infinity przepraszam, że w tym wątku, jest dosyć nieadekwatny do mojej prośby, ale próbuję się z Tobą skontaktować w związku z dj na wsele, którego możesz polecić... Będę bardzo wdzięczna za odezwanie się do mnie w tej sprawie. Pozdrawiam serdecznie ![]()
No to wyślij do mnie wiadomość, Ty masz zablokowany mail, a w tym wątku nie będę pisać o DJ na wesele, czekając na pozew rozwodowy... ![]()
Wesprzyjcie ![]()
Minęły prawie 3 miesiące odkąd mąż się wyprowadził. Przez cały ten czas ani razu nie porozmawialiśmy- on nie chciał. Widzieliśmy sie parę razy w sprawach "formalnych", wchodził, załatwiał i wychodził bez słowa. Bolało.
Zobaczyłam, że ma konto na Sympatii. I to ze zdjęciami z naszej podróży poślubnej! Wie, że się o tym dowiedziałam. Konto zlikwidował/ukrył przez wyszukiwaniem.
Swoje przepłakałam.
Dziś ma do mnie przyjechać porozmawiać, z zaznaczeniem, żebym nie liczyła, że usłyszę to, co bym chciała.
Czekam jak na wyrok śmierci
Niby wiem od dawna, co usłyszę, ale boję się, jak to przeżyję, czy będę w stanie opanować emocje, jak zostanę tu potem sama w mieszkaniu z kotłującymi się bolesnymi słowami? Skąd wziąć siłę, by to godnie przeżyć ;(
Dziś- w dniu moich urodzin (!!) mąż przyjechał, by oświadczyć mi, że wie, że jest dziwakiem, ale jemu jest dobrze w samotności, nie potrzebuje kontaktu z ludźmi, że jego uczucia do mnie wygasły, nie wyobraża sobie powrotu do domu i że rezygnuje ze wspólnej terapii (na którą zgodził się kilka tygodni temu). Ale ostatecznej decyzji jeszcze nie podjął i cały czas się zastanawia...
Ja już nawet nie płaczę za nim. Siedzę i wyję, że zmarnowałam 6 lat z mojego życia dla takiego niedojrzałego gnojka, wierząc, że jego uczucia i były szczere ;(
Masakra. Takie historie jak Twoja, autorko, sprawiają że wątpie w przysięgi, przyrzeczenia, itd. W sensie- nie można wierzyć ludziom w 100% . Może w 99% tak, ale ten jeden należy zostawić dla siebie. Bardzo Ci współczuję i nie wiem, nie potrafię sobie wyobrazić, jak sie czujesz.
Ja pieprzę... Teraz doczytałam wiadomość o tym, że założył se KONTO NA SYMPATII ze zdjęciami z podróży poślubnej... Życzę Ci tylko żebyś szybko się otrząsneła z szokui spróbowała ruszyć dalej. Bo to musi nastąpić.
Dziś- w dniu moich urodzin (!!) mąż przyjechał, by oświadczyć mi, że wie, że jest dziwakiem, ale jemu jest dobrze w samotności, nie potrzebuje kontaktu z ludźmi, że jego uczucia do mnie wygasły, nie wyobraża sobie powrotu do domu i że rezygnuje ze wspólnej terapii (na którą zgodził się kilka tygodni temu). Ale ostatecznej decyzji jeszcze nie podjął i cały czas się zastanawia...
Ja już nawet nie płaczę za nim. Siedzę i wyję, że zmarnowałam 6 lat z mojego życia dla takiego niedojrzałego gnojka, wierząc, że jego uczucia i były szczere ;(
on się cały czas zastanawia i trzyma Cię na sznurku..bo wie , że jak tylko wykona malutki prawie nie widoczny gest w Twoim kierunku to Ty polecisz za nim.
Skoro uczucia wygasły to nad czym się zastanawiać ????
Mało Ci stracone 6 lat ?? Weź się w garść ... zaopiekuj się sobą ! chcesz kogoś do kochania ?? do opiekowania się nim ?? to zrób to dla siebie !!
Pokochaj siebie, zaopiekuj się sobą ... bądź dla siebie wyrozumiała .
Ściskam
Zapytałam go, co go powstrzymuje przed podjęciem jednoznacznej decyzji. Odpowiedział, że strach czy postępuje dobrze.
Ja już nie chcę. Dla mnie to koniec. Nie chcę być z kimś takim. Z mojej miłości rodzi się nienawiść. Przynajmniej taką mam nadzieję, bo takie uczucia dają siłę.
Ale czeka mnie ta pieprzona żałoba. Kolejny odpływ resztek energii. Nie spałam prawie wcale dziś, jest 12, a ja się jeszcze nie podniosłam z łóżka. Nie mam tu żadnych bliskich i przyjaciół. A za tydzień święta.
Nie zrozumcie mnie źle, ale takie hasła "pokochaj siebie" to jest dla mnie psychologiczny zapychacz, żeby sobie wmówić, że moge być szczęśliwa sama ze sobą. Ze sobą to mogę jakoś żyć, żyć w zgodzie, ale rady w stylu idź do fryzjera, znajdź pasje, kup nowy ciuch etc. to sa takie pocieszacze, substytuty. Gdyby człowiek potrafił być sam ze sobą naprawdę szczęśliwy, to ludzie nie łączyliby sie w pary. No bo po co, skoro moga być szczęśliwi bez tego? Niech mi to ktoś pojaśni ![]()
Ciągle czytam i słyszę o tym zaopiekowaniu sie sobą, tylko nikt nie mówi, jak to się robi w praktyce. No bo owszem, staram się dbać, sprawiać jakieś przyjemności, radzę sobie, chodzę na terapię, sama kupiłam sobie auto, mam kochane zwierzątko, które daje mi sporo radochy. No ale kurde, nie potrafię wzbudzić w sobie poczucia, że to wszystko daje mi spełnienie, szczęście. Dla mnie to jest stan wegetatywny
Bardzo mi brakuje ciepła, przytulenia, bliskości. Żeby mieć z kim iść do tego kina czy na rower. Żeby ktoś przyjechał, porozmawiał, żeby być dla kogoś naprawdę ważną. Czy to jest naprawdę rownoznaczne z byciem uzależnioną od toksycznej relacji..? ![]()
73 2015-03-31 14:16:33 Ostatnio edytowany przez Beata 4 (2015-03-31 14:17:48)
Nie sądzę żeby był to efekt uzależnienia. Raczej zwyczajna samotność, którą można oswoić. Cieszyć się z bycia samą ze sobą. Nie jest to łatwe mi zajęło parę miesięcy. Powiedzenie 'zajmij się soba' osobie która właśnie spada na głowę i martwi się żeby jej nie rozbić na asfalcie jest łatwe, tylko nic nie wnosi. Też to słyszałam, o pasach również. Wiedziałam, że moi przyjaciele chcą dobrze tylko ja nie miałam na to siły. Ale pomalutku , po troszku, najpierw na siłę potem coraz chętniej robiłam coś dla siebie. Postanowiłam, że skoro chwilowo nikt mnie nie kocha to pokocham się sama. To możliwe. Potrzeba tylko trochę czasu. Mi bardzo pomaga czytanie. Czytam dużo książek, ale też różnego rodzaju rzeczy o samodoskonaleniu. Życie mamy jedno i szkoda tracić czas na zmartwienia. Smutek czasem jeszcze przychodzi, ale staram się zająć myśli czymś innym. Z początku był to ogromny wysiłek teraz jest coraz łatwiej.
Robię różne drobne ćwiczenia żeby było lepiej. Raz z większym sukcesem, raz z mniejszy.
Jeśli chodzi o toksyczne relacje to polecam Ci bloga, mi popomógł bardzo. Cóż szkodzi spróbować. mojedwieglowy.blogspot Zobacz, poczyta...
Pozdrawiam
Nie wiem czy to kogokolwiek z was inteersuje, ale czuję, że muszę to z siebie wyrzucić, bo zwariuję.
Dziś zadzwonił, że będzie składał pozew. 3 minuty beznamiętnej rozmowy i mojej próby powstrzymania łez.
Niby się spodziewałam. Niby wiedziałam, że to nieuniknione, że z tym człowiekiem się nie da żyć. A i tak jak obuchem w łeb. Rozsypałam się na kawałki. Tyle sie przez ostatnie miesiące oczytałam słowa "rozwód", które zdaje się byc w dzisiejszych czasach takie naturalne.
I teraz mnie to namacalnie dotyka. Nie mogę w to uwierzyć, nie ogarniam.
Zawsze powtarzałam, że tak bardzo bym chciała stworzyć szczęśliwą rodzinę, której nie miałam. Wierzyłam w to, że z tym człowiekiem mogę taką stworzyć. Że po tym, co mi zafundowało życie przez tyle lat, wreszcie los się do mnie uśmiechnął. Zaledwie niecałe 2 lata temu ślubowaliśmy sobie parząc z radością w swoje oczy, a dzis oschle i beznamiętnie usłyszałam, że "możemy to załatwić na jednej rozprawie". Mam ochotę zapaść sie pod ziemię.
Siostra, która niedawno śmiała się, że to pewnie przejściowy kryzys i ja niepotrzebnie tak to przeżywam, dziś grzmiała mi przez pół godziny do słuchawki, że ona by gnojowi nie popuściła i żądała uznania jego winy. Mojej mamie nic narazie nie powiem, bo nie mam siły jeszcze z nią się użerać. Zadzwoniłam do jego mamy, rzekomo nieuświadomionej, i jak zwykle, totalna obojętność i pośpieszne ucięcie rozmowy, bez minimalnego zagłębiania się w temat.
Wszyscy mi dookoła powtarzają, że nie ma za kim płakać, żebym się cieszyła, że to się teraz stało, a nie za 10 lat, że jeszcze sobie życie ułożę. A dla mnie to abstrakcja. A co jeśli sobie nie ułożę? Jeśli nikogo odpowiedniego już nie znajdę? Nikt mi nie da gwarancji, że teraz to już będzie tylko lepiej. Całe życie miałam pod górę, a teraz to już na każdym froncie porażka, zdrowie, praca, małżeństwo.
Siedzę samotnie w pustym mieszkaniu i mam ochotę chodzić po ścianach...
Nie wiem czy to kogokolwiek z was inteersuje,
...
A co jeśli sobie nie ułożę? Jeśli nikogo odpowiedniego już nie znajdę? Nikt mi nie da gwarancji, że teraz to już będzie tylko lepiej. Całe życie miałam pod górę, a teraz to już na każdym froncie porażka, zdrowie, praca, małżeństwo.
Siedzę samotnie w pustym mieszkaniu i mam ochotę chodzić po ścianach...
Nie wiem w jakim sensie ma to być kwestia ZAINTERESOWANIA...
Otóż założyłaś TEN wątek NIE z powodu nadmiernego szczęścia czy euforii ale dlatego że..............................
Według TWOICH własnych słów to ON nie spełnił twoich oczekiwań. On był winnym całego zła w tym związku - zatem ZAWÓD, ŻAL i ROZGORYCZENIE są jak najbardziej zrozumiałe.
Ale SZCZERZE - ZA CZYM niby płaczesz... za własną WIZJĄ czy za tym człowiekiem?
Przecież DOPIERO CO pytałaś:
Zapytałam go, co go powstrzymuje przed podjęciem jednoznacznej decyzji. Odpowiedział, że strach czy postępuje dobrze.
Ja już nie chcę. Dla mnie to koniec. Nie chcę być z kimś takim.
TY NAPRAWDĘ siebie nie kochasz... (TO ŻADEN psychologiczny "zapychacz", to fakt).
Jak można Ciebie zadowolić, jeśli co i rusz zmieniasz front - jak chorągiewka...
"Odpowiedni" będzie TEN, który idealnie wpisze się w twój scenariusz? No z tym akurat w dzisiejszych czasach może być problem. Ludzie zbyt się rozsmakowali w wolnościach osobistych... Wolą żyć niż grać. A z "graczem" WŁAŚNIE miałaś chyba dotąd do czynienia...? Okazał się kiepskim aktorem. SZKODA, że odechciało mu się grać?
NA PRAWDĘ wolałabyś ciągnąć tą farsę? BO pono do uczuć nikogo nie da się zmusić... ![]()
Trudno na czymś takim budować...
Infinity - życie masz jedno... to trochę więcej niż owe przeszłe 6 lat.
Dałaś się narwać? Nie Ty jedna. Nie musisz więcej...
Jeśli siebie kochasz - to będziesz ŻYĆ przyszłością - nie przykrymi zaszłościami.
TRZYMAJ się kobieto i wytycz sobie jasny kurs, NA PRZÓD
Anhedoniu.
Płaczę nie za nim. Płaczę nad swoim życiem. Że tyle lat, najlepszych lat, kiedy teoretycznie jest najwieksza szansa na poznanie kogoś, zmarnowałam na życie z człowiekiem, o którym chyba niewiele wiem. Nawet jeśli ten rozwód jest najlepszą opcją, jesli powoli nie wyobrażam sobie dalszego życia z nim, to jest to jednak rozwód, rozstanie, strata. Jak to ostatnio przeczytałam, to jest taka forma śmierci za życia. Pytanie tylko co czeka nas dalej po tej śmierci... Moja mama niestety skutecznie przez lata pompowała mi, że rozwód to wstyd, że jest się "trędowatym", całkiem niedawno powiedziała, że po rozwodzie nikt mnie nie będzie chciał, że będę kobietą drugiej kategorii. W moim otoczeniu nie ma drugiej takiej osoby, żeby w takim wieku mieć już rozwód na koncie. W moim otoczeniu sa same w miarę udane pary, sluby, dzieci. Tak wiem, że moje otocznie to nie jest jeszcze cały świat, ale to mimo wszystko deprymuje.
Nie jestem chorągiewką, to sa procesy, to jest tornado skrajnych emocji. I przede wszystkim walka serca z rozumem. Ciężko mi poprostu i mam etap wylewania żali.
Anhedoniu.
Płaczę nie za nim. Płaczę nad swoim życiem. Że tyle lat, najlepszych lat, kiedy teoretycznie jest najwieksza szansa na poznanie kogoś, zmarnowałam na życie z człowiekiem, o którym chyba niewiele wiem. Nawet jeśli ten rozwód jest najlepszą opcją, jesli powoli nie wyobrażam sobie dalszego życia z nim, to jest to jednak rozwód, rozstanie, strata. Jak to ostatnio przeczytałam, to jest taka forma śmierci za życia. Pytanie tylko co czeka nas dalej po tej śmierci... Moja mama niestety skutecznie przez lata pompowała mi, że rozwód to wstyd, że jest się "trędowatym", całkiem niedawno powiedziała, że po rozwodzie nikt mnie nie będzie chciał, że będę kobietą drugiej kategorii. W moim otoczeniu nie ma drugiej takiej osoby, żeby w takim wieku mieć już rozwód na koncie. W moim otoczeniu sa same w miarę udane pary, sluby, dzieci. Tak wiem, że moje otocznie to nie jest jeszcze cały świat, ale to mimo wszystko deprymuje.Nie jestem chorągiewką, to sa procesy, to jest tornado skrajnych emocji. I przede wszystkim walka serca z rozumem. Ciężko mi poprostu i mam etap wylewania żali.
Witaj!
A po tym etapie wylewania żalu wyjdziesz z domu i spojrzysz w niebo. Zobaczysz, że słońce świeci, jak dawniej. Wokół kwitną kwiaty i śpiewają ptaki. Poczujesz radość, że znowu jesteś wolna i los dał ci szansę na szczęśliwsze życie. Wystarczy uwierzyć. Więc nie czekaj, nie licz na męża, matkę, terapeutkę, tylko sama postaraj się jak najlepiej wykorzystać ten czas. Powodzenia!
infinity Ty to miałaś naprawdę pecha trafić na takiego idiotę (poczytałam Twoje stare posty). Ale to było do przewidzenia. Skoro porzucił swoją byłą, zerwał z nią zaręczyny, to od razu tutaj było widać co z niego za człowiek... Potem zerwał zaręczyny z Tobą, historia lubi się powtarzać. No i teraz rozwodzi się z Tobą. To jakiś totalny palant, niewarty jednej łzy i szkoda czasu myśleć o takim śmieciu. Szkoda mi kolejnej jego "ofiary", którą wykorzysta i porzuci jak się znudzi.