Nie, naprawdę nie chodzi o to, by kogoś znaleźć. Ona kilkukrotnie mnie zapewniła, że nikogo nie szuka, nie chce nikogo nowego w tym czasie. I komu jak komu, ale jej jestem w stanie w to uwierzyć, bo mimo, że nie ufam nigdy w związku na 100%, to wiem, jaka ona jest. Powtarza, że ostatnim czego chce, jest to, by mnie skrzywdzić. Że chce po świętach zacząć od nowa i zrobi wszystko, by to się udało. Raczej gdyby chciała kogoś znaleźć, to nie dawałaby "nam" tego czasu i nie karmiła mnie złudzeniami i nadzieją...Nawet, gdy "przystawia się" do niej jakiś inny facet, pisze mi o tym, jest uczciwa. Mi też nikt inny w głowie, to jest cudowna kobieta. Poza tym i tak nie mam gdzie kogoś teraz spotkać, bo pokasowałem portale społecznościowe, na wydział chodzę rzadko, bądź wcale, do klubów też, bo po prostu nie lubię.
Co do tego, co się stało. Cóż, wiele by mówić. Ona była bardzo zazdrosna o moją koleżankę, z którą umawiałem się (bez żadnych podtekstów, ale jednak), gdy byliśmy razem. Po prostu chciałem z kimś iść, pogadać, jak z kumplem, ale jej o tym nie powiedziałem i to rozpętało burzę. Wiem, że byłem idiotą, ale po prostu tak się stało, nie miałem nawet na myśli czegoś więcej...Do tego, jak już napisałem - ona oczekiwała czegoś innego, wielkiej miłości rodem z Hollywood, a było po prostu dobrze, bez jakiegoś "wow" (dla niej). Inaczej sobie to wyobrażała, bo wcześniej nie miała chłopaka i pewnie uważała, że będzie to wyglądać jak w filmie, a tak nie było. Ja też wiele wymagałem, naciskałem na to, by jednak dawała mi trochę więcej od siebie (nie wyznawała mi uczuć, nie było między nami seksu, itp.). Byłem bardzo zazdrosny...W ostatnim czasie, gdy jest już gorzej między nami, oboje się bardzo oskarżamy, chwytamy praktycznie wszystkiego, by obronić swoje stanowisko. Ona widzi całą winę we mnie, ja w niej. Dużo krzyków, każda rozmowa schodzi na jeden temat - bezsens. Myślę, że gdybyśmy mieli zacząć na nowo przed świętami, to mogłoby się nie udać, bo ona ciągle nie jest w stanie mnie normalnie traktować. Po prostu nie chce. Uważa, że jeśli się oboje odetniemy na miesiąc czy dwa, to poznamy się "na nowo", spotkamy nie jako "byli", a jako dwoje obcych sobie wcześniej ludzi, którzy chcą zacząć ze sobą być. Ostatnio napisała mi, że gardzi sama sobą, że nie podoba jej się to, jak mnie teraz traktuje i że dziwi się, że ja to wytrzymuję. Tak, wytrzymuję, bo ją po prostu kocham. I uważam, że jeśli mam pozorować brak kontaktu i udawać, że jestem obcym przez miesiąc czy dwa, to nie ma problemu - o ile to ma coś dać.
Po pierwsze, boję się tego, co w tym czasie. Dużo bardziej boję się jednak tego, co będzie później. Wydaje mi się, że jeśli mówi, że na "80% chce ze mną być", to jest chyba nieźle. Ale nie wiem...
Macie rację, ona chce za mną zatęsknić. Powiedziała mi, że właśnie po to potrzebuje tego czasu. By zatęsknić i przekonać się, że warto iść w to dalej. Zostaje chyba tylko poczekać...