To Twoje życie.
Możesz je marnować na tyle sposobów, ile Ci tylko przyjdzie do głowy.
Pięć lat temu przeczytałaś tutaj, że z tego związku nic nie będzie. Mogłaś być dzisiaj o lata świetlne dalej. Mogłaś być w satysfakcjonującym związku. Mogłaś być matką. Mogłaś być szczęśliwa. Mogłaś tak wiele.
Tymczasem nie posunęłaś się nawet o milimetr do przodu ... a dodatkowo jesteś w terapii po to, aby koncentrować się na mężu - i dojść do tego, dlaczego on jest taki a siaki a owaki.
A jeśli on po prostu taki jest i nie ma najmniejszej ochoty na żadne zmiany, albo głębsze refleksje, na które Ty ciągle masz nadzieję?
Nie uzdrowisz go na siłę. On się nie zmieni.
Nie będę Ci pisać co zrobiłam w swoim życiu przez ostatnie 5, czy 11 lat, ale możesz uwierzyć, że było to sporo dobrego, co i wyszło mi na dobre.
Naprawdę szkoda mi Ciebie. Po 11 latach pierdzielnika człowiek uciekałby od tego w siemiomilowych butach, a nie "małymi krokami".
Podobne tematy
587 2019-10-28 17:52:51 Ostatnio edytowany przez Cyngli (2019-10-28 19:31:20)
Tak, mogłam. Ale...
The past cannot be changed,
forgotten, edited, or erased.
It can only be accepted
Aha, i nie wiem, skąd wniosek, że na terapii koncentruję się na mężu, podczas gdy napisałam, że na swoim balaście.
588 2019-11-05 02:29:02 Ostatnio edytowany przez aurora borealis (2019-11-05 02:31:03)
Teraz jestem sakramentalną żoną. Do ślubu doszłam przez nawrócenie. On też sprawiał wrażenie nawróconego, ale dziś nie chce ani podjąć terapii, ani udzielić odpowiedzi na pytanie, czy sakrament ma dla niego znaczenie. Dla mnie ma.
Delikatna materia, ale spróbuję...
Akt nawrócenia nie jest czymś jednorazowym i podobnie jak wiara ma charakter continuum. Oba są łaską, a nie zasługą człowieczej woli, pracy czy jakichś wyjątkowych starań. Szaweł nie spadł z konia, bo chciał, nie oślepł, bo realizował scenariusz swego nawrócenia. Jeśli Ty wybrałaś podążanie drogą wiary, to znaczy, że wybrałaś też miłość i nadzieję i że to one definiują od tego momentu Ciebie jako osobę. Gdy spisujesz tu kolejne wersy Twojej historii, Enono myślę, że zatapiając się w uczuciu do Cyrano, próbujesz zrobić z sakramentu gruby łańcuch, który miałby powstrzymać go od opuszczenia Ciebie, albo pomógł w doprowadzeniu go na terapię... A mnie się zdaje, że zapomniałaś o jednym z najważniejszych przykazań: "Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego". Czy Ty rzeczywiście kochasz siebie, Enono, pozwalając temu bliźniemu, choćby i sakramentalnemu, by od lat Cię tak ranił, by czynił z Twojego życia zamęt, byś stale wracała do miejsca, w którym obecnie jesteś? Pytam więc jeszcze raz: czy kochasz siebie Enono? Jeśli nie lub nie dość mocno, to jak chcesz umieć kochać innych, zwłaszcza tych, którzy nie kochają Ciebie?
Nie mam z czego dać. Czuję się spustoszona.
Jeśli ze szwajcarskiego banku UBS (czyli Ciebie, Twojej osobowości, Twoich zasobów materialnych i niematerialnych) przez całą dekadę, każdego dnia Cyrano wypłacał po kilka franków dziennie, to nawet wówczas, gdyby nawet raz na ruski rok, zasilił go jakąś okrągłą sumką to i tak straty poniesione przez Ciebie będą nieporównywalne...
TAuroro, dzięki za Eurydykę. To ładne. Wolałabym, żeby zostało w książkach i na antycznych wazach.
Ja też bym wolała, by Twoja historia została na ostatnich stronach tego forum, a imię Cyrano było już od tej pory wyłącznie napisem na wyszczerbionym kubku, który Ci ofiarował w dziesiątą rocznicę Waszego pierwszego z setki rozstań, bo szkoda takiej fajnej dziewczyny jak Ty!
Dzięki serdecznie, Auroro! Co do nawrócenia i przykazania miłości, nazywasz to, co nieśmiało się do mnie przebija: Czy ja aby w imię "miłości" nie pozwalam szargać miłości w wymiarze najbardziej podstawowym - szacunku do siebie? Wczoraj usłyszałam pod swoim adresem tak straszne słowa, że nawet nie jestem w stanie ich tu zacytować. Wcześniej temat wyprowadzki się rozmył, wczoraj mąż znów nakłaniał do niej mnie.
Myślę, że powinnam zrobić tu jeszcze jeden istotny dopisek, żeby przedstawić tę sytuację uczciwie. To nie jest tak, że ja jestem szwajcarskim bankiem, a życie ze mną to milion dolarów (albo franków szwajcarskich). I to nie jest kokieteria ani oczywisty dopisek. Jestem naprawdę trudna w bliskiej relacji, a w tej jest trudno do kwadratu. Mnie też zdarza się mówić bardzo raniące rzeczy, kilkakrotnie w przypływie gniewu zupełnie się nie kontrolowałam. To przerażające, ale w moim życiu powtarza się taki cykl: (1) zmierzanie do spalenia mostu - (2) przerażenie - (3) zabieganie o podtrzymanie relacji - (4) rozczarowanie, poczucie niezrozumienia, pustki etc. - (1) zmierzanie do spalenia mostu... Uderzyło mnie ostatnio to, że między puntami 1 a 2 oraz między 3 a 4 przechodzę właściwie z chwili na chwilę: dokładnie wtedy, kiedy coś staje się realne, ja zaczynam pragnąć czegoś przeciwnego. Moja siostra mówi, że mam borderline. Kiedy czytam o symptomach, wiele rzeczy się zgadza. Niedawno podjęłam psychoterapię, ale widzę już, że ona nie dotyka tego rodzaju trudności, które ja ze sobą przeżywam na co dzień. Myślę, że mogę oczekiwać od drugiej osoby zbyt dużo. Że wytrzyma zbyt dużo. A jednocześnie tak bardzo chcę, żeby wytrzymała, żeby była przy mnie właśnie wtedy, kiedy jest najgorzej.
Nie ma za co dziękować : - ))) Wiesz od dawna, że darzę Cię najszczerszą internetową sympatią i właśnie z tego powodu pozwalam sobie czasem na zbyt śmiałe komentarze. Życzę Tobie i sobie widzieć Cię w zupełnie innym miejscu i w zupełnie innym repertuarze emocji. Jednak cały czas odnoszę wrażenie, że utknęłaś w relacji z Twoim Miłym, jak Kubuś Puchatek w norce Królika i ani się z tej, ani z tamtej strony nie możesz wydostać. A będąc w takim "położeniu" jesteś stale zależna, kompletnie unieruchomiona. Może być tak, że raz napełnią Cię miodem słów i uczuć, których jesteś głodna i na chwilę poczujesz się lepiej, ale też bardzo łatwo Ci dokopać. To Twoje borderline wydaje się być nabyte, hodowane, pielęgnowane, nawożone i przesadzane do nowych doniczek przez wszystkie te lata, jak fiołki na okiennym parapecie. No więc wyrosło sobie obficie i uskutecznia kwitnienie dwa razy w roku...
Moim zdaniem, prawdziwa psychoterapia zaczyna się od decyzji, od paktu, który zawierasz sama ze sobą, ze swoim sercem, umysłem, wolą...
Może Tobie się zdaje, że jesteś strażniczką Tej Waszej miłości? Że potrafisz unieść jednososobowo ciężary przeznaczone dla dwojga? Że w imię Większej Miłości masz trwać i dawać, dawać, dawać... Pamiętaj jednak, że był już Jeden taki i że On w zupełności wystarczy.Twoim zadaniem nie jest zbawiać. Tę robotę Ktoś już za Ciebie odfajkował dwa tysiące lat temu: https://youtu.be/NQh5cphzQUw
Może Tobie się zdaje, że jesteś strażniczką Tej Waszej miłości? Że potrafisz unieść jednososobowo ciężary przeznaczone dla dwojga? Że w imię Większej Miłości masz trwać i dawać, dawać, dawać... Pamiętaj jednak, że był już Jeden taki i że On w zupełności wystarczy.Twoim zadaniem nie jest zbawiać. Tę robotę Ktoś już za Ciebie odfajkował dwa tysiące lat temu.
Przeczytałam ten fragment i aż mi oczy wyszły... no jakbyś o mnie pisała... trzeba dawać, dawać, dawać - a może będę mieć szczęście i zasłużę sobie na aprobatę faceta... tragiczne
Przeczytałam ten fragment i aż mi oczy wyszły... no jakbyś o mnie pisała... trzeba dawać, dawać, dawać - a może będę mieć szczęście i zasłużę sobie na aprobatę faceta... tragiczne
Hmmm, czy na aprobatę to wątpię, ale z pewnością zsłużysz sobie na bycie wykorzystywaną i serię gorzkich rozczarowań, gdy na to, co rzeczywiście chcesz dać nie będzie podaży lub gdy chłop się zorientuje, że to Twoje dawanie nie jest takie całkiem bezinteresowne, a cenę jaką musiałby zapłacić w rewanżu stanowi domek z ogródkiem, bryka na kredyt, ślubna żona, małoletnie dzieciątka i pomeranian Gutek z rodowodem i trzema medalami na psim koncie...
https://youtu.be/LMOD-249Hss
Cześć. Dawno tu nie zaglądałam. Może ktoś z Was jest ciekaw dalszego ciągu. Jestem po rozwodzie. Nie wiem, co to było: myślę, że jakieś bardzo silne, szkodliwe i wieloletnie uwikłanie psychiczne. Wracam do siebie - wrażliwej dziewczyny sprzed kilkunastu lat i zachodzę w głowę, jak ona mogła to z sobą zrobić. Była mądrzejsza ode mnie. Jest we mnie ogromny żal i złość, że te lata poszły jak krew w piach, nie pozwoliły zbudować nic trwałego, a hodowały we mnie wzorce i schematy, które pewnie nadal będą działać, niezależnie od aktora. Z drugiej strony - czuję wdzięczność, że nie skończyło się inaczej, wdzięczność, że nie mam z tym człowiekiem dzieci, że nie uwikłałam się w zależność finansową. I wdzięczność za to, czego o sobie nauczyłam się przed ostatnie miesiące. Po tym wszystkim czuję się PRAWIE wolna. Prawie. Prawie, bo zależy mi jeszcze na przeprowadzeniu procesu kanonicznego.