być inaczej…
Offline
Kochana Gothko!
Czy skorzystałaś z mojej porady?
Daj znać czy ci pomogło, jak już skorzystasz. Wiem, że może jest Ci teraz wszystko jedno, że masz totalnego doła i chcesz może nawet umrzeć.
Wierz mi, że w moim życiu wiele przeszłam, w tym również paraliżujący lęk przed ludźmi, wychodzeniem z domu, tym jak "oni" na mnie patrzą, jak rzekomo sie ze mnie śmieją i nie rozumieją, jak mną gardzą.
Ale nigdy nie dawaj wiary takim myślom! To stek kłamstw, ja to dziś już wiem.
P.S. Nie daj sobie siebie zniszczyć!
Musisz zacząć działać, musisz CHCIEĆ się zmienić!
Skoro masz wspaniałego faceta, nie pozwól, żebyście się rozstali, co wtedy zrobisz?
On nie jest Bogiem, on Cię z tego nie wyciągnie!
Tu toczy się gra o całe Twoje życie!
I jeśli sama się nie weźmiesz w garść, możesz zniszczyć waszą miłość.
P.S. Mam wrażenie, że w Twojej tragedii jest wiele Twojej odpowiedzialności, nie napiszę - winy.
Odpowiedzialności nie za to bynajmniej co Ci się przydarzyło, bo tutaj całkowicie winni są ludzie, którzy Cię skrzywdzili.
Twoja odpowiedzialność polega na tym co z tym robisz. Człowiek czasem przyzwyczaja się tak do cierpienia, że staje się ono dla niego sensem życia, w zasadzie niekiedy staje się "samym życiem".
Najtrudniej jest człowiekowi zacząć działać w SWOJEJ WŁASNEJ obronie.
Ale Ty jesteś tego warta!
Zasługujesz na szczęście i nie wmawiaj sobie, że jest inaczej bo skłamiesz.
Proszę nie miej mi za złe tego co mówię, bo do niedawna moje życie w 80% składało się z łez i wiem, że cierpisz. Ale skorzystaj z pomocy. Nalegam!
Ostatnio edytowany przez Ezer (2009-09-10 23:34:53)
Offline
Droga Ezer, posłuchałam jak na razie jedynie ,,Urzekającej”. Piękna książka, a zarazem i trudna. Jako, że z moim poczuciem kobiecości nie jest najlepiej, wiem, że za jakiś czas będę musiała posłuchać tej książki jeszcze raz…
I dziękuje za słowa wsparcia ![]()
Offline
Nie ma za co.
P.S.
I koniecznie ale to koniecznie posłuchaj kazań ks. Pawlukiewicza, znajdziesz na chomikuj pl.
Pomogo mi wiele spraw poukładać.
Papa
Ostatnio edytowany przez Ezer (2009-09-14 00:30:33)
Offline
musze przyznac, ze dawno czegos takiego nie przeczytalam...Twoja historia naprawde mnie wbila w fotel...nie wiem dlaczego niektorych ludzi spotyka tyle zlych doswiadczen...to takie niesprawiedliwe...ale wierze, ze mozna z tego jakos wyjsc...
mysle,ze nalezy zmiec psychologa czy psychiatre...to na pewno, wydaje mi sie, ze nie spelnia swojej funkcji z tego co piszesz...
...ciesze sie, ze trafilas tez na dobrych ludzi, ktorzy Cie wspieraja...im tez pewnie lekko nie jest...
mysle,ze musisz uzdrowic swoja psychike ale i swoja dusze...nie chce zeby to idiotycznie brzmialo co teraz napisze, ale jesli jestes wierzaca moze modlitwa Ci pomoze...wiem, ze to jest passe itd., ze mozecie uznac, ze to jakies rady z ciemnogrodu,ale mi samej to nieraz pomoglo...to pewna forma medytacji, moze latwiej za pomoca tego i przede wszystkim dobrej terapii bedzie Ci uwierzyc w to, ze Ci sie uda, ze to mozliwe zaczac choc troche normalnie zyc...przeciez fizycznie i teoretycznie jest to mozliwe...musisz w to uwierzyc, bo mi sie tez wydaje,ze Ty sama za bardzo nie wierzysz, ze ci sie uda i jakby z gory zalozylas, ze tak juz do konca bedzie...to myslenie tez ma wplyw na Twoja autodestrukcje...
poza tym wydaje mi sie,ze musisz starac sie jednak wychodzic...jesli musisz bo sie boisz wymiotow, to nadal na ten pust zoladek i z aviomarinem ale musisz choc na chwile, zwiekszajac czas systematycznie...nawet na spacer, nawet nie po to, zeby sie z ludzmi spotkac...mysle,ze malymi kroczkami, lamiac bardzo powolutku niektore bariery za jakis czas mozesz znalezc sie w miejscu, o ktorym nie wierzysz teraz,ze ci sie uda dotrzec tam...mocno w Ciebie wierze, bo jestes silna babka i tak...tyle przezylas i jeszcze dajesz rade walczyc,naprawde Cie podziwiam i mysle sobie, ze kto ma dac rade wlasnie jak nie TY!!!!!
Offline
Również przeczytałam Twoją historię. Bardzo jestem z Ciebie dumna, że zdałaś pierwszy rok i podjęłaś leczenie. A powiedz jak długo się leczysz? Bo na początku nie ma efektów, niektóre leki muszą być brane ponad miesiąc by wogóle zaczęły działać. Życzę Ci, byś miała dużo woli do leczenia i by Ci się udało. Fajnie, że znalazłaś też fajnego faceta, to że skłonił Cię do leczenia świadczy, że kocha, czyli że jest wartościowy. Pomyśl, że to co było już było, masz wiele doświadczenia, a przyszłość kształtuje się na lepszą.
Studia, facet, wola do leczenia, brawo.
Nie słodzę, ale chciałam napisać "look at the bright side of life", zauważ jak wszystko się zmieniło...
Offline
Wczoraj znów przekonałam się jak bardzo jestem beznadziejna. Chciałam wyjść tylko do kościoła- wiem, że jeżeli nawet tam przestane chodzić, to już nigdzie nie będę w stanie sama wyjść.
Odprawiłam swoje wszystkie rytuały i na drżących nogach wyszłam z domu. Strach przed ludźmi jednak mnie pokonał. W połowie drogi rozpłakałam się i wróciłam do domu. Nie nadaje się do niczego.
Rozmawiałam później na gg z moim chłopakiem. Zdenerwował się bardzo, że temat mojej choroby ciągle wałkujemy, a nic z tego nie wynika. Powiedział też, że jeżeli chce spaść na dno to proszę bardzo, ale bez niego. On nie chce na to patrzeć.
Ostatecznie nie było jakiejś strasznej kłótni, rozstaliśmy się jak zawsze ale nasze wzajemne żale i pretensje mimo wielkiej miłości są coraz bardziej uciążliwe. I zwyczajnie ranią. On złości się, że nie potrafię pokonać swoich lęków i przekonać siebie, że jestem silniejsza. Ja mam żal, że nie rozumie, jak ciężko jest mi żyć z moją chorobą.
Mój facet był u mnie przez dwa dni w tamtym tygodniu. Było naprawdę cudownie mieć go obok siebie i niczego się nie bać. Teraz chciałby, żebym ja do niego przyjechała. U niego w mieście jest koncert, na który on bardzo chce ze mną iść- jednak wtedy musiałabym nocować u niego w domu. Ja z kolei mam mdłości na samą myśl, że musiałaby opuścić swoje cztery ściany. Chciałabym jeszcze nacieszyć się swoim bezpieczeństwem zanim zaczną się studia, będę zmuszona chodzić na zajęcia i aby jakoś żyć, połykać tony aviomarinu. Poza tym jest jeszcze kwestia brata mojego chłopaka. To kilka lat starszy ode mnie facet z nieciekawą przeszłością. Nienawidzi swojego brata i mnie też. Co mówi na mój temat wolę nie pisać.
Koncert jest w niedzielę- czyli czeka nas wielka kłótnia… Wszystko przez nerwicę bo to ja nie umiem sobie z nią poradzić ;(
Potem będę musiała zmierzyć się z traumą z dzieciństwa. Jedną z tych najgorszych. Będę musiała pobrać sobie krew…
Wszystko zaczyna się od badań przed wycięciem migdałków. Miałam wtedy 7 lat. Wszystkie pielęgniarki z przychodni próbowały mi pobrać krew. Po dobroci, potem na siłę ją ściskając. Skończyło się na pękniętej żyle i pobraniu krwi przez jakąś starszą pielęgniarkę.
Potem był pobyt w szpitalu. Samotna noc przed operacją, kiedy to mama nie mogła ze mną zostać. Operacja i potworny krwotok. Lekarze próbowali go zatamować przypalając ranę prądem bez żadnego znieczulenia. Byłam już wtedy wyczerpana. Dławiąc się tą cholerną krwią i rurkami wsadzonymi do gardła cały czas wołałam mamę. Tylko dlatego, żeby w końcu dano mi spokój. Uśpili mnie drugi raz i dopiero wtedy zatamowali krwotok… Nawet teraz te wspomnienia powodują płacz.
Obiecałam sobie, że już nigdy nie pozwolę siebie tak bardzo skrzywdzić. Od tamtej pory nie miałam już robionych żadnych badań bo każda próba kończyła się histerią z mojej strony, a na lekcje biologii o układzie krwionośnym człowieka po prostu nie chodziłam. Sama mogę się kaleczyć, ale innym na to nie pozwolę.
Teraz ulegam prawie rocznym namowom mojego chłopaka. Przez niedoczynność tarczycy wyglądam jak potwór: gruba i z resztką włosów na głowie. Nie chce, żeby mnie zostawił, bo to będzie oznaczało dla mnie koniec. I nie chce, żeby się mnie musiał wstydzić bo on zasługuje na wszystko, co najlepsze.
Do Iwcia:Leczę się od pół roku...
Ostatnio edytowany przez gothka (2009-09-21 12:03:04)
Offline
Słuchaj dziewczyno, masz bardzo dużo siły w sobie.
To że jesteś słaba to tylko kłamstwo.
A wiesz dlaczego?
Bo mało kto zniósłby to wszystko o czym Ty opowiadasz.
Nie żartuję. Twoja historia jest bolesna wręcz rozpaczliwa.
ale nie wolno Ci się poddać.
Mam do Ciebie pewne pytanie.
Kiedy tak się boisz wyjść, np do kościoła czy w ogóle, to co wtedy myślisz?
Jakie treści przewijają się w Twojej głowie, jakie to są słowa?
Czytałam dużo na temat lęków i wiem, że jak człowiek boi się wychodzić ze swoich czterech ścian to jest to agorafobia. Myślę, że w Twoim przypadku to połączone jest z fobią społeczną.
Ja sama walczę również z moimi demonami i znalazłam fajną psycholog, która ostatnio zadała mi pewne pytanie. To pytanie również ja zadaję Tobie.
Powiedz Gothka, co musiałoby się stać abyś czuła się lepiej, abyś nie cierpiała?
Czego potrzebujesz najbardziej o czym marzysz?
Przemyśl i odpowiedz proszę.
Jesteśmy z Tobą.
Offline
Droga Ezer, dziękuję Ci, że chcesz tracić czas na czytanie moich długich i nudnych postów.
Dziękuję też Wam wszystkim, które w tym wątku piszecie- nie spodziewałam się, że ktoś zwróci na niego uwagę…
Co myślę gdy mam wyjść z domu…? Na początku myślę sobie, że dam radę wyjść, że tym razem nie będę się wracać do domu. Ale potem jednak nie daje rady tak po prostu wyjść i zaczyna się wyzywanie siebie. Że jestem beznadziejną szmatą bo nic nie potrafię i lepiej byłoby dla mnie i dla wszystkich, gdybym już nie żyła i nikomu nie przeszkadzała. Myślę sobie, że na pewno zwymiotuję i każdy będzie na mnie patrzeć i śmiać się ze mnie. Że jestem zapasionym potworem i ludzie mnie nienawidzą. Że wszyscy którzy muszą się ze mną pokazywać na pewno się mnie wstydzą.
Te myśli przeplatają się z ogromnymi wyrzutami sumienia, że nie jestem bardzo nie w porządku w stosunku do mojego chłopaka. Bo on mnie kocha, mówi mi, że mu się podobam a ja nie potrafię w to do końca uwierzyć. I jest mi przykro, że mówienie sobie ,,jestem silna” niewiele daje. Potem myślę sobie, że jak tak dalej będę się zachowywać to na pewno mnie rzuci. W chwili, gdy to myślę, mam ochotę pociąć sobie twarz żyletkami.
Wiele razy zastanawiałam się, co musiałoby się stać, żeby było inaczej i żebym czuła się szczęśliwa.
Czasem, gdy mam lepszy dzień mam większe marzenia: o tym, że napiszę piękną powieść i wszyscy będą mi gratulować a ja będę wtedy taka ważna i wartościowa… To marzenie jest moim jedynym od dzieciństwa. Kiedyś napisałam wiersz, który zakwalifikował się do finału konkursu poetyckiego. Podobno miałam dużą szansę na wygraną- ale strach mnie pokonał, nie poszłam publicznie przeczytać swojego wiersza i tym samym nie podlegał już dalszej ocenie…
A tak naprawdę myślę, że musiałabym zacząć wszystko od nowa, z moim Ukochanym przy boku. Odciąć się od swojej rodziny. Mieć jakiś swój kącik do mieszkania który byłby naprawdę mój i mogłabym go urządzić tak jak chcę. Byłoby tam cicho i nikt by na mnie nie krzyczał. Byłoby po prostu normalnie. Mój D. również mieszkałby tam ze mną i bylibyśmy razem szczęśliwi. Mielibyśmy psa i kota.
Ja nie zachowywałabym się jak idiotka…
Offline
Przeczytałam uważnie Twoją wypowiedź, jak wszystkie zresztą, wcale nie nudne ale smutne Twoje posty.
Wiesz, miałam bardzo podobnie do Ciebie.
Też pisałam wiersze, nawet raz napisałam opowiadanie ale to było jeszcze w podstawówce.
Nie wiem czy czytałaś trochę o mnie na innych postach. Tam napisałam o swoich kompleksach na punkcie figury i w ogóle. W podstawówie bardzo mi dokuczano i tez czułam się jak szmata, świnia. Czułam się dosłownie obrzydliwa i wstrętna. Zresztą te uczucia towarzyszyły mi do niedawna przez całe moje życie. teraz powolutku zaczynam z tego się otrząsać. Bo to jest bagno, gnój i błoto, które tłamsiły moją duszę od lat, podobnie jak Twoją.
Ja zaczęłam wierzyć w siebie pod wpływem mojego obecnego mężczyzny, któremu się podobam bezgranicznie. Też nie mogłam w to uwierzyć. Chociaż jestem ładna ale nie mogłam zrozumieć jak moje pełne uda i gruba pupa mogą się podobać. Dziś zmieniam zdanie i nie marzę już, jak dawniej, żeby być chuda i mieć supernogi. Owszem, zaczęłam więcej dbać o siebie ale w sumie polubiłam moją figurę. Nigdy chuda nie będę i wreszcie to zaakceptowałam. I spadł mi z duszy wielki ciężar. Choć muszę pracować nad sylwetką - rozstępy, cellulit, bo nie mogę np wyjść na plażę od lat, to wiem, że jak siebie zaakceptuję na maxa to te problemy znikną. Po prostu. Miłość i szacunek do siebie to najlepszyy kosmetyk na świecie.
A co do Twojego faceta, to bardzo się cieszę, że nie jesteś sama.
Wierz mi, on może ma Cię chwilami dość. A wiesz dlaczego? Bo właśnie nie chcesz mu uwierzyć, że on Cię kocha. A skoro jest i Cię wspiera, to nie miej wątpliwości. I choć to trudne pomyśl o nim, co on musi czuć jak wciąż go odrzucasz. Bo jak nie akceptujesz siebie, to tak, jakbyś nie akceptowała jego miłości do siebie i w końcu jego samego też.
A co do myśli, że inni będą Cię oceniać, śmiać się, drwić. Też to miałam. Bardzo się bałam i często faktycznie ludzie ze mnie drwili. Ale zauważyłam, że im mniej się skupiam na sobie, tym mniej inni skupiają się na moich wadach.
W sumie doszłam do wniosku, że obsesyjne myśli o sobie, jak wypadnę, czy mnie zaakceptują, etc., są w zasadzie bardzo egoistyczne. Bo wciąż skupiam się tylko na sobie i sobie, aż rzeczywiście można się zwymiotować.
Ludzie mają swoje sprawy, o których nie wiesz, swoje własne dramaty, rozterki i wierz mi, nie żyją Tobą i Twoimi kompleksami. Myślenie, że inni wciąż myślą o sobie jest troche jak myślenie, że jest się pępkiem świata, tylko w negatywnym sensie.
Otwórz oczy i zobacz, że to Bóg Ciebie stworzył taką, jaką jesteś. A skoro On Cię tak stworzył to nikomu nic do tego.
A jak chcesz rzeczywiście poprawić wygląd, to MUSISZ spojrzeć na siebie z większym luzem, w końcu nie jesteś pępkiem świata (na szczęście) ![]()
Pozdrawiam i pisz jak sobie radzisz.
P.S. Żadne wyróżnienie, bycie wielką gwiazdą poezji, czy czymś tam jeszcze nie poprawi Twojej samooceny!
Są na świecie gwiazdy - kobiety sukcesu - piękne, zdolne, mądre ale... mające kompleksy!
Serio.
Jak uda Ci się pozbyć tych cholernych czarnych myśli na swój temat, to będzie największy sukces, jaki możesz osiągnąć. Pokonać swojego demona - to jest coś!
Tego Ci życzę, a reszta przyjdzie sama. Jak masz talent, to go nie zmarnujesz. Ale wpierw nie zmarnuj samej siebie.
Ostatnio edytowany przez Ezer (2009-09-21 23:46:44)
Offline
Była kolejna kłótnia z rodzicami o to, że nie umiałam sobie znaleźć żadnej koleżanki do pokoju w akademiku. Powiedziałam im, że nie dam rady tam mieszkać, że to mnie przerasta.
Chce odejść. Czuje się już zupełnie wyczerpana. Powiedziałam to mojemu chłopakowi. Tylko się rozpłakał… On tak samo dobrze jak ja wie już, że nic mi nie pomoże. Ten strach, który noszę w sobie jest za silny, by z nim dalej żyć.
Offline
Napisz gdzie mieszkasz? Może gdzieś obok....Chętnie się z Tobą spotkam by porozmawiać.A może są tutaj inne osoby które mieszkają niedaleko i zechcą Ci pomóc.ODWAGI
Ostatnio edytowany przez Kobieta_38 (2009-09-23 19:33:18)
Offline
Gothka, masz skarb a nie faceta. Choćby dlatego nie wolno ci myśleć o jakimkolwiek odchodzeniu. Zostawiłabyś kogoś komu naprawde na Tobie zależy. Masz po co żyć. Mimo przeszłości. Musisz sobie uswiadomić, że to wszytsko minęło, a ty rozpoczęłaś nowy etap życia, lepszy.
Offline
Przeczytałam to cos napisalaś Gothka i przeczytałam inne posty. Bardzo podoba mi sie to co napisała Ezer,zeby sięgnąć po Eldrig'ów:) i Pawlukiewicza:) sa to dobre żrodla,czytalam i korzystam z lektury :)ale nie wiem czy akurat jestes teraz na odpowiednim etapie,bo z tego co sie zorientowalam to jestes naprawde chora i potrzeba Ci fachowej pomocy...fajnie,że masz D.,ale chyba troche rozumiem Was i Twoja sytuacje...niedawno przechodziłam bardzo ciezki stan depresji...to bylo piekło...tez jestem osoba wierzącą, mam narzeczonego,przyjaciół,rodzine...i co z tego???to co piszesz przerabialam na sobie np.banie sie wyjscia z domu, myslenie co kto pomysli....przestalam funkcjonaowac,nawet nie chcialam wstawac z lozka, nie potrafilam, na zajecia na uczelnie przestalam chodzic, zupelnie przestalam sie usmiechac, wciaz myslalam,ze juz nigdy nie bede umiala normalnie rozmawiac,a o usmiechaniu zapomnij
dopadla mnie tak silna depresja,ze moi bliscy nie wiedzieli co ze mna zrobic i jak mi pomoc. to byl straaaszny czas i wiem,ze bez fachowej pomocy i wsparcia najblizszych nie dalabym rady...no i Pana Boga,który jestem pewna opiekował sie nami przez caly ten czas. ale zarowno dla mnie jak i dla moich bliskich kilka dobrych miesiecy to byl koszmar :(nic nie docieralo do mnie to co moi bliscy mi mowili...nic...nie widzialam nic pozytywnego
wszystko bylo czarne:( najgorsze bylo kiedy nie widzialam zadnej poprawy i mialam wrazenie,ze raznie moich bliskich i ,ze oni na to nie zasluzyli...przylaczam sie do tego co napisala Avangarda o modlitwie- pewnie,ze tak :)ale ja to mialam juz takie stany,ze nie moglam sie skupic na modlitwie, ciagle myslalam,ze Pan Bog widzi jaka jestem okropna,ze musze sie gdzies schowac etc...to sa bardzo powazne tematy i nie mozna tego bagatelizowac. farmakologia koniecznie,ale psychoterapia niezbędna!!! i mysle,ze nawet nie taka raz w tygodniu...mam pewne doswiadczenia i moglabym sie z Toba podzielic jesli chcesz, poradzic nawet pewne miejsce, gdzie moga Ci naprawde pomoc. zalezy to od tego gdzie mieszkasz.wiem,ze padlo to pytanie. ponawiam i ja je
moge tylko na zakonczenie dodac,ze ten okropny czas mija...kiedys w koncu mija...ale przeszlam przez psychoterapie i opieke lekarzy, inaczej wole nie myslec co by bylo...jestem z Toba, moge zaswiadczyc swoja osoba na tyle na ile potrafie,ze to okropienstwo jakim jest depresja jest baaardzo trudnym doswiadczeniem,ale ze z tego sie wychodzi. tylko wazne by nie zostac z tymi myslami samemu!!! moze masz jakies pytania Gothka? polecam sie, na tyle na ile bede mogla i umiala sie podzielic ![]()
Offline
Jestem z Rzeszowa- tylko tyle moge dzisiaj napisać. Pocięte ręce za bardzo bolą.
Offline
Nie no prosze Cie Gothka, nie rób tego...nawet jesli czujesz,ze to jest jedyne i najlepsze rozwiazanie...tak nie jest!!! wierz mi,ze przechodzilam przez baaardzo ciemne nastroje i nie wierzylam,ze to minie...czulam,ze jestem tak beznadziejna,ze nigdy juz nikomu nie pomoge i nigdy juz nie bede umiala normalnie zyc...ciagly natlok mysli i w kólko te same...
ale minelo...tylko potrzeba czasu, cierpliwosci i naprawde fachowej pomocy...ja mieszkam daleko od Rzeszowa, nie znam tam nikogo,ale wierz mi,ze jakies wyjscie z tego jest...ja tez nie wierzylam,ze kiedys jeszcze bede chciala zyc,ale chce...teraz tak...moge Ci pisac,ze to minie,ale wiem,ze gdy sie jest w stanie depresji to jest sie obojetnym na te slowa...tak ja mialam. Gothka, trzymaj sie zycia, prosze. koszmar sie kiedys skonczy. czy tu mozna sie jakos skontaktowac przez mejla,ale tak by nie podawac go wszystkim na forum?do jakiego lekarza chodzisz i jak czesto???
Offline
pisze swoje gg,czasem nawet jak jestem niedostepna to moze oznaczac,ze niewidoczna. pisz smialo!!! numer: 9186460 i blagam, nie rezygnuj...kiedys wyjdzie slonce...
Offline
Próbowałam się zabić. Prawie tydzień temu, kiedy się kąpałam, wzięłam żyletkę, żeby przeciąć sobie tętnicę. Nie dałam rady, za bardzo bolało… Zostało kilka nacięć.
Mieszkam w obskurnym pokoju w akademiku. Łóżko składające się z pękniętej deski i ,,materaca” z wystającymi sprężynami wyprodukowane w 1970 roku. Podarte zasłony i firanki- równie stare, co meble. Pełno kurzu.
Kiedy to pierwszy raz zobaczyłam, poczułam się straszliwie upokorzona. Wśród tego wszystkiego krzyki moich rodziców, że mogłam szukać mieszkania. Że skoro nie myślałam wcześniej, teraz będę mieszkać w takich warunkach, jakie mam i ich to nie obchodzi.
Dobrze, że był ze mną D. Wziął mnie na spacer po mieście i nie musiałam wracać do domu z moimi rodzicami.
Byliśmy jeszcze później w akademiku. Z dwojga złego zostawiłam swoje rzeczy w ,,lepszym” pokoju i na łóżko, na którym chciałam spać przeciągnęliśmy wygodniejszy materac.
Wróciłam tam następnego dnia i poznałam swoje współlokatorki… Dziewczyny z III roku. Przyjaciółki. Znam jedną z widzenia- często chodziła pijana po akademiku…
Wyniosły moje rzeczy do drugiego pokoju mówiąc, że ten lepszy sobie ,,zarezerwowały”.
Tamta pierwsza noc była jedną z najgorszych w moim życiu. Modliłam się o śmierć. Wróciłam od D. i w drzwiach zobaczyłam karteczkę, że moje koleżanki są w pokoju obok. Poszłam tam po klucz- w sam środek imprezy, na której się zabawiały…
Nie mogłam zjeść kolacji. Kiedy się kąpałam, sąsiedzi z pokoju obok postanowili sprawdzić, kim jestem. Kilka razy pukali do drzwi a ja musiałam je otwierać ociekająca wodą- bo mogły to być moje koleżanki. Za każdym razem mieli niezłą zabawę perfidnie nabijając się ze mnie.
Nie byłam w stanie zasnąć. Łóżko uwierało całe moje ciało a ja byłam sztywna z zimna. Płakałam, słysząc, jak na korytarzu pijani ludzie wydzierają się, że w moim pokoju ,,mieszka Ania z Kasią i taka pojebana panna w rozmiarze XXL”- to ostatnie określenie to o mnie…
Rano ledwo mogłam się ruszać, tak bardzo bolał mnie kręgosłup. Moja jedna ręka była posiniaczona. Na szczęście w nocy nie rozcięłam sobie nogi na gwoździu, który wystawał z deski imitującej łóżko.
Wróciłam z zajęć i czekały na mnie kolejne niespodzianki. Dziewczyna, która ma dzielić ze mną pokój. Plastikowa, zmanierowana laleczka. Koleżanka pozostałych dwóch dziewczyn z pokoju obok. Od razu zaatakowała mnie, że ona nie będzie ,,w takiej patologii spać” i że ,,miała mieszkać z koleżanką”. Nie udało się jej zamienić pokoju i bardzo zdenerwowana wróciła do domu.
Z pozostałymi dwoma rozgościła się za to w kuchni. Lodówka, mikrofalówka, sztućce, naczynia…. Dla mnie nie ma już tam miejsca.. Będę musiała żyć kanapkami zjadanymi po kryjomu- przy tych dziewczynach nie jestem w stanie jeść… Boje się ich.
Nie ma już żadnych mieszkać, gdzie mogłabym się wprowadzić. Nie ma żadnych wolnych pokoi. Rodzice dzwonili- wszystko nieaktualne…
Może ten cały akademik to kara za to, że nie umiem jak wszyscy. Normalnie wychodzić z domu, normalnie rozmawiać przez telefon. Bez rzygania, bez setek rytuałów. Być taką, na jaką zasługuje D. .
Offline