No ale on nie został przyjęty, o to była pretencha. Mam taki ogląd teraz: on nie został przeze mnie ani przyjęty, ani odrzucony. To, że nie został w pełni przyjęty, budziło w nim złość, chęć pokazania mi, gdzie raki zimują/gdzie moje miejsce. A znów to, że nie został odrzucony odczytał jako przypisanie mu w jakimś sensie prawa do mnie, oczekiwania lojalności etc. Ale może to w ogóle nie tak i wszystko jest proste jak... wiecie co i wiecie kiedy.
Podobne tematy
Enona jesli zdajesz sobie pytanie;co takiego sie stało? to podświadomie obwiniasz siebie.Nie rób tego! Do żadnych konstruktywnych wniosków nie dojdziesz, nie uzyskasz w ten sposób odpowiedzi. Istotą problemu jest, czy jestes gotowa zapomniec i zyc z nim dalej.Jesli masz minimum watplwości, to nic z tego zwiazku nie wyjdzie.
No mniej więcej.. Czyli ani w lewo ani w prawo - sama nie miałaś wiedzy na to jak to rozegrać, więc nie zrobiłaś w zasadzie nic - poszłaś z prądem ![]()
Dlatego rozkminianie nie ma sensu.
Było minęło.
Zrozum, błędem jest nie to, że nie jesteś razem z kimś, z kim związek był do kitu, tylko fakt, że go rozpamiętujesz i wpadasz w obsesję na tym punkcie.
Jeśli ktoś wybiera innego partnera w trakcie związku z nami (zdrada) lub nas na niego zamienia w szybkim tempie oznacza, że związek był ILUZJĄ.
A Ty próbujesz w iluzji doszukiwać się prawdy i sensu ![]()
Mam więcej niż minimum, ale czy inni tu, którym się udało, nie mieli? Arlena, masz jakieś doświadczenia w tej materii?
Dziś jestem spokojniejsza, to co piszecie jest jak kleszcze podczas trudnego porodu: dziś dają nadzieję, że w końcu, w bólach i trudach, za kilka lat może urodzi się jakiś konstruktywna odpowiedź. Jasna i z trzewi. Dziś jest jaśniej, ale nie przychodzi. I czuję, że jeszcze będą setki kilometrów mrocznych, podziemnych korytarzy, w których będzie na mnie czyhać zrobienie wielu głupot.
Najwidoczniej nudne jest dla Ciebie takie życie bez dramatów i umartwiania się. Have fun ![]()
Gdzie to wyczytałaś w moim poście? Z tej ciemności?
Masz rację. Muszę się nauczyć spokoju. Jest dla mnie bardzo trudny. Niezależnie od spraw damsko-męskich moje życie jest emocjonalnie rozpięte między skrajnościami.
No i właśnie dlatego ten związek się świetnie w taki 'rytm' życia i potrzeby wpisuje ![]()
Jak zmienisz najpierw swoje podejście do życia to i zmienia się potrzeby odnośnie związku = przestaną Cię pociągać tego rodzaju dramaty.
Bo rozstanie to jedno, ale Ty ten moment przeciągasz w nieskończoność i pławisz się w negatywnych emocjach.
Są ludzie, dla których popadanie z obsesji w obsesję jest sensem życia, bo tak naprawdę nie mają swojego, więc żyją czyimś.
No nie, ale moje obsesje, to moje życie.
529 2015-05-06 20:47:02 Ostatnio edytowany przez arlena56 (2015-05-06 20:48:08)
Enona trochę doswiadczenia w tej materii mam. Mój charakter widocznie nie pozwolił mi sie umartwiac, tylko szybko na swoich warunkach tę pępowinę odciąc. Przeszłam nad tym do porzadku dziennego i zaczełam układac sobie nowe zycie. Od wielu lat mam 2 męża, który przed slubem wiedział jak załatwiam takie sprawy.Zal mi mego czasu na zamartwianie i łzy z powodu zdrady.Dobrze na tym wyszłam.
530 2015-05-06 21:09:05 Ostatnio edytowany przez aurora borealis (2015-05-06 21:13:16)
Wiesz Enono, czytam Twoje posty, bo jakoś jestem "wierna" historiom, które poruszyły mnie i z których Autorami się identyfikuję.
Jednak odnoszę wrażenie, że Ty nie czytasz tego, co starają się Tobie zakomunikować inni. Nie czytasz nawet tego, co napisałaś sama na tych 14 stronach. A szkoda, bo jedna z teorii dotyczących podnoszenia się po rozstaniu mówi, że trzeba wiele razy, dzień w dzień czytać to, co się napisało, aby się któregoś dnia zdystansować i "wypsztykać" z emocji i łez.
Pisanie tutaj nie przynosi Ci żadnej ulgi, żadnego pocieszenia, nie robisz najmniejszych nawet postępów, by zechcieć zsunąć już z ramion tę pelerynę rozpaczy. Piszesz tylko po to, by setny raz pojawiło się słowo on, jemu, jego, o nim, z nim, itd i w ten sposób nakręcasz się jedynie tak, jak nakręca się mechaniczną zabawkę. Gdy już upoisz się zadawaniem setny raz tych samych pytań - zatrzymujesz się, milkniesz, liżesz rany, a potem na nowo: kluczyk do loginu na Forum, nakręcanie kilkoma słowami o samotności, bólu, rozpaczy i jedziemy...
W ten sposób jedynie utrwalasz mechanizm: napięcie-rozładowanie-cierpienie...
Jeśli naprawdę kochasz tego człowieka, to zlituj się wreszcie i daj mu szansę zerwania kontaktu z Tobą poprzez Twoją stanowczą postawę, Twoje zdecydowane NIE wszelkim próbom zbliżenia się do Ciebie. Bardzo mu wtedy pomożesz. Będzie mógł odciąć się od Ciebie i od przeszłości, która się z Tobą wiąże i przestać czerpać z tego, źródła, z którego stale pozwalasz mu pić, poprzez Twój totalny brak konsekwencji. Oszczędzisz mu wiele czasu i niepotrzebnych emocji.
A zysk, jaki sama z tego będziesz miała, będzie ogromny i wymierny w każdej dziedzinie Twojego życia. Oczywiście jeśli go kochasz i jesteś w stanie z tej miłości ofiarować wolność jemu i sobie.
aurora pieknie napisane.
Pięknie, bo aurora potrafi pięknie pisać. W moim odczuciu jednak tym razem pisze nieprawdziwie i niesprawiedliwie.
Pisanie tutaj nie przynosi Ci żadnej ulgi, żadnego pocieszenia, nie robisz najmniejszych nawet postępów, by zechcieć zsunąć już z ramion tę pelerynę rozpaczy.
Nie wiesz, co mi przynosi pisanie tutaj. Nie wiesz, czy robię postępy.
Jeśli naprawdę kochasz tego człowieka, to zlituj się wreszcie i daj mu szansę zerwania kontaktu z Tobą poprzez Twoją stanowczą postawę, Twoje zdecydowane NIE wszelkim próbom zbliżenia się do Ciebie. Bardzo mu wtedy pomożesz. Będzie mógł odciąć się od Ciebie i od przeszłości, która się z Tobą wiąże i przestać czerpać z tego, źródła, z którego stale pozwalasz mu pić, poprzez Twój totalny brak konsekwencji. Oszczędzisz mu wiele czasu i niepotrzebnych emocji.
Przeczytałam to z dużą przykrością i niesmakiem. Abstrahuję nawet od tego, że ze zdania wynika, że jeśli go nie kocham, nie powinnam dawać mu szansy zerwania. Co jest absurdem. Cały czas słyszę tu, że go nie kocham - taka jest interpretacja. Po cóż więc apelowanie u mnie do tak szlachetnych uczuć wyższych? Bardziej razi (kolegujemy się wirtualnie, nie znam Was, więc nie mogę napisać, że mnie to boli - faktycznie tak nie jest) mnie to, że mam mu DAĆ SZANSĘ, POZWOLIĆ, OSZCZĘDZIĆ, POMÓC. Dziwi brak symetrii w ocenie jego i moich działań. Pamiętam, jak kilka miesięcy temu przyznałam się, że zainicjowałam kontakt i oburzona relacjonowałam, że on go przyjął. Jakież gromy się na mnie posypały! Że sama wywołuję akcję, a mam pretensje do niego, że mi nie pomaga milczeniem (które zadeklarował). Nikt wtedy nie zająknął się, że mógłby mi DAĆ SZANSĘ, POMÓC, OSZCZĘDZIĆ etc. Gdy on mnie nachodzi, robi sceny zazdrości bardzo trudne do rozegrania bez robienia afery w miejscu publicznym po tym jak SAM zadeklarował, że już nie chce próbować, to ja - będąc w psychicznej rozsypce - powinnam mu wówczas DAĆ SZANSĘ, POMÓC, OSZCZĘDZIĆ.
Chyba powinnam mu (CELOWNIK) dać link to tej strony, to chyba dla niego (DOPEŁNIACZ) byłaby większa pomoc niż dla mnie. Gdybym tylko miała z nim (NARZĘDNIK) kontakt.
Enona wybacz jesli Cię urazamy.Mi z pewnoscia nie o to chodzi.Po prostu czytajac Twe posty widzi się zakochaną i zrozpaczoną kobietę.W tym watku chcemy Ci dodac odwagi do przerwania tego związku.Jesli nasza interpetacja jest błędna, to sorki.
534 2015-05-07 09:21:52 Ostatnio edytowany przez Przyszłość (2015-05-07 09:26:30)
Enona,
Czytasz forum już kilka miesięcy i z pewnością zauważyłaś, źe są tutaj osoby, które odczuwają złość i/lub lęk i/lub smutek i/lub przygnębienie całymi miesiącami czy nawet latami. Ale są także osoby, które radzą sobię z tymi odczuciami w kilka, kilkanaście dni lub tygodni.
Zastanawiałaś się dlaczego tak się dzieje, że wiele osób wciąż odczuwa przygnębienie swoimi niepowodzeniami i porażkami a ich stany emocjonalne nie wybrzmiewają jak u innych, lecz zmieniają się w nastroje albo wprost stają się częścią tych osób niczym ich cecha lub właściwość?
Zastanawiałaś się nad tym?
Ja trochę pochyliłam się nad pytaniem, dlaczego emocje, których naturą jest to, że dość szybko wybrzmiewają, bo pojawiają się i znikają, to jednak w przypadku niektórych osób stają się constans.
I wiesz, wyszło mi, że te osoby NIE POZWALAJĄ tym emocjom zniknąć, one PODSYCAJĄ w sobie wciąż i na nowo te emocje, pławią się w nich. Te osoby LUBIĄ roztrząsać problemy, które utrzymują w nich ten stan emocjonalny na stałym poziomie. A robią to "pod przykrywką" rozwiązywania problemów, szukania rozwiązań, naprawiania, prostowania sytuacji, które w rzeczywistości sami komplikują.
Wokół rozkwita wiosna, przyroda budzi się do życia, ludzie wystawiają się do słońca, a Ty o czym myślisz Enono:
Post #497
Nie daję rady. Znów się poniżyłam. Kontakt.
Post #499
on chciał kredytu zaufania, ja - aktu skruchy. On pytał - jakiego? Nie wiem, to się czuje. Ja nie czułam, ale dlaczego teraz płaczę? Za czym?
Post #502
Całą noc i cały dzień przepłakałam. Świadomość zadanego mi bólu zerowa w porywach do poziomu "jeden", którym - jak dotąd - zawsze udało mu się mnie zmylić.
Post #505
A ja sobie o swojej odpowiedzialności za niego roję w głowie. Bez wzajemności niestety.
Post #510
Trwam, ale mam się bardzo źle. Niestety z czasem jest coraz gorzej. Nie mogę spać, towarzyszy mi ciągły lęk.
Jest tego więcej, ale moźe już wystarczy.
Enona,
Sama sobie TO robisz. Nie pozwalasz odejść emocjom, które Cię zatruwają, katując się myślami, które te emocje przywołują. Wciąż przerabiasz to samo. Roztrząsasz. Analizujesz. Porównujesz. Szukasz rozwiązań, które ponoć pomogą Tobie wszystko zrozumieć. A czym więcej o tym myślisz, tym jest gorzej, tym więcej masz problemów. Bo wciąż na nowo rozdrapujesz bolesną ranę zamiast pozwolić jej się wygoić.
Sposób, który wybrałaś i nadal każdego dnia wybierasz, aby rozprawić się z przeszłością to droga do nikąd. Tylko się Tobie wydaje, że każdego dnia przybliżasz się do rozwiązania i pewnego dnia wszystko zrozumiesz, głęboko odetchniesz, uśmiechniesz się do siebie a świat odzyska kolory.
Bo świat te kolory ma cały czas, ale Ty nie odbierasz zmysłami tego, co jest tu i teraz, tylko zawisłaś gdzieś między przeszłością a teraźniejszością.
Dopóki nie uświadomisz sobie, że z własnego wyboru, z własnej inicjatywy, za sprawą własnego umysłu jesteś w tym niebycie, dopóty będziesz czuła się źle. Zacznij przyglądać się własnym myślom. Bądź świadoma, że właśnie teraz pochłaniają Ciebie Twoje własne myśli. Zacznij nad nimi panować. Przesiądź się do fotela kierowcy.
Postaram się odpowiedzieć później bardziej szczegółowo. Bardzo chciałabym oddychać pełną piersią, cieszyć się wiosną. Mam nawet wrażenie, że przyroda ma ogromną, kojącą moc. Też wystawiam twarz do słońca, kupuję ukochany bez. Ale nie jest tak jak było, nie jest dobrze.
Z Waszych wpisów płynie dla mnie jeden wniosek (szczególnie, Przyszłość, dziękuję Ci za tę kompilację cytatów): to, co tu piszę ostatnio często jest powierzchownym smuceniem. Przygnębienie sprawia, że nie mam siły pisać więcej. A jak siłę mam, to czasu brak. Bo to, co ten stan powoduje jest bardzo złożone, ma wiele aspektów. A ja mam potrzebę o nich myśleć, analizować. Nie mówcie mi, że za dużo. Za mało! A czas, w którym ludzie sobie radzą? Zgadzam się, jest różny, indywidualny. Ale nie uważam, że to jest podstawa jakiegoś wartościowania. Moim problemem jest to, że nie określiłam/nie przyznałam się przed sobą, z czym mam sobie poradzić, tzn. jaki jest punkt dojścia.
536 2015-05-07 17:10:41 Ostatnio edytowany przez Elle88 (2015-05-07 17:11:10)
Prawda. Przyszłość bardzo fajnie Ci Twój obecny stan podsumowała.
Zamęczysz się kiedyś przez te przeintelektualizowane analizy każdego 'pierdnięcia'
Za każdym razem niby wiesz co robisz nie tak i za każdym razem znajdujesz nowy- stary powód by w tym tkwić, bo "jeszcze muszę znaleźć siódme dno dna i wtedy już na pewno będę mogła się skupić na celu.. no ale jakiż ja mam ten cel? no chwila.. Wiem!
By się tego dowiedzieć musze (po raz pierdyliardowy) przestudiować historię mojego związku i każde słowo i gest, które padło. Czyli jestem w domu..Nie, chwila- będę w domu , jeszcze tylko raz pozwólcie zanurzyć się w opiatach cierpienia..achhhh..oooch..jak swojsko , jak dobrze...mmmm.."
![]()
![]()
537 2015-05-07 23:08:20 Ostatnio edytowany przez aurora borealis (2015-05-07 23:25:25)
Enono,
Szkoda, że jesteś w takim stanie, że zapisane tu treści czytasz wyłącznie literalnie.
Nie będę cytować postów z ubiegłych miesięcy, w których właśnie asymetrycznie, z przewagą wniosków dotyczących Jego postępowania napisali Tobie inni oraz ja sama śledząc Twoją historię.
Jeżeli uważasz, że czynisz postępy, że jesteś na najlepszej drodze do odkrycia tajemnicy dlaczego Cyrano Cię zdradzał, dlaczego wyprowadził się od Ciebie, dlaczego Cię porzucił i dlaczego teraz doznaje porozstaniowych ataków "miłosnej epilepsji", gdy pozwalasz mu spędzić weekend w Twoim mieszkaniu, albo szalejesz po otrzymaniu jednego SMS-a, to bardzo Cię przepraszam.
Mam w takim razie problem z właściwym wyciągnięciem wniosków z postów zamieszczanych tu przez Ciebie od dziewięciu miesięcy, oraz z wpisów Osób, które usiłują naświetlić Ci to, co nasuwa się im w związku z pytaniem zadanym przez Ciebie w tytule wątku...
Walka kojarzy mi się z przemocą. Nie chcesz zrozumieć, że jesienią ubiegłego roku tak naprawdę wydałaś walkę samej sobie, a na placu boju zostałaś już tylko Ty...
"Miłość nie bitwą żyje, życiem jej zwycięstwo."
Taka sytuacja. Nie mamy kontaktu od miesiąca. Jestem spokojniejsza. Ale gdzieś w środku czuję się z nim związana.
Enono..
to minie, bądź spokojna. Przyjdzie taki moment, że nie będziesz mogła uwierzyć, że walczyłaś.
Przyjdzie złość i niezgoda na to, jak zostałaś potraktowana. I solenna obietnica, że nigdy więcej mu na to nie pozwolisz..
Daj sobie czas, ale nie rozdrapuj tego więcej.
Dzięki, a_noli. Najtrudniejsza jest ta pustka. To coś innego niż na początku. Nie chodzi mi o brak osoby, wypełnienia czasu czy emocjonalne wykorzenienie. Raczej jakieś głębokie uczucie wypalenia, gdzieś w samym trzonie mojego człowieczeństwa.
Tęsknię za przystanią, za siłą (osobą? autorytetem? kimś bezwarunkowo bliskim?), kto przyjmie mnie właśnie w tej nędzy. Nie wiem, czy znajdę kiedyś miłość. To prawie niemożliwe, bo właśnie tak ją widzę.
Witajcie! Nie było mnie tu dłużej. Układałam siebie, otrząsałam się, uspokajałam, cieszyłam latem, zaczęłam znowu żyć, tym życiem się ciesząc, bardziej nawet, a na pewno inaczej niż wcześniej. Spotkałam kogoś, kto wsparł mnie na drodze zdrowienia. Jakiś czas temu przeczytałam sobie swój wątek, Wasze odpowiedzi. Rok temu i jeszcze kilka miesięcy potem w strasznym byłam stanie. Nie chcę tam wracać.
Jakiś czas temu spotkaliśmy się przypadkiem. Jedna rozmowa, spotkanie... Stało się to regularne.
Puk puk! Czy ktoś jeszcze pamiętam ten wątek?
Kto tam?
Pamiętam, wciąż tu jestem - po cichu. Enono, jak Tobie?
Nie jest dobrze... Wciąż w tym tkwię... Niby inaczej, niby wiele się zmieniło we mnie, ale od kilku tygodni mam silne poczucie, że dzieje się coś bardzo złego.
Enona opowiedz co tam słychać:)
Nie czytałam tych 15 stron, ale przeczytałam pierwszy post i jest z... 2014 roku! Mamy tak jakby 2016, a Ty dalej tkwisz w czym? W związku, który skończył się dwa lata temu?
Enona zwróć się po profesjonalną pomoc do psychologa.
Jak widać sama sobie nie pomożesz.
To najlepsze co możesz teraz dla siebie zrobić.
Bo inaczej przegapisz szansę na prawdziwą miłość.
![]()
2 lata.. Serio ??
Serio Enono ??
Sama nie wiem ... Gratulowac czy wspolczuc ??
Słuchajcie, rzecz w tym, że od września się spotykamy, tak jak pisałam (z jeszcze jedną przerwą)...
Czyli jednak wspolczuc ....
Jeśli współczuć, to tylko ze względu na mnie, bo... nie umiem podjąć jednoznacznych kroków. On chciałby pełnego powrotu, tym razem w małżeńskim kształcie, żeby było jak należy. A ja... No właśnie, tu jest pies pogrzebany. Z jednej strony myślę, że umiałabym się tego podjąć, że byłoby to dla mnie dobre, z drugiej - boję się, że nie podołam, że to, co się wydarzyło skaziło nas nieprzekraczalnie, albo po prostu zawsze było coś nie tak i to była tylko pieczęć.
I z tymi wątpliwościami w głowie sądzisz, że potrzebujesz kolejnych lat by je 'rozwiać' czy najpierw planujesz wziąć z nim ślub i rozkminać to w trakcie?
Z tego ironicznego pytania wieje jednak przerażeniem: czy są tylko takie dwie możliwości?
Myślę o radykalnym przebaczeniu. Jak wspomniałam, ponad pół roku temu udało mi się dzięki pomocy pewnego człowieka uporać z wyrzutami i gniewem i w bardzo krótkim czasie zrozumieć to, czego bardzo długo zrozumieć nie mogłam: że trzeba to po prostu puścić. Wkrótce potem się spotkaliśmy i miałam okazję to zweryfikować. Co się okazało: rzeczywiście, nie ma już we mnie żalu. Usunęłam go decyzją. On, zobaczywszy tę zmianę, znów chciał się zejść. Ale wtedy - niespodzianka - ujawnił się u mnie emocjonalny opór. Okazało się, że to, z czego nie zdawałam sobie sprawy, będąc daleko, ujawniło się wobec hipotezy bliskości. Krótko mówiąc, mogłam wolą zmienić decyzję, ale nie jestem - póki co - w stanie podporządkować jej uczuć.
Może jest tu ktoś, kto rozumie, o czym mówię i/lub miał podobne doświadczenie?
556 2016-03-07 19:59:24 Ostatnio edytowany przez aurora borealis (2016-03-07 20:05:09)
Enono,
Być może pytanie Elle jest ironiczne, ale zważając na to, że przez sześć lat stanowiliście z Cyrano bardzo trudną we wzajemnej relacji parę, pełną konfliktów, wątpliwości i jego zdrad, a teraz od dwóch, po rozstaniu, usiłujesz poskładać się na nowo bez widocznych efektów, to faktycznie perspektywa Twojego małżeństwa z tym człowiekiem wydaje się być czymś rodzaju anihilacji.
Co się okazało: rzeczywiście, nie ma już we mnie żalu. Usunęłam go decyzją.
Skoro potrafisz jednak czynić cuda zamieniając własne emocje mocą aktów wolicjonalnych, to czy nie mogłabyś w podobny sposób usunąć de Bergerac'a z mapy topograficznej i uczuciowej Twojego życia?
Witaj, auroro!
faktycznie perspektywa Twojego małżeństwa z tym człowiekiem wydaje się być czymś rodzaju anihilacji.
Czy możesz rozwinąć tę myśl? Prośba serio - chyba że sama wypowiedź jest żartem.
Ja wolicjonalnie nie jestem właśnie w stanie zmienić uczuć. Jestem w stanie tylko podjąć decyzję, że chcę wybaczyć, nie chcę chować urazy. Ale to się nie przekłada na pragnienie zażyłości, zastanawiam się, czy na taką możliwość się w ogóle przekłada. Jego z życia jestem w stanie usunąć, ale może powinnam raczej postarać się go kochać. Podpowiedzcie, proszę, nie co zrobić, ale jakie pytania sobie zadać, żeby rozstrzygnąć, czy życie z tym człowiekiem daje jakiekolwiek nadzieje? Auroro, dlaczego jednoznacznie stwierdzasz, że nie? Znów pytanie serio - wiem, że masz doświadczenie i intuicję w tej materii. W wielu punktach z pewnością się różnimy, ale jestem ciekawa Twojego zdania.
Witaj, auroro!
aurora borealis napisał/a:faktycznie perspektywa Twojego małżeństwa z tym człowiekiem wydaje się być czymś rodzaju anihilacji.
Czy możesz rozwinąć tę myśl? Prośba serio - chyba że sama wypowiedź jest żartem.
Ja wolicjonalnie nie jestem właśnie w stanie zmienić uczuć. Jestem w stanie tylko podjąć decyzję, że chcę wybaczyć, nie chcę chować urazy. Ale to się nie przekłada na pragnienie zażyłości, zastanawiam się, czy na taką możliwość się w ogóle przekłada. Jego z życia jestem w stanie usunąć, ale może powinnam raczej postarać się go kochać. Podpowiedzcie, proszę, nie co zrobić, ale jakie pytania sobie zadać, żeby rozstrzygnąć, czy życie z tym człowiekiem daje jakiekolwiek nadzieje? Auroro, dlaczego jednoznacznie stwierdzasz, że nie? Znów pytanie serio - wiem, że masz doświadczenie i intuicję w tej materii. W wielu punktach z pewnością się różnimy, ale jestem ciekawa Twojego zdania.
Bo miłość na takim etapie, na jakim Wy się znajdujecie nie jest staraniem się. Miłość jest faktem. Jest albo jej nie ma. Po prostu. Nie można jej zdobyć za pomocą wysiłku, woli, ani nawet najczystszych pragnień.
Ty zaś, od początku tej relacji nie uczysz się kochać, ale przyzwyczajasz swoje serce do coraz większego cierpienia, tak, że Cyrano zadaje Ci coraz dotkliwsze ciosy, a wydaje się, że Ty straciłaś już nawet skalę odczuwania tego bólu i docierasz do jakiegoś ekstremum wręcz wmuszając w siebie to uczucie. To po pierwsze...
A po drugie:
Bo jesteś piękną Kobietą.
Bo Twoja ekspresja jest urzekająca.
Bo choroby kesonowej można się nabawić próbując zbadać Twoje wnętrze.
Bo tyle w Tobie przeżyć, że mogłabyś obdzielić nimi pięć innych osób.
Bo dostałaś od życia tak wiele, że można paść z zazdrości...
A wszystko to niszczysz usiłując zmienić nurt zdarzeń, tak, jak niegdyś Ruscy odrwacali bieg syberyjskich rzek wywołując tym potężne katastrofy, których nijak nie przewidzieli.
Enono, dlaczego nie możesz pojąć, że rozstając się z nim, właśnie w imię Miłości, możesz ocalić nie jedną, a dwie osoby?
Rozczuliłam się ja, a raczej moja połechtana próżność
Cyrano, jak go nazywasz, nie wymierza już chyba świadomie ciosów, to raczej ja... Serio.
https://www.youtube.com/watch?v=pk1dlsiYvhY Co tym sądzicie?
Jak nie dawać się unieść płytkim emocjom: poczuciu pseudoodpowiedzialności, strachu, pustce, rozczuleniu, współczuciu? Jak odróżnić je od prawdziwych poruszeń? Jak trawle umocnić siebie i swoją pozycję, żeby została potraktowana poważnie i uszanowana? Jak obrać kierunek i domagać się jego uszanowania? Jak sprawić, by wybaczenie i chęć powrotu zostały potraktowane poważnie, jako siła, a nie słabość? A jeśli dochodzi do rozstania, jak domagać się powagi jego ostateczności? Czy mamy w ogóle prawo ostatecznie odebrać siebie komuś, komu daliśmy swoją przyjaźń? Czy można cofnąć ten dar?
561 2016-03-13 12:44:08 Ostatnio edytowany przez Bellatrix (2016-03-13 12:48:38)
Jak nie dawać się unieść płytkim emocjom: poczuciu pseudoodpowiedzialności, strachu, pustce, rozczuleniu, współczuciu? Jak odróżnić je od prawdziwych poruszeń?
Pisałaś wcześniej, że wybaczyłaś mu, bo podjęłaś taką DECYZJĘ. Czemu teraz nie możesz podjąć DECYZJI? Nie pytaj, jak to zrobić, bo doskonale znasz odpowiedź. Podejmij decyzję.
Jak trawle umocnić siebie i swoją pozycję, żeby została potraktowana poważnie i uszanowana? Jak obrać kierunek i domagać się jego uszanowania? Jak sprawić, by wybaczenie i chęć powrotu zostały potraktowane poważnie, jako siła, a nie słabość? A jeśli dochodzi do rozstania, jak domagać się powagi jego ostateczności?
Jeśli chcesz być traktowana poważnie i szanowana, traktuj Ty samą siebie poważnie i z szacunkiem. A tego właśnie w żadnym Twoim poście nie widać. Nie kochasz siebie i nie szanujesz, więc nie spodziewaj się szacunku od innych. Tego zresztą nie da się na kimś wymusić. Pozwoliłaś na to, żeby ktoś szastał Twoimi uczuciami, bo sama szastasz słowami bez wewnętrznego przekonania. Popracuj najpierw nad tym, żeby określić siebie. Siebie jako człowieka. I nie uzależniaj tego wizerunku od bycia z kimkolwiek.
Czy mamy w ogóle prawo ostatecznie odebrać siebie komuś, komu daliśmy swoją przyjaźń? Czy można cofnąć ten dar?
Owszem można, ponieważ tak się w życiu zdarza, że ludzie zawodzą. Z prostej przyczyny - są tylko ludźmi.
Szkoda mi Ciebie, dziewczyno, bo czytam w miarę na bieżąco Twój wątek i nie widzę żadnego postępu, wręcz regres. Inni piszą Ci naprawdę fajne, dające do myślenia rzeczy, a Ty to lekceważysz, bo chyba nie takich odpowiedzi się spodziewasz. Wnioskuję to po tym, że zadajesz pytania te same co kilka stron wcześniej. Nie wiem, może jakiś grom z jasnego nieba by Ci się przydał, żebyś się wreszcie ogarnęła, zajęła się sobą i zaczęla normalnie żyć i oddychać pełną piersią. Być może to jeszcze nie ten czas... Ja też bardzo długo przechodziłam przez cierpienia porozstaniowe, chyba nawet dłużej niż Ty w tej chwili, ale to się skończyło dzięki temu, że mnóstwo pracy włożyłam w SIEBIE, w siebie jako jednostkę samodzielną i samostanowiącą o sobie.
Witaj, dziękuję za komentarz. Nie znałam wcześniej Twojego wątku, teraz zaczęłam czytać. W początku Twojej historii widzę pewne analogie do swojej. Ale stan obecny jest inny. Ja mu nie pozwoliłam wrócić, choć on twierdzi, że tego chce. Mam w sobie opór, nawet podczas spotkań nie jestem w stanie się otworzyć, nie jestem w stanie poprosić o pomoc. A z drugiej strony nie umiem się odciąć, po pewnym czasie zaczynam czuć niepokój graniczący z szaleństwem. I to jest paradoks: nie odcinam się, ale nie umiem być blisko. Niedawno usłyszałam, że jeśli chce się wrócić po zdradzie, trzeba sobie jakoś określić, co będzie dla nas znakiem zadośćuczynienia, spełnieniem jakichś koniecznych do odbudowy zaufania warunków.
Niedawno usłyszałam, że jeśli chce się wrócić po zdradzie, trzeba sobie jakoś określić, co będzie dla nas znakiem zadośćuczynienia, spełnieniem jakichś koniecznych do odbudowy zaufania warunków.
Ja usłyszałem, że nie da się odbudować związku po zdradzie, ile ludzi tyle teorii. Wiem, że da się odbudować związek, jednak koszt jest ogromny. Warto więc się zastanowić czy warto. Jeżeli są dzieci to dla nich warto. Jednak gdy jest to związek dwojga ludzi bez "balastu" to już inna bajka. Zdrada bierze się z czegoś, czeka miesiącami, po których przepraszam, jak i każde inne słowo nie wystarczy. Nie da się jej wymazać, zapomnieć od tak. Ratunek to ciężka praca nad sobą, swoimi emocjami, bólem, jak i praca na związkiem (komunikacja, bliskość). Naprawiajac związek po zdradzie nie zaczynamy od zera, mamy cholerny minus, a zera nawet nie widać.
Masz rację. A jak było w Twoim wypadku? Udało się?
565 2016-03-16 09:58:33 Ostatnio edytowany przez Garance_30 (2016-03-16 09:59:03)
Enona, to już się zrobił jakiś tasiemiec, nic się w twoim myśleniu nie zmienia, stoisz w miejscu, nie rozwijasz się. Nie o to w życiu chodzi. Dlaczego wciąż powtarzasz ten schemat? Poczytaj sobie raz jeszcze post Przyszłości (534), który dodała w twoim wątku powyżej. Tam masz wykładnię i podsumowanie twojego myślenia i działania. Obudz się i rusz do przodu.
566 2016-03-19 01:10:49 Ostatnio edytowany przez Bellatrix (2016-03-19 01:12:27)
Witaj, dziękuję za komentarz. Nie znałam wcześniej Twojego wątku, teraz zaczęłam czytać. W początku Twojej historii widzę pewne analogie do swojej. Ale stan obecny jest inny. Ja mu nie pozwoliłam wrócić, choć on twierdzi, że tego chce. Mam w sobie opór, nawet podczas spotkań nie jestem w stanie się otworzyć, nie jestem w stanie poprosić o pomoc. A z drugiej strony nie umiem się odciąć, po pewnym czasie zaczynam czuć niepokój graniczący z szaleństwem. I to jest paradoks: nie odcinam się, ale nie umiem być blisko. Niedawno usłyszałam, że jeśli chce się wrócić po zdradzie, trzeba sobie jakoś określić, co będzie dla nas znakiem zadośćuczynienia, spełnieniem jakichś koniecznych do odbudowy zaufania warunków.
Mojego wątku nie czytaj... Chyba, że chcesz poznać obraz kobiety upokorzonej przez siebie samą. Walczyłam długo o swoje małżeństwo i kompletnie nie przyjmowałam do świadomości, że mój mąż naprawdę nie chce ze mną być. Dziś żałuję i nie żałuję jednocześnie. Żałuję tej walki o niego, bo straciłam na to co najmniej kilka cennych lat swego życia, bo upokarzałam się i dlatego że często mam wrażenie, że mimo woli wdepnęłm w g...o. Nie żałuję, bo po pierwsze na tamten czas nie byłam w stanie postapić inaczej, nie umiałam i to było jedyne, na co mnie było stać, a po drugie - być może gdyby nie to, nigdy nie poznałabym tej brzydkiej strony mojego męża, co zaskutkowałoby jedynie tym, że do dziś siedziałabym i rozpaczała po stracie tak cudownego mężczyzny.
Nie mniej... zadałaś kolejne pytanie, na które odpowiedź w zasadzie jet prosta (metaforyczne pytanie). Wiesz... ja sądzę, że jeśli chce się z kimś być, to chce się być pomimo wszystko... Skoro wciąż masz wątpliwości, byc może nieuświadomiona intuicja podpowiada Ci, że to jednak nie jest to.
A skoro to nie to, to po co tracisz czas, jaki Ci został na tym padole, na ustawiczne analizowanie i rozkminianie związku, którego tak naprawdę już nie ma? Po co zachowujesz kontakt, ale bez bliskości?
Mam wrażenie, że chciałabyś, ale boisz się...
Chciałabys samotności (...żeby rozwiać Twoje myśli o związku), ale się jej boisz.
Może Ty masz problem z określeniem, czego tak naprawdę chcesz od życia?
Nie mogąc upewnić swoich kroków w żadnym kierunku, poszliśmy na terapię. I wiecie co? Zdanie terapeutów jest zupełnie inne niż komentujących tu: uważają, że nigdy nie przestaliśmy być parą, uważają, że wszystko się da uratować, a to co przeszliśmy to pikuś w porównaniu z tym, co widzieli. I wiecie: jeszcze bardziej nie wiem, co myśleć.
nie dziwi mnie Enono Twoja niewiedza, bardzo dobrze to ujęłaś..
I wiecie: jeszcze bardziej nie wiem, co myśleć.
to może przestań myśleć? Posłuchaj siebie i poczuj?
Dlaczego z uporem maniaka wierzysz, że ktoś inny zna te odpowiedzi lepiej od Ciebie?
Dobre pytanie... Rzeczywiście jest tak, jakbym innym ufała bardziej niż sobie. Lata praktyki. Teraz jednak staram się słuchać uważnie i krytycznie. Natomiast ta rozbieżność głosów nie daje poszukiwanej pewności...
Jestem wykończona. Czy to możliwe, że nie umiem ani odpuścić, ani zutylizować zdrady i odejścia tak, żeby móc znów być razem? Raz myślę, że bez niego nie mogę i nie chcę, bo mogę mu zaufać, raz - że nie dam rady, bo to człowiek-piskorz. To nie jest kwestia psychologii, na pewno nie tylko. Jak skończyć tę fatalną huśtawkę?? Jak ocenić uczciwie i znaleźć prawdę??
Nie wierzę. Ostatni wpis - prawie dwa lata od rozstania. Od niego minęło dokładnie 7 miesięcy - jest 8 stycznia - a ja mogłabym napisać dokładnie to samo! Nie mam do siebie sił! Trzy miesiące temu, z pomocą osoby trzeciej ustaliśmy deadline - podjęliśmy decyzję, że odpuszczamy. Miało być ostatecznie, mur beton. On o to prosił. A teraz - przypadkowe spotkanie w autobusie i znów się odezwał. Akurat wstrzelił się w przepływ tęsknoty. Z zaskoczenia nieopatrznie o tym powiedziałam. I zaczęło się rozkminianie tego, co tak naprawdę wtedy zaszło, że za mało zrozumienia itp. I że może jednak warto, że spotkajmy się pogadać. Odmówiłam, ale niekategorycznie. Poprosiłam o czas. Wzywam posiłki...
Enono, Ty rozum wezwij.
I Indywidualną terapię dla siebie.
Posiłki nic Ci tu nie pomogą, uwielbiasz się umartwiać i nurzać w oparach cierpienia.
Jeśli pojawia się szansa, że to cierpienie mogłoby się skończyć - to sama, swoimi decyzjami i czynami, wracasz do tego stanu.
Nie jesteś w stanie żyć bez tego bagienka i nie pojmujesz, że owo bagienko to nie prawdziwe, normalne życie ...
573 2017-01-09 17:46:51 Ostatnio edytowany przez Przyszłość (2017-01-09 17:47:15)
Nie wierzę. Ostatni wpis - prawie dwa lata od rozstania. Od niego minęło dokładnie 7 miesięcy - jest 8 stycznia - a ja mogłabym napisać dokładnie to samo! Nie mam do siebie sił! Trzy miesiące temu, z pomocą osoby trzeciej ustaliśmy deadline - podjęliśmy decyzję, że odpuszczamy. Miało być ostatecznie, mur beton. On o to prosił. A teraz - przypadkowe spotkanie w autobusie i znów się odezwał. Akurat wstrzelił się w przepływ tęsknoty. Z zaskoczenia nieopatrznie o tym powiedziałam. I zaczęło się rozkminianie tego, co tak naprawdę wtedy zaszło, że za mało zrozumienia itp. I że może jednak warto, że spotkajmy się pogadać. Odmówiłam, ale niekategorycznie. Poprosiłam o czas. Wzywam posiłki...
Odmów kategorycznie. Nawet albo tym bardziej jeśli przypływ tęsknoty nie mija.
Pozdrawiam Enono ![]()
Przyszłość, jak się cieszę, że właśnie Ty mi odpowiedziałaś. Dziękuję.
Ale... dlaczego tak? Dlaczego tak radzisz? Wiesz, że ten, kto nam pomagał, był skłonny raczej wspierać w schodzeniu się? Zrobię jeszcze małe podsumowanie.
Prawie dwa i pół roku. Rozstanie - zdrada - rozprowadzka. Pięć prób schodzenia się i pięć powtórnych rozstań. Śledzenie, co się dzieje z tym drugim, w okresach rozłąki. Przypadkowe spotkania. Nawrócenie i pomoc. Praca, która została włożona w to, by wybaczyć sobie nawzajem i wyjść poza schemat: "Kto jest na górze, a kto na dole? Kto dyktuje warunki?". Postępy w komunikacji. Jedne wspólne wakacje. Jednak napięcie w okresach intensywniejszych kontaktów, brak zaufania. Raczej spotkania niż bycie razem. Brak intymności, śladowa bliskość fizyczna. Mój opór. Pustka bez niego, pustka z nim. Myśl o tym, jaki jest wektor tego wszystkiego: nadzieja, że może to nie tylko niemożność odcięcia się, ale wiara, że możemy być dobrym, szczęśliwym związkiem. I rady osób, które z jakichś powodów uważają, że tak może być i zachęcają mnie, żebym podjęła to ryzyko.
Mówi się, że nie powinniśmy wchodzić dwa razy do tej samej rzeki. Bo gdybyśmy dobrze czuli się w jej wodzie, nigdy byśmy z niej nie wyszli.
"Pięć prób schodzenia się i pięć powtórnych rozstań"
Enona zrobisz jak zechcesz, to twój wybór.
576 2017-01-09 21:49:25 Ostatnio edytowany przez feniks35 (2017-01-09 21:50:42)
Przyszłość, jak się cieszę, że właśnie Ty mi odpowiedziałaś. Dziękuję.
Ale... dlaczego tak? Dlaczego tak radzisz? Wiesz, że ten, kto nam pomagał, był skłonny raczej wspierać w schodzeniu się? Zrobię jeszcze małe podsumowanie.
Prawie dwa i pół roku. Rozstanie - zdrada - rozprowadzka. Pięć prób schodzenia się i pięć powtórnych rozstań. Śledzenie, co się dzieje z tym drugim, w okresach rozłąki. Przypadkowe spotkania. Nawrócenie i pomoc. Praca, która została włożona w to, by wybaczyć sobie nawzajem i wyjść poza schemat: "Kto jest na górze, a kto na dole? Kto dyktuje warunki?". Postępy w komunikacji. Jedne wspólne wakacje. Jednak napięcie w okresach intensywniejszych kontaktów, brak zaufania. Raczej spotkania niż bycie razem. Brak intymności, śladowa bliskość fizyczna. Mój opór. Pustka bez niego, pustka z nim. Myśl o tym, jaki jest wektor tego wszystkiego: nadzieja, że może to nie tylko niemożność odcięcia się, ale wiara, że możemy być dobrym, szczęśliwym związkiem. I rady osób, które z jakichś powodów uważają, że tak może być i zachęcają mnie, żebym podjęła to ryzyko.
Boze jak mi Cie zal Kobieto. Ty nawet nie widzisz jak bredzisz. Gdybys byla chociaz troche przytomna to czytajac to co sama nawet przed chwila napisalas uznalabys ze potrzebujesz natychmiastowej pomocy specjalisty. Nie wiem nawet jak okreslic to cos w czym zyjesz. Chory masochizm to chyba za malo.
Nie wiem, czy dla kogoś tu jeszcze odnowienie tego wątku będzie czymś innym niż archeologia... Jesteśmy dwa lata po ślubie. Było różnie z przewagą kiepsko. Nieufność, twardość pozostała. Stare problemy + rana. On podjął już decyzję o wyprowadzce.
Nie wiem, czy dla kogoś tu jeszcze odnowienie tego wątku będzie czymś innym niż archeologia... Jesteśmy dwa lata po ślubie. Było różnie z przewagą kiepsko. Nieufność, twardość pozostała. Stare problemy + rana. On podjął już decyzję o wyprowadzce.
Czyli - zgodnie z przewidywaniami wszystkich udzielających się w tym wątku - po 5 latach okazało się, że nie warto było walczyć.
Bardzo mi przykro i współczuję, że zgodnie ze wszystkimi przewidywaniami - straciłaś te 5 lat ![]()
Enono!
Nie wierze - żądam wyjaśnień!
Mimo wszystko, ciesze sie, ze jestes z powrotem - opowiedz nam, czy bylo warto?
580 2019-10-22 23:18:00 Ostatnio edytowany przez aurora borealis (2019-10-22 23:21:10)
Enono, to, że Cyrano zamierza się wyprowadzić, nie jest żadnym zmartwieniem. Mógłby przecież dostać złoty medal z napisem "350 razy w tę i z powrotem do Enony". Odejdzie od Ciebie, sponiewiera się i wróci. Przecież on zawsze wraca! Od jedenastu lat, od kiedy się znacie tak robi. A im bardziej się sponiewiera po wyprowadzce, tym mocniej zapragniesz znowu go mieć przy sobie. No dobra, zrugasz go dla świętego spokoju parę razy, żeby okazać swą wyższość i poczuć się jak Nike z Samotraki, niby niepokonana, ale... całkiem bez głowy. On zaś, zrugany zwiesi smętnie łeb, zasromota się z powodu Twoich dąsów, kolejny raz odegracie ten teatrzyk dla dwojga i znowu splączą się ontycznie Wasze byty na trzy tygodnie, cztery miesiące lub dwa lata z okładem, aż do czasu, gdy dramatyczne okoliczności życia nie popchną go w kierunku drzwi wyjściowych. On jest jak Pciuch Wojtyszki - może stosować naprzemiennie frazę: "Cóż mi zostało - odchodzę", "Cóż mi odeszło - zostaję" ; - )))
Nic się nie martw, Enono!
Do zobaczenia na Forum za kolejne dwa lata! Bawcie się dobrze!
Enona, trafiłam na twój wątek kilka dni temu i przeczytałam go za jednym zamachem. Twoja historia na prawdę mocno mną wstrząsnęła.
Sama jestem po rozstaniu (właśnie mijają 4 m-ce). Powody były inne niż zdrada, ale rownież poważny kaliber (opisałam tą historię w swoim wątku). Jesteśmy teraz w kołowrotu decydowania, czy wrócić do siebie, czy jednak ostatecznie dać sobie spokój. Ten proces jest strasznie wyczerpujący i naznaczony ogromnymi wątpliwościami, ale do złudzenia przypomina mi to co opisywałaś kilka lat temu.
Uczepiłam się nadziei, ze uda mi się to jakoś wyprostować, nakręcam się i już nie wiem, czy te myśli mnie ogarniające nie mają już jakiejś formy obsesji. Po przeczytaniu Twojego wątku, zaczęłam się zastanawiać, gdzie jest w tym wszystkim granica? Czy brnąć w to dalej nie wyrządzam sobie strasznej krzywdy, i czy musi dojść do takiej historii jak Twoja, żeby klapki spadły z oczu?!
582 2019-10-27 22:01:11 Ostatnio edytowany przez aurora borealis (2019-10-27 22:02:14)
Po przeczytaniu Twojego wątku, zaczęłam się zastanawiać, gdzie jest w tym wszystkim granica? Czy brnąć w to dalej nie wyrządzam sobie strasznej krzywdy, i czy musi dojść do takiej historii jak Twoja, żeby klapki spadły z oczu?!
Granica jest tam, gdzie Ty ją wyznaczysz. I to Ty decydujesz kto i w którym miejscu może ją przekroczyć lub przed kim czy przed czym ustawić zasieki...
Enona jest jak Eurydyka. Ginie, bo zamiast wyrwać się z piekła tej relacji sama, czeka na Orfeusza, który znowu w decydującym momencie spatałaszy i nie uratuje ani jej, ani siebie. Oto historia ostatnich jedenastu lat z życia intrygującej, wrażliwej, błyskotliwej intelektualnie i zapewne pięknej kobiety, jaką jest Enona. Do dziś nie mogę uwierzyć, że można na własne życzenie tak sobie powichrować losy...
Dziękuję, że jesteście. Że ktoś tu jeszcze jest. Nie wiem, co mam napisać. I dlaczego właściwie po trzech latach postanowiłam znów tu napisać. Chyba dlatego, że pamiętam, jak bardzo zaskoczyło mnie, że można w internecie znaleźć anonimowo TAKIE osoby i TAKIE wsparcie. Z którego nie umiałam skorzystać. Czytam dziś swój wątek jeszcze raz i bardzo żałuję, że nie skorzystałam. Teraz jestem sakramentalną żoną. Do ślubu doszłam przez nawrócenie. On też sprawiał wrażenie nawróconego, ale dziś nie chce ani podjąć terapii, ani udzielić odpowiedzi na pytanie, czy sakrament ma dla niego znaczenie. Dla mnie ma. Dlatego powiedziałam, że ja się nie wyprowadzę. Jego zapał do wyprowadzki osłabł, powiedział, że to może potrwać do nowego roku. Ciężko mi, bo to, że się nie wyprowadzam, nie znaczy, że mam siłę znów go zachęcać, przekonywać. Nie mam z czego dać. Czuję się spustoszona. Auroro, dzięki za Eurydykę. To ładne. Wolałabym, żeby zostało w książkach i na antycznych wazach.
Hmmm.
Czyli - nie chcesz niczego zmieniać, ale chcesz żeby wszystko się zmieniło - czy dobrze to rozumiem?
W takim razie życzę Ci powodzenia, bo będzie Ci bardzo potrzebne.
585 2019-10-28 17:14:47 Ostatnio edytowany przez Enona (2019-10-28 17:18:51)
IsaBella, robię małe kroki. Niezależnie od wszystkiego jestem w terapii, żeby zrozumieć, skąd u mnie takie pokrętne mechanizmy, takie lękowe motywacje. Żeby zobaczyć, co niosę na barkach od dzieciństwa. W każdym razie zmierzam do tego, że miłość tak czysta i bezinteresowna, żeby znieść to wszystko (a nie o wszystkim Wam napisałam), nie przepłynie teraz przeze mnie. A myślę, że mój mąż bywa tak trudnym człowiekiem przez fundamentalne niedokochanie, brak miłości i akceptacji. Czyli dokładnie z tego samego powodu, dla którego inaczej trudnym człowiekiem bywam ja. Natomiast martwi mnie to i tego nie rozumiem, że jest on absolutnie zamknięty na próby podrążenia tego i objęcia głębszą refleksją, do której okazji ja cały czas szukam i w czym znajduję jakieś skrawki odpowiedzi i nadzieję na ukojenie.