Finding i Olinka czytam wasze wypowiedzi i myślę sobie, że uchwyciłyście sedno - przynajmniej do mnie trafia to co piszecie w 100%. To są równie moje odczucia i moje wnioski po przepracowaniu zdrady...
Finding napisał/a:Jeśli jakość jakiegoś związku jest wątpliwa - to dlaczego zdrada może być na to lekarstwem lub katalizatorem ? Z ustalonego stanu może wytrącić coś mniej rozbijającego ego smile i płaskiego przy tym.
Wiesz Finding nie musi być, ale może. Pewnie że lepiej byłoby gdyby cały ten twór masek, wyobrażeń i przekonań padł z innej przyczyny, ale niestety nie zawsze to może się stać. Wiesz, niektórym
ludziom wydaje się, że są tak "silni", że w imię jakiegoś - tylko sobie wiadomego - powodu, w imię jakiegoś wyższego dobra (też sobie tylko wiadomego) zniosą wszystko. "Poświęcą się". Skąd to przekonanie w nich? Nie wiem. Ja już powoli odkrywam przyczyny swojego
.
I wiesz, że ja sama w końcu (15 lat to trwało...) zaczęłam obdzierań się z tych złudzeń, ale nie wiem czy ta moja "siła" pozwoliłaby mi dokończyć tego dzieła... Bo może znowu, nie wiedząc czemu, zaczęłabym wierzyć, że wszystko jest OK, że moje życie jest takie "normalne". W końcu tyle czasu w tym tkwiłam, że wydawało mi się, że tak być musi, że tak być powinno. I dopiero to, że zostałam zdradzona spowodowało, że opadły mi klapki z oczu. Nie wiem, czy potrzebowałam aż tak silnego "bodźca", żeby siebie obudzić, siebie "odzyskać", ale w końcu udało się. Wróciłam do "żywych"
. Nigdy nie zgodzę się już na to co było. Na powrót "starego porządku". Nie dlatego, że był zły, ale dlatego, że mi nie odpowiadał. I w końcu teraz mam odwagę, by to powiedzieć. Mam możliwość, żeby postawić na swoim. Kiedyś nie mogłam, nie umiałam, nie chciałam przyznać (sama przed sobą) jak bardzo jest/było mi źle... W końcu pozornie było wszystko super. Mieliśmy wszystko. A jednak. Teraz jestem szczęśliwa, mimo że zostałam zdradzona. Wiem jak to dziwnie i nierealnie brzmi. Ale tak właśnie się czuję.
Niestety z jakiś powodów wcześniej godziłam się na to co miałam i wmawiałam sobie, że jest mi z tym dobrze. Moje wyobrażenia o mnie a to kim jestem w rzeczywistości to jednak inna bajka. I niestety ja wiem, że sama bym sobie ZE SOBĄ nie poradziła. Nie pokonałabym samej siebie. Niestety. Moja siła to moja słabość...
Finding napisał/a:Istotna jest możliwość swobodnego wyboru (...) a nie stawianie zdradzanego w sytuacji przymusowej do zmagania się z zaistniałą sytuacją
Byłoby pięknie. Ale to niestety utopia
.
Finding napisał/a: ale znam i Tych, którzy pozostali w poczuciu pielęgnowanej krzywdy i tacy juz pozostaną.
Zastanawiam się od czego to zależy. Od samoświadomości?
Finding napisał/a: Z założenia zdrada zmienia - nie na lepsze - po prostu inne, co w przyszłości MOŻE stać się dobre (ale może też być byle jakie). Niczego dobrego w zdradach nie widzę, jak coś nie wychodzi w związkach to się postanawia o związkach : czy ma trwać czy się rozchodzimy i tak jest ok - a nie doszukiwanie się sensu w sytuacji na jaką kogoś skazano bo może po czasie jest lepiej.
Zgodzę się, że zdrada zmienia na inne. Ale to, czy inne będzie lepsze zależy tylko od nas samych. Ja jestem pewna, że jaką decyzję bym nie podjęła byłabym szczęśliwa. Bo to ja decyduję o swoim szczęściu. Mogłabym karmić się tą moją krzywdą. Mieć żal do siebie, jego, świata. Ale po co? Co ja z tego będę miała? Co dobrego wyniknie z tego dla mnie? Bagaż jaki zostanie nam po zdradzie zależy tylko od nas samych. Warto mieć na uwadze pakująć "te walizki", że będziemy musieli jednak dzwigać je do końca życia.
Masz rację pisząc że o zwiazkach powinno się uczciwie postanawiać, wspólnie, ale niestety życie maluje inne scenariusze...
Zdrada nie ma sensu. Jest podła. Jest wyrazem braku szacunku. Jest końcem. Zawsze. Kończy wiele rzeczy. Kończy przede wszystkim związek do którego została "zaproszona". Ale można nadać jej wartość jaką tylko chcemy lub potrafimy (chyba trafniej to określa słowo potrafimy). Zdrada to lekcja. Tylko od zdradzającego i zdradzonego zależy jak ją odrobią, co z niej wyniosą...
Podpiszę się, jeśli mogę, pod wypowiedziami Olinki: Jasne, że wywrotka nigdy nie jest fajna, bo zwykle lubimy i chwalimy sobie spokój, stabilizację i poczucie bezpieczeństwa, wolimy znajomą bylejakość od czegoś, co może być lepsze, ale wymaga pracy, a nawet bywa ryzykowne. Ja po prostu twierdzę, że można przez to przejść i na zgliszczach zbudować coś znacznie lepszego.
To jest zwykle długi i skomplikowany proces, podczas którego naprzemiennie przechodzi się przez etapy szoku i niedowierzania, gniewu i złości, smutku i żalu, by wreszcie osiągnąć upragniony stan spokoju. To nie jest proste, nie jest bowiem łatwo wybaczyć i pogodzić się z tym, co się stało, odbudować zaufanie, poczucie własnej wartości, na powrót poczuć się pewnie i bezpiecznie, ale to JEST możliwe.
PS. Bardzo lubię czytać to co piszecie. Wasze przemyślenia są mi bardzo, bardzo bliskie. Pozdrawiam.