Ad Rem...
Nieopisana radość widzieć Cię tutaj...
Przeczytałam właśnie zaległe posty i odkryłam Twoją obecność.
Nostalgiczną obecność ;-)
Ech Wrażliwcu! Jak odpowiedzieć na Twoje pytanie? Sama nie wiem... Zawiodłam się w życiu tak, że muszę rekonstruować całe zaufanie. Zawiodłam się także na sobie i to bardzo. Teraz jednak, zastanawiam się co robić, aby sensownie żyć, tak aby ciężar doznanego zawodu nie przewyższył zdolności do rozpięcia skrzydeł i wzbicia się ponad to wszystko, co boli, co jest niezrozumiałe, co jeszcze nieuleczone...
Kiedy himalaista w drodze na Mount Everest wdrapie się na wysokość około 5000 metrów, czyli pokona ponad połowę drogi, z powodu braku tlenu zaczyna słabnąć, jego ruchy stają się spowolniałe, znużenie postępuje i pojawia się obojętność. Do tej pory "pierwsze skrzypce" grała siła fizyczna, sprawność, dzielność, wytrzymałość, teraz ster przejąć musi psychika. Wielu kompanów tej samej ekspedycji nie jest już w stanie przekroczyć tej bariery, nie są w stanie zawalczyć o zdobycie szczytu, o którym marzyli wyprawiając się na Dach Świata.
A jeśli Ty i ja, i wielu innych z tego Forum jest właśnie w "bazie" na wysokości 5000 metrów życia każdego z nas?
Co musi się stać, by każda z tych osób zechciała wdrapać się wyżej, choć przecież nigdy nie ma pewności, że osiągnie szczyt?
Co mogłoby sprawić, byś Ty, ja, czy ktoś inny podjął ten wysiłek? Co jest tak naprawdę ważne w takiej sytuacji?