Justyna to super, że telefon się znalazł
Ja swojego odpukać nie zgubiłam, zatem mój mąż jest w tym mistrzem - utracił już chyba ze 3 lub nawet 4 telefony. I idź na spacer póki słońce świeci bo jak zajdzie to będzie zimno pewnie.
siekierewcia (notabene co Cię dziewczyno podkusiło, żeby sobie taki nick nadać? za każdym razem muszę podjeżdżać do Twojej wypowiedzi i sprawdzać czy czegoś nie przekręciłam) ooo to nie zazdroszczę, a jak się dorobiłaś takiego osłabienia więzadła? hehe mycie naczyć pod prysznicem, nieźle, w sumie przynajmniej zawsze muszą byc pozmywane bo inaczej nie ma się jak wykąpać. Albo może to w sumie i minus bo pewnie przez to leżą wszędzie :>
martinez kiełbaski z nyski mają swój klimat, ale przy -10 bym się na nie pewnie nie wybrała.
Bubuś no nie poszalałam dzisiaj za bardzo, raz jakoś nie miałam humoru i nastroju bo się okazało wczoraj, że
a) "moja" kobyłka nadal kuleje do tego coś jej odwalało i pokazywała pazurki, a może bardziej adekwatnie będzie napisać zęby i swoją niepokorność
b) druga klaczka, która się na mnie rzuciła z zębami ostatnio, nadal żywi do mnie jakiś uraz i wczoraj znowu powtórzyła atak, tyle że ja tym razem stałam za barierką zatem nadziała się zębami na poręcz
Do tego wczoraj się trochę ziemia podtopiła, w nocy skuł to wszystko mróz, zatem dzisiaj ziemia była twarda (a na koniach niepodkutych po takim twardym nie można za bardzo szaleć bo się mogą podbić, jest to dla nich po prostu bolesne). O czym się dobitnie przekonałam, można rzec, że organoleptycznie. Popełniłam błąd nowicjusza
próbowałam sobie zapiąć kieszeń w polarze, zatem na chwilę straciłam czujność, w tym momencie konisko się wystraszyło (no bo przecież na pewno w krzakach czaił się jakiś potwór) no i szanowny Grzmot wypalił jak torpeda do przodu, ja się nawet z nim zabrałam tylko mnie wywaliło z siodła, w sumie sytuacja zabawna wręcz, bo tak sobie zawisłam, przez chwilę próbowałam się na wodzy podnieść, ale wtedy zobaczyłam, że się Grzmot przechyla (no jakby nie było zawisłam mu całym ciężarem na pysku) no i w ułamku sekundy mi zaświtało, ze zaraz się przewróci razem ze mną i mnie przywali swoim cielskiem, zatem po prostu odpuściłam (już w locie wiedziałam że bedzie boleć) i spadłam lewym półdupkiem na twardą, skutą lodem ziemię, głową o milimetry nad drewnianym klockiem, który służy za podpórkę cavaletti. A Grzmotek stanął jak wryty, ja się pozbierałam, przyznałam mu rację, że jest twardo, wsiadłam i pojechaliśmy na łąkę. Także dorobiłam się kolejnego siniaka a zasadniczo to słuczenia, dzisiaj jakoś chodzę/ siedzę, ale nie wiem co będzie jutro. Za to wróciłam do domu i przy niedzieli umyłam w końcu okna w kuchni - niestety jak tak słoneczko w nie świeciło to wyglądały paskudnie.
A teraz szukam inspiracji kulinarnych na świąteczny obiad z rodzicami - nie mam zupełnie pomysłu co ugotować.