Witam! Z gory sprostuje- nie jestem roszczeniowo nastawiona osoba, ale mam watpliwosci, co do relacji panujacych w rodzinie mojego M.... Otoz, jestem mezatka od roku. Mieszkam u M w pietrowym domu. Dom w polowie przepisany jest na M, a w polowie na brata mojego meza. My zajmujemy parter. Sa tu dwa pokoje. Jeden zajmujemy my (mamy 5 miesieczne dziecko). Drugi tesciowa. Pietro zajmuje brat z zona i babcia (matka tesciowej). Na szczescie dom ma oddzielne wejscia. Doradzcie mi prosze, bo zaczynam popadac we frustracje. Zbieramy pieniadze na budowe domu, ale to troche potrwa. Problem w tym, ze tesciowa i babcia za bardzo zyja zyciem mojego malzenstwa...:(. Sa zbyt nachalne ze swoja pomoca, a od kiedy pojawilo sie dziecko przesiedzialyby u nas caly dzien. Wszystko musza wiedziec- gdzie wychodzimy, z kim, kto u nas gosci, itd. Sa to dobre kobiety, ale jak juz mowilam, zbyt nachalne i troche wscibskie. Inna sprawa to rachunki. Placimy tylko my i brat meza. Babcia z tesciowa nie dokladaja do pradu ani wody (babcia raz w roku kupuje drzewo- daje 1000 zl, my dokladamy po 500). Nie wiem, jak zareagowac na taki podzial. Czy, wg Was, jest on sprawiedliwy? Czy kazdy powinien dolozyc do wszystkiego? Nie chce sie klocic ani wyjsc na pazerna synowa... Faktem jest, ze w mojej rodzinie kazdy sie dziwi, ze godzimy sie na taki podzial. Jak myslicie? Co robic? Domagac sie, by kazdy placil za siebie, czy zacisnac zeby i powoli ciulac pieniadze na wlasny dom? Aha, dodam, ze to ja z M opiekujemy sie glownie tesciowa i babcia. Denerwuje mnie to, ze moj M zawsze musi byc na ich zawolanie. Zawiezc do lekarza, po rente, do kosciola (msza jest o 9.30 a tesciowa o 8 rano drze sie pod drzwiami, zeby ja M do kosciola zawiozl, gdzie jest doslownie 2 min drogi samochodem, a wiadomo- przy dziecku chociaz w niedziele chcemy dluzej pospac). Jak tu uzbierac pieniadze, gdy musimy placic nie tylko za siebie? Poradzicie? Tylko, prosze nie piszcie, ze jestesmy nieodpowiedzialnymi ludzmi. Oboje jestesmy dorosli, decyzja o dziecku zapadla zaraz po slubie, wczesniej 5 lat razem, a mieszkanie w jednym pokoju i z tesciowa pod jednym dachem traktujemy jako sytuacje przejsciowa. Dopiero w tym roku zdecydowalismy o budowie, bo nie przypuszczalismy, ze bedzie tak ciezko wytrzymac z tesiowa i babcia... Przepraszam, ze sie tak rozpisalam...:(
2 2013-10-19 09:10:12 Ostatnio edytowany przez Joga (2013-10-19 09:11:19)
A jakie były ustalenia pomiędzy wami a teściową i babcią na początku? Jak długo planowaliście mieszkać u teściowej? Jaki miał być podział finansowy i jak podzieliliście obowiązki?
Ja wolałabym się wyprowadzić i wynająć mieszkanie ![]()
ja raczej tak jak Joga wolalabym sie przeprowadzić nawet do czegoś malego i mieć spokój, rzeczywiście musi być ciężko mieszkać z teśniową i babcią. Wiadomo starsze kobiety zawsze się wtracają, one lubią poplotkować, nie mają nic więcej do roboty więc żyją waszym życiem.
Tylko z drugiej strony na pewno mniej placicie za rachunki niż mielibyście płacić za wynajem, ale wiesz że zbieranie na własny dom potrwa bardzo długo (chociaz nie znam waszej syt. finansowej ale tak przypuszczam)
domyslam się że jesli coś wynajmiecie to za wiele nie odłożycie na budowę
są aż 3 wyjścia:):0
albo porozmawiać spokojnie z teściową i babcią / tutaj ryzyko ze relacje między wami moga sie skomplikowac
albo zaciągnąć kredyt i przez rok zaciskac zęby i jak najszybciej gonić z budowa
albo dać spokój , przyjąć sytuacje jaka jest i ciułać na budowę...
Hmmm... W sumie to popelnilam ogromny blad wprowadzajac sie tutaj, bo nie porozmawialam z mezem o podziale rachunkow. Dla mnie oczywistym bylo, ze kazdy placi za siebie:(. Przyznaje, to byla glupota z mojej strony. Oliwy do ognia dolewa jednak fakt, ze brat meza przyjal do siebie swoja corke z mezem i ich 3-letnim synem. A rachunki jak byly po polowie tak sa. Oni nic nie dokladaja, bo remontuja dom u swojej tesciowej. Dodam, ze sa 3 lata po slubie. Kazdy mowi, ze sa na dorobku... A my jestesmy rok po slubie i juz mamy na utrzymaniu (przynajmniej jesli chodzi o rachunki, jedzenie same sobie kupuja babcia i tesciowa, ale corka z mezem sa na utrzymaniu brata calkowicie), kilka osob:(. Nie wiem, jak zareagowac. Mimo wszystko relacje nie sa zle w tej rodzinie, kazdy ma dosc tylko tej corki brata mojego M. Nie chce psuc tych relacji i mieszac, bo jestem tu dopiero od roku i suma sumarum nie u siebie tylko tesciowej, bo to jej dom, mimo ze przepisany na meza i brata. Echhh, skomplikowane to wszystko, wiem, ale nie mam nerwow do tej sytuacji... Jedyne wyjscie to przeprowadzka...
Ja bym zdecydowała się na szczerą rozmowę z mężem, i postarałabym się go przekonać do wyprowadzki, choćby na kawalerkę.
Nie wiem jakie są ceny wynajmu w waszej miejscowości, ale po stokroć wolałabym odkładać na dom trochę dłużej w świętym spokoju, niż trochę krócej w takim klimacie.
No wlasnie, problem w tym, ze moj maz nie chce wynajmowac. Ja bym chetnie sie wyprowadzila. Mowi, ze lepiej jest odlozyc na budowe. Jezeli dobrze pojdzie to za okolo 2 lata zaczniemy. Inny problem to wynajem. Mieszkamy w malej wsi. Domy sa albo na sprzedaz, w dodatku do remontu, albo wynajem jest ladnych kilkadziesiat kilometrow stad. Przy pracy mojego meza nie wchodzi w gre wyprowadzka tak daleko, bo jest sadownikiem. Musi byc na miejscu, potrzebne sa takze pomieszczenia gospodarcze na przechowywanie owocow. Jak mowie, jedyne wyjscie to budowa. Ciulac pieniazki i uciekac, chociaz ciezko bedzie przy takim stanie rzeczy. Mojego M takze ta sytuacja zaczyna przerastac. Kiedys niechetnie mowil o budowie, teraz jest to niemal pewne, ze jak uzbieramy 100 tys. zl to budujemy, potem wykonczymy powoli. Musze tylko zacisnac zeby. Tesciowej nieladnie jest zwrocic uwage, bo jak pisalam, pomaga nam przy dziecku, chociaz jest to pomoc nachalna i strasznie denerwujaca. Poza tym chodzi do sadu, zbiera owoce, chociaz ja ostro protestuje. Nie slucha mnie, i tak pojdzie i bedzie pomagac, a ja czuje sie jej wdzieczna i nie mowie o tych rachunkach... Patowa sytuacja. Moze pewniej bym sie czula gdyby nam za wszelka cene nie pomagala, zebym miala do powiedzenia cos chociaz w sprawie swojej rodziny i tego, kto bedzie u nas pracowal (pomagal)...
Dzieki dziewczyny za podpowiedzi. Macie racje, trzeba suszyc mezowi glowe, tlumaczyc, ze to niezdrowa i niesprawiedliwa sytuacja. Moze predzej ruszymy z budowa?
Jeśli się u kogoś mieszka, to jego rachunki są ważne. Rachunki takie jak czynsz, woda, prąd, gaz czy elektryka. Reszta nie, bo to nie wasz w sumie dom, tylko część jego. Miej wgląd w każdy rachunek, który dotyczy was. Tak jest fair.
No wlasnie, w sumie to my nawet nie widzimy tych rachunkow. Tesciowa zaplaci, a potem przychodzi do meza i brata i mowi,ze tyle i tyle zaplacila, np. za prad, a oni wyjmuja kase z kieszeni i jej oddaja... Nie wiem juz, czy to ja jestem nienormalna, czy relacje, jakie tam panuja, a konkretnie podzial kosztow utrzymania domu... Moze sie niepotrzebnie czepiam??? Nie wiem juz sama...
Ewika, chyba jednak niepotrzebnie się czepiasz. Wasz główny problem to brak własnego kąta. Z tego jakiegoś procenta rachunków na własny dom nie odłożycie. O jakie kwoty może chodzić? 100zł miesięcznie? To daje 1200zł rocznie - wobec kosztów budowy domu kwota śmieszna. Najwyżej żyrandoli sobie nie kupicie od razu, pomieszkacie przy łysych żarówkach i odłożycie te 1200 już w nowym domu.
Nie powinnaś się mieszać do zasad panujących w tym domu. Mieszkasz tam od niedawna, jesteś właściwie gościem. Mnie akurat nie dziwi zupełnie to, że matka i babka nie płacą. Przecież ten dom był ich, skoro przepisały go dzieciom to mają prawo spodziewać się, że dzieci chociaż rachunki za nie pokryją. To wszystko zależy od rodziny, ale Twoja ingerencja w te kwestie raczej stosunków w domu nie poprawi. Więc uświadom sobie, że naprawdę nie ma o co kopii kruszyć. Poszukaj faktycznych problemów i sposobów ich rozwiązania.
Moze i masz racje. Babcia z tesciowa moga wymagac, by placic rachunki za nich. Ale chce tylko zauwazyc, ze to my z mezem opiekujemy sie nimi. Brat nie zawiozl ich ani razu do kosciola, bo ma swoja rodzine... A przeciez on rowniez dostal dom, na takich samych zasadach. W dodatku babcia oddala im na gorze jeden pokoj, by corka z rodzina mogli zamieszkac. No wlasnie... Rachunki za babcie i tesciowa przelkne, ale nie bardzo mi sie usmiecha placic dodatkowo za 3 inne osoby- corke brata, jej meza i dziecko... A rachunki, jak to w duzym domu, przy sporej gospodarce, placimy dosc duze- 400 zl prad, 300 woda. Oczywiscie na polowe z bratem meza. Nawet jesli chodzi o wywoz szamba to placimy na pol, a przeciez nie tylko my, przepraszam za wyrazenie, sr**y.... Czy myslicie, ze dobra decyzje podjelismy z mezem o budowie? Czy zacisnac zeby, przemordowac sie i czekac az sie corka brata wyprowadzi...?
Ewika, weszłaś do domu, gdzie jakieś zasady panują od zarania dziejów. Jeśli chcesz mieszkać tam tymczasowo to nie warto tego ruszać. Awantury i niesnaski murowane. Czy decyzja o budowie domu słuszna? Nie wiem jakie macie możliwości finansowe, ale mieszkanie w takich warunkach jak teraz na pewno na dłuższą metę się nie sprawdzi. Wspomniałaś, że planujecie rozpocząć budowę za 2 lata. Obawiam się, że za 2 lata to będziesz chodzącym kłębkiem nerwów, o ile w ogóle tyle wytrzymasz i się nie rozwiedziesz...
Czekać aż się córka brata wyprowadzi? Najgorszy z możliwych pomysłów. Co wam to da? Jakieś dodatkowe pomieszczenie? Teściowa z babcią nadal będą wam zaglądać w każdy kąt, oczekiwać wożenia do kościoła itp. W dodatku nie wiesz ile owa córka będzie mieszkała. A niecierpliwe wyglądanie na jej wyprowadzkę też się nikomu nie przysłuży.
Gdy wyprowadzi sie corka brata to on zyska na gorze jeden pokoj. Tam sa 3 pokoje. U nas 2, ale jak mowilam, jeden zajmuje tesciowa. No ale przeciez nie bedziemy czekac na jej smierc. Niech zyje jak najdluzej. To my musimy myslec o wlasnym kacie, co do tego nie ma watpliwosci. Wynajac nie ma gdzie. To jest wies- owszem, domy sa do sprzedania- jeden nawet niedaleko, ale za 130 tys... W dodatku do remontu. Wiec chyba bardziej oplaci sie budowac swoj. Poza tym nie mamy tyle pieniedzy. Mamy zamiar uzbierac 100 tys. i rozpoczac budowe, postawic chociaz stan surowy, potem pomalu wykanczac. Wiem, ze to wszystko kosztuje i wymaga czasu, ale nie widze dla nas innej mozliwosci. Byc moze brat splaci meza z jego czesci. Jezeli nie, no to trudno, bedziemy mieli polowe domu dalej. W tym roku myslimy odlozyc 40-50 tys. Mysle, ze co roku jestesmy w stanie zaoszczedzic minimum 30 tys. zl. A to dlatego, ze maz rok temu dokupil sad. Jak beda dobre ceny jablek to powinnismy uzbierac przynajmniej te 100 tys w ciagu 2 lat... Nie wiem, czy to dobry pomysl, ale jakos inny nie przychodzi mi do glowy. Kredyt odpada- sadownictwo ma to do siebie, ze jest niepewnym zawodem. W tym roku 50 tys sie uda zaoszczedzic, ale w przyszlym mozemy byc rownie dobrze na minusie...:(
Evika - przecież zawsze możecie się wyprowadzić i niech brat spłaca twego faceta. Poza tym, czemu nic nie zarabiasz, a tylko liczysz kasę swego mężczyzny?
Witaj Ewika33, przeczytałam twój post i doszłam do wniosku, że niepotrzebnie tak bardzo myślisz o tych r-ch. Spójrz na to inaczej.
Gdybyś mieszkała w swoim lub wynajętym mieszkaniu, utrzymanie go kosztowałoby cię min. 1000 zł. Czy teraz tyle dokładasz się do tych r-ków? Z drugiej strony, dobre stosunki z rodziną są bezcenne.Rozumiem, że chciałabyś jak najprędzej uzbierać na nowy dom, ale pomyśl, co czuje twój mąż, o którym prawie wcale nie piszesz. Podejrzewam, że nie chciałby skłócić się z rodziną, przez parę złotych.
Jest mu na pewno ciężko, z jednej strony naciskasz ty, z drugiej , przecież to są jego najbliżsi.Rację masz pewno ty, ale czy warto rozwalać cały dom, bo może się to skończyć totalną kłótnią, albo okrzykną cię materialistką, albo odwrócą od ciebie i męża, jak od obcych. Po co to? A w przyszłości kto wie, może być różnie i będzie wam potrzebna ich pomoc, nawet przy budowie?
Jeśli te pieniądze aż tak ważą, to w ostateczności mąż powinien porozmawiać z bratem, ale czy jest sens jeśli on sam tego nie widzi?
Tym bardziej, że nic nie pisałaś o tym, że ty też pracujesz i dokładasz się do gospodarstwa.Czyli jeden brat utrzymuje swoją rodzinę, drugi swoją, może nieco większą, i jeśli im to pasuje moim zdaniem nie ma co mieszać.
Nie, nie, na pewno nie chce nikogo sklocic. Mi rowniez zalezy na dobrych relacjach w rodzinie. Chcialam sie tylko doradzic, jak to wyglada z punktu widzenia osob trzecich. Nie mam zamiaru wejsc na wojenna sciezke z bratem meza, bo jak pisalam juz wczesniej, nasze relacje sa dobre. Wiem jednak, ze brat rowniez ma dosc corki, ktora siedzi z rodzina u nich na utrzymaniu i nie dolozy sie do rachunkow ani jedzenia. No i suma sumarum cierpimy na tym rowniez my, poniekad. Nie rozumiem tylko, dlaczego nic jej nie powie. Na pewno my sie nie wtracimy w ich relacje. Moj maz tez ma dosc. Juz tyle razy mowil mi, ze mogliby sie w koncu wyprowadzic. Tym bardziej, ze maz tej corki nie zrobi wokol domu absolutnie nic- przykladow moge podac mnostwo- nie skosi trawnika, nie pomoze przy zrobieniu opalu na zime. Pracuje na nocnej zmianie i dzien przeznacza tylko i wylacznie na sen. Nawet gdy juz wstanie to nic nie pomoze. Brat mowil do meza, ze jak sie wyprowadza stad to zabraknie im na chleb, bo sie im nic nie chce... A co do mnie- fakt, nie pracuje teraz, bo wychowuje 5-miesiecznego syna (nie moge go zostawic pod opieka tesciowej, bo jest chora na cukrzyce, gdy jej cukier spadnie ona mdleje, poza tym nie podnosi jednej reki do gory, wiec dziecko tez trudno jej wziac, mimo ze pod naszym okiem je nosi, no i ma 65 lat- wiec boje sie zostawic jej synka). Wczesniej pracowalam za granica. Uzbieralismy na wesle a pieniadze z wesela zainwestowalismy w sad. Gdybysmy nie dokupili to trudno by nam bylo wyzyc we trojke... Poza tym ja rowniez mialam swoj kawalek ziemi, z ktorego zyjemy. Do pracy w sadzie chodze tak samo jak moj maz, nieraz uda mi sie z kims zostawic malego. Teraz akurat moja mama przyjechala na urlop i sie nim zajmuje. Wiec to nie tak, ze jestem calkiem na utrzymaniu meza. Pieniadze sa wspolne, tak jak i ziemia, oboje tam wkladamy swoja prace...Zreszta nie potrafilabym liczyc tylko i wylacznie na mojego M. Teraz mamy taka sytuacje, bo jest dziecko, wiec nie moge pojsc do pracy na pelen etat. Ale na pewno nie bede siedziec w domu,gdy maly troche sie odchowa...
Przecierp, nawet ich ojciec nie potrafi poradzić. Zresztą, zawsze tak nie będzie.A dla spokoju własnego i rodziny, lepiej przeczekać. Teraz jest twoja mama i też mogą to "podkreślić".Dacie sobie radę, macie perspektywy i możliwości. Prowadząc wspólnie interes trzeba czasami iść na kompromis.Pozdrawiam cie, i życzę jeszcze trochę cierpliwości.
Moja mama nie przebywa u nas. Mieszka u mojej babci, bo u nas miejsca nie ma:(. Na szczescie jest to tylko km drogi od nas, wiec daleko nie jest. Chyba pozostaje przecierpiec. Dzieki dziewczyny za odpowiedzi. Ciesze sie, ze mnie zrozumialyscie. Przyznam, ze szukalam w tym temacie porady na innym forum. Zostalam wyzwana od idiotek, darmozjadow. Niektorzy pisali, ze corka brata jest madra, bo potrafila sie ustawic, nie placi, itd., a ja glupia, bo szlag mnie trafia i dobrze mi tak. Nie wiem, skad w ludziach tyle zlosci. Prosisz o porade, a zostaja na Ciebie wylane pomyje... Ja rozumiem, ze nie kazdemu moze podobac sie to, jak postepuje, ale nie rozumiem, dlaczego nie mozna napisac tego w kulturalny sposob. Juz wiem, ze tutaj sa kobiety, ktore naprawde chca podyskutowac, doradzic, przede wszystkim kobiety dojrzale psychicznie. Wezme sobie Wasze rady do serca. Nie bede toczyc bojow o te rachunki. Byc moze kiedys bede pania w swoim domu i bedziemy placic TYLKO i WYLACZNIE za siebie. Pozostaje tylko jedna nierozwiazana kwestia, ktora mi dokucza... Chodzi o ta moja tesciowa- jak juz pisalam-dobra kobieta, ale strasznie wscibska i nachalna do pomocy. Przyklad z dzisiaj: karmilam synka w pokoju obiadkiem, przyszla tesciowa, przygladala sie, oczywiscie pare komentarzy tez padlo. Gdy ledwo skonczylam go karmic, wstala, doslownie wsadzila mi tylek przed nos i wziela dziecko do siebie do pokoju. No ja rozumiem, ze to jej dom. Czuje sie jak u siebie, no ale jakies granice chyba byc powinny:(. No i znowu ja glupia niec nie powiedzialam, no bo przeciez nie jestem u siebie, ona chce pomoc, itd. Mowilam mezowi o tej sytuacji, powiedzialam, ze strasznie mnie denerwuje to, gdy zabiera mi sie dziecko sprzed nosa, w dodatku sie go wynosi do innego pokoju. Niby pokiwal glowa, ale powiedzial, ze mam sie cieszyc, ze w ogole go bawia... No plakac mi sie chce, bo zrozumialam, ze nigdy w tym domu nie bede miala nic do powiedzenia, nawet w kwestii wychowania dziecka. Powinnam byla powiedziec tesciowej, ze nie chce by zabierala dziecko od tak sobie, ale cos mnie blokuje. Nie boje sie jej, bo nie jest klotliwa osoba, ale jednak respekt jest. Czy naprawde musze we wszystkich zyciowych kwestiach zaciskac zeby, bo tesciowa przepisala dom na meza i brata? Byc wdzieczna, opiekowac sie, a ona niech robi, co chce, niech nam pomaga, skoro nie zawsze tej pomocy chcemy????
Ewika, w tej kwestii nie ma znaczenia to, ze teściowa przepisała dom. Tu ma znaczenie tylko to, że razem mieszkacie. Gdybyście nawet mieszkały tam na zupełnie równych warunkach to mogłabyś zrobić dokładnie to samo co teraz, czyli nic... Bo delikatnie nie rozumie (ach, jaki to powszechny problem wiejskich rodzin wielopokoleniowych...), a jeśli zaczniesz ostrzej dochodzić swoich matczynych praw to będą awantury, obrażanie się, obgadywanie...
Ewika, naprawdę nie zdawałaś sobie sprawy jak to będzie wyglądało w momencie, kiedy decydowałaś się na dziecko pod dachem teściowej? Ona się tam czuje panią domu i zawsze tak będzie. Jest starszą kobietą i nie zmienisz jej poglądu na życie, współżycie z dziećmi i ich rodzinami. Owszem, możesz próbować z nią rozmawiać, ale nic więcej. Ja wiem jakie to może być irytujące, ale, patrząc z boku, ona tylko bierze swojego wnuka, żeby się z nim pobawić, zapewne w dobrej wierze. Pozostaje Ci właśnie owo zaciskanie zębów i skupienie się na tym, żeby jak najszybciej zaczął powstawać wasz własny dom.
Jeśli chodzi o dziecko nie pozwoliłabym na to.Bez awantur, bez złośliwości, ale powinna zapytać czy może wziąć dziecko. To jest twój syn, on musi wiedzieć kogo ma słuchać i kto jest najważniejszy dla niego. Ty wychodzisz na służącą przy swoim własnym dziecku. Powiedziałabym - mamo, jeszcze to czy to muszę z nim czy koło niego zrobić, prosiłabym żeby albo poczekała,albo przyniesiesz jej dziecko za chwilę.Raczej nie pozwól żeby dzieckiem zarządzała teściowa, czy matka, bo będziesz miała problem. Jak dziecko podrośnie zacznie cię ignorować lub lekceważyć.Mężowi też nie ma sensu się skarżyć, bo on nic nie może zrobić, jeśli zwróci uwagę matce ta poczuje się urażona, że nie dość że nie doceniasz jej dobrych chęci, to jeszcze nasyłasz na nią jej syna. Sam mąż też pomyśli, że szukasz tylko powodów do sprzeczek i próbujesz i jego w to wciągnąć.
Niestety, tak bywa, teściowej często wydaje się, że jest najważniejsza i nikogo o nic pytać nie musi.
Od ciebie zależy, żeby jej nie urazić, męża nie irytować,samej nie być powodem awantur i nie tracić swojej pozycji.
Działaj na "luzie", bez złości, a będzie dobrze, choć trochę to potrwa zanim zrozumieją, że masz swoje prawa nie tylko obowiązki.
W takich sytuacjach "tylko spokój może nas uratować".
Jak czytam Wasze rady, to lzej mi sie robi na sercu. Uwierzylam w to, ze potrafie tak rozegrac sytuacje, zeby nikogo nie urazic, a nie byc tylko sluzaca. Ja wiem, ze to wyglada tak, ze sie zale i troche prawdy w tym jest. Ale po prostu musialam to zrobic. Z gory przepraszam, ale jak wyrzuce to z siebie to bedzie mi lzej. Podam Wam kilka przykladow, ktore doprowadzaly mnie do szalu, ale oczywiscie zaciskalam tylko zeby i nic nie mowilam: przyklad pierwszy: tesciowa, jak mowilam, osoba pomocna, ale i gospodyni starej daty. Uwziela sie, ze za wszelka cene bedzie chodzic nam rano po chleb. Nie chcialam, ale ona mnie nie slucha. Chleb to dla nas dwojga w zupelnosci wystarczy na caly dzien, ale ona brala nam rowniez bulki (oczywiscie pieniadze jej oddawalam za kazdym razem). No i tym sposobem chleba zostawalo calkiem sporo. Ona stwierdzila, ze marnujemy za duzo i bedzie nam kupowac polowe... No na to juz nie moglam pozwolic. Powiedzialam, ze nie ma takiej opcji, bo jak do nas ktos przyjdzie to nawet nie bede miala czym ugoscic. Teraz wstaje przed 6 rano i ide po chleb. Scigam sie z tesciowa, bo ona chodzi o 6 do sklepu. A tak to bym mogla smialo pospac do 7 rano, bo do sklepu tylko 30 krokow doslownie mamy... Inny przyklad: babcia mieszka na gorze. Ma pokoj w polowie przerobiony na kuchnie, no ale wiekszosc dnia siedzi u nas na dole. Taki podzial byl od zawsze: tesciowa dol, babcia gora. Dom ma dwa wejscia. Babcia oczywiscie chodzi naszym, bo bratu przeciez zasmiecac nie wolno skoro sobie (w tym roku) dobudowal. Swoich gosci prowadza tez tym wejsciem. No, ale mniejsza o to. Niech jej bedzie. Problem tym, ze te swoje kolezanki czesto przyjmuje u nas w kuchni. Kiedys siedzielismy z mezem pol dnia w pokoju i glodowalismy,, bo starsze kobiety urzadzily sobie mala debate w kuchni. Tu zacytuje meza "k***a mac! Ta Kazie to kiedys wy*******e na gore. Niech sobie u siebie gosci przyjmuje! Siada i beda siedzialy caly dzien, a my ryszyc sie nie mozemy! Ani obiadu zrobic!". Dodam, ze nieraz gotuja obie na dole, z tesciowa. Wedlug mnie 3 gospodynie w 1 kuchni to zdecydowanie za duzo. Wtedy ja siedze i czekam az sobie pojda i robie obiad... A najgorsze bylo, gdy urodzilam dziecko i maly mial niespelna miesiac. Wiadomo, miejsca brak, a tu przyjechala druga corka babci z 2 doroslymi corkami i 2 dzieci jednej z nich. Corka babci spala z nia na gorze, a te dziewczyny wraz z dziecmi u nas na dole, u tesciowej na materacach. Wiecie jak sie czulam? Swiezo po porodzie, z malym bablem? A tu wiecznie ludzie, dzieci, ktore krzyczaly wnieboglosy. Kiedys, gdy wykapalam malego i poszlam na chwile do lazienki to jedna z tych dziewczyn (byla u nas) otworzyla okno. Zaraz potem maly mial przez ponad miesiac katar zakonczony zapaleniem oskrzeli...
. Ja jestem dosc cierpliwa osoba, ale i dosc nerwowa... Boje sie, ze w koncu nie wytrzymam i powiem cos, czego potem bede zalowac...
Ewika, przez to, że siedzicie sobie na głowach i że nie czujesz się pełnoprawną panią domu drobiazgi urastają do rangi problemów. Bo, patrząc z boku, przykład z chlebem jest zwyczajnie śmieszny. Ale...czy nie możesz pozwolić teściowej kupować te pół chleba o 6.00, sama wstać o 7.00 i iść dokupić drugą połówkę?
Odnoszę też wrażenie, że nie ma u was miejsca na zwykłą asertywność. Przecież wy tam też mieszkacie. Jeśli babcie zrobiły sobie posiadówę w kuchni to trzeba było zwyczajnie tam pójść i zrobić ten obiad przy nich lub poprosić, żeby się przeniosły, bo ty chcesz robić obiad i nie masz jak. Podobnie z tą wizytą rodzinną - czy którekolwiek z was (bardziej męża bym widziała w tej roli) porozmawiało z teściową i poprosiło, żeby ten rodzinny nalot przełożyła z uwagi na obecność maleńkiego dziecka? Lub, jeśli już rodzinka się zjechała, czy zaprotestowałaś przeciwko wrzaskom lub otwieraniu okna?
To wszystko bzdury, ale wiem, że może denerwować. Moi rodzice mieszkają w oddzielnym domu, ale w jednym podwórku z babcią. To mama taty, wiec moja mama przez większość życia miała podobne problemy do Twoich
Bo babcia widziała wszystko: że za dużo jedzenia się marnuje, że za dużo mama kupuje, że kupuje nie to, co jej zdaniem trzeba, że wstaje za późno i milion podobnych bzdurek. Jakoś specjalnie się nie kłóciły - po prostu moja mama zawsze robiła to, co uznawała za stosowne i przywykła do opinii niedobrej, niegospodarnej synowej
Ale tak się dało dopiero w oddzielnym domu. Na początku mieszkała z teściami pod jednym dachem. Z opowieści, teraz opowiadanych z uśmiechem, wiem jak bardzo ją wkurzało to, że teściowa uparcie gotowała obiady dla synka, bo nie mogła pojąć, że jak mama pracuje to nie może jednocześnie obiadu ugotować i podać w odpowiedniej porze ![]()
24 2013-10-20 16:06:50 Ostatnio edytowany przez alfaalfa (2013-10-20 16:10:43)
Ewika99 - mi wygląda na to, że problemem nie jest babcia czy teściowa, tylko Twoje relacje z mężem. Nie potraficie ze sobą szczerze, spokojnie porozmawiać i stworzyć wspólnej rodziny (ty+on+dziecko). Nie masz jego wsparcia, stąd coraz częstsza ingerencja osób trzecich w Wasze wspólne życie..
Dla Twojego męża powinno być jasne, że Wasze wspólne decyzje są ważniejsze niż uwagi i roszczenia jago matki, czy babki..
Nie chodzi o kłótnie z rodziną - tylko o ustalenie pewnych granic intymności i wspólnego Waszego życia.
Może lepiej byłoby gdybyście wynajęli gdzieś mieszkanko... nie wiem. Koszt wynajmu mocno przekracza kwoty o jakich piszesz - i tu zgodzę się z Kurcze, to co płacicie teraz - to nic z kosztem wynajmu w niektórych miejscowościach, a trzeba jeszcze się utrzymać i płacić inne rachunki..
No wlasnie. U nas jest totalny brak asertywnosci. Zloszcze sie na sama siebie, ze nieraz takie ostatnie d**y z nas... Maz tez czuje sie w pewnym sensie wdzieczny matce za pomoc, chociaz wcale o nia nie prosi. Mysle, ze rowniez zdaje sobie sprawe z tego, ze o ile gora jest brata i nikt mu sie nie wtraca, nie rzadzi, o tyle u nas sytuacja jest odwotna. Wyglada to troche tak, ze polowa domu przepisana jest na niego, nalezy do niego i moze robic co chce, a polowa domu przepisana na meza nie nalezy do niego, bo jestesmy u tesciowej. W sumie brat tez powinien sie troche liczyc z tesciowa i babcia, ale ma to w nosie i zyje po swojemu. I ma racje. Bo nie wyobrazam sobie, ze facet, ktory ma 40 lat ciagle liczy sie ze zdaniem mamusi i babcii nie moze decydowac o wlasnym zyciu... Moj maz ma 29... Co do okna- oczywiscie zamknelam je zaraz po przyjsciu z lazienki. Sytuacja z chlebem, wiem, smieszna, ale dokladnie pokazuje, jak tesciowa patrzy na to co jemy, ile, i jak powinnismy sie godpodarowac pieniedzmi. To byla tylko jeden przyklad z wielu, w sprawie jedzenia. Chociaz mamy osobne kuchenki, a tesciowa kupuje sobie jedzenie (oczywiscie nieraz czestujemy sie nawzajem obiadami) to mam wrazenie, ze nie jestem na osobnym... Wroce do budowy domu. Zdecydowalismy sie na nia z jeszcze jednego wzgledu- na pietro prowadza schody, ktorymi chodzi tylko babcia. Pod nimi znajduje sie mala spizarka. Kiedys chcialam aby maz ja zbyrzyl i zrobil pokoj dla dziecka, ale tesciowa powiedziala kiedys mojej babci, ze spizarki to nie bedziemy ruszac, bo tam sa sloiki. Poza tym babcia chodzi tymi schodami. Kiedys jak zamknelismy drzwi wejsciwe, bo nikogo w domu nie bylo to babcia siedziala w oknie i sie darla na podworko do brata zeby jej otworzyl drzwi (klucz byl w drzwiach), bo ona zejsc nie moze. Jakby nie mogla zejsc wejsciem brata... Zwlaszcza, ze wejscie jest zaraz kolo jej pokoju...Innym znow razem, przed slubem, tesciowa mowila, ze jak bedziemy chcieli to mozemy z kuchni meble wyrzucic, jej nic nie obchodzi... No i najpierw zrobilismy remont lazienki, bo byla w paskudnym stanie, a potem, gdy wspomnialam o meblach do kuchni to uslyszalam, cytuje:" łoooj, te sa jeszcze dobre". No i maz sie troche wkurzyl, ja nawet bardzo i zdecydowalismy, ze skoro nic nie mozemy robic, to wiecej pieniedzy tu nie pchamy...
No cóż, jesteś młodą dziewczyną, młodą żoną, młodą matką i jeszcze u teściowej w domu.Latwo nie jest, z tego co piszesz to twoja irytacja zaczyna osiągać szczyt. Dlatego, moze zmień optykę, może patrz na to, jakby dotyczyło kogoś innego, trzymaj dystans. Rodzina męża rzeczywiście wchodzi bezpardonowo na "twoje podwórko".Wszystko przez to, że to ty jesteś u nich.Widać, że jak nie wytrzymasz skończy się awanturą.
Spróbuj traktować to ich postępowanie z wyrozumiałością i tolerancją, bądź mądrzejsza i ponad to. W sumie nabierzesz szacunku do siebie i nauczysz ich, że masz charakter nie tylko nerwy.Może Cię próbują a potem zaakceptują jak swoją. Poczekaj jeszcze trochę, widać światełko nawet gdyby miało to trwać jeszcze dwa lata.Trzymaj straż co do dziecka, nie daj sobie narzucać oczywistych spraw np. ile czego ci potrzeba, chyba że pytasz o to i staraj się nie przywiązywać żadnego znaczenia do tego, że teściowa, czy domownicy czują się jak u siebie, żeby nie zaognić i tak napiętej atmosfery.Oni widocznie inaczej nie umieją.
Tak, wiem, ze to moje relacje z mezem sa troche niejasne. Nie jestesmy zlym malzenstwem, nie klocimy sie, jedno drugiemu pomoze, maz jest najlepszym ojcem pod sloncem, nie oszczedza na dziecku. Mi sie wydaje, ze tu chodzi o to, ze maz czuje taka sama jak ja wdziecznosc w stosunku do matki. Uwierzcie, ciezko jej sie przeciwstawic, gdy nie chce sie od niej pomocy. Ile to juz razy bylam swiadkiem, kiedy maz nie chcial zabrac jej do sadu, bo kilka razy zemdlala (cukier jej spadl), a ona do niego mowila: i tak pojde. Gdy byl bardzo stanowczy to zaczela plakac, bo ona chce i juz... Moze gdyby zyl tesc, to by bylo inaczej. On rozumial slowo nie, a tesciowa troche sie go bala... Setki razy tlumaczylam mezowi, ze za wszelka cene nie mozemy dac sie soba tak manipulowac, bo ta wdziecznosc do tesciowej rozwali nasze malzenstwo. Ale i on nie wie, jak rozmawiac z matka. Oczywiscie staje w mojej obronie nieraz, nie zawsze pozwoli sie wtracic, ale nie powie tego, co mu mowilam zeby powiedzial. Po prostu: mamo, teraz mam swoja rodzine, jestesmy dorosli, nie mozesz nas uszczesliwiac za wszelka cene... Chociaz raz, doslownie dwa tyg temu slyszalam jak rozmawial ze swoja matka, ze on wie ze ona chce dobrze, ale nie moze sie tak ciagle mieszac. Bylo to po tym, jak babcia chciala mi kupic koszyk grzybow. Mowilam jej, ze nie chce, bo wszyscy sa w jablkach, a dziecka nie ma kto popilnowac i nie mam czasu na bawienie sie ze sloikami. A grzyby to zrobie, jak meza do lasu wysle, bo tak sie umowilismy. No i co? Kupila ten koszyk grzybow, i podala przez tesciowa, zeby dala mi. Rece mi oPADLY. Wzielam te grzyby i bawilam sie z nimi do 22 w nocy, zeby na drugi dzien moc zajac sie dzieckiem i zeby tesciowa z babcia nie pomyslaly, ze taka leniwa jestem i nie chce mi sie nic zrobic. Maz, gdy to zobaczyl, zrobil awanture tesciowej, ale pomoglo na krotko, chociaz teraz przyznam, ze grzyby robia obie, nie daja mi do zrobienia ![]()
Ufff, ale sie wyzalilam. Naprawde mi lzej i nawet mysle, ze jestem w stanie wytrzymac jeszcze troche. Byle tylko udalo sie uzbierac te pieniadze... Ja nie chce powiedziec, ze mam zla tesciowa. Tylko, jak mowilam, za bardzo zyje naszym zyciem... No i widzimy z mezem, ze (pomimo tego, co mowila przed slubem) wcale nie chce, bysmy tam cos zmieniali. Powiedzialam dzis nawet mezowi, ze jak nie da sie odlozyc tych pieniedzy na budowe, to ma mi zrobic chociaz osobna kuchnie. W sumie to nie wiem za bardzo gdzie mialaby ona byc, ale niech M sie martwi;). Kiedys nawet, na poczatku malzenstwa zanim tesciowa i babcia zaczely nam doskwierac, mowilismy, ze dobudujemy pokoj. Ale na tej scianie, do ktorej mialby byc dobudowany, brat zrobil sobie kran zeby mogl ogrodek podlewac:/. No i tak siedzimy jak te dwie dupy, za przeproszeniem, a kazdy robi, co chce, nie liczac sie z nami i naszymi planami w ogole... No bo przeciez dol niby mojego meza a brat robi sobie kran... Innej sciany, do ktorej moglibysmy sie dobudowac, niestety, nie ma... Ale moze to i lepiej? Mysle, ze mezowi w koncu jeszcze bardziej zacznie doskwierac brak domu, no bo ile ma siedziec cicho dorosly facet i juz tak na 110% bedzie chcial sie stawiac?
I tak trzymaj, w sumie to ta twoja teściowa też lekko nie ma, chora, wdowa, synowie żonaci, a ona całr życie komuś służyła, dogadzała, jak jej się zmienić na stare lata?
Trzeba dużo cierpliwości i wyrozumiałości, a jeszcze trochę humoru i da się to przezyć.
Szkoda byłoby waszego małżeństwa, bo widać, że jak się pogorszą wasze relacje z teściową, to i na was się to może odbić.
Zdzierż dla dobra wszystkich, bo zawsze może być gorzej, niech chociaż tak zostanie jak lepiej się nie da.
Tak zrobie. Zacisne zeby i bede zyla tylko perspektywa budowy. I bede pracowac nad asertywnoscia. Meza tez bede do tego namawiala. Szkoda mi mojego malzenstwa. Mam dobrego meza, nie pje (okazjonalnie), pracowity jest bardzo, potrafi na cos odlozyc. Dziecko to najwspanialszy na swiecie babel, chocby dla niego bedziemy sie starac o osobny kat. Babci i tesciowej nie zmienie, rzadzic sie nie zamierzam, ale wejsc sobie na glowe tez nie. Mam nadzieje, ze te moje zaciskanie zebow nie skonczy sie dla mnie urazem psychicznym, czy nie trafie do wariatkowa, ale sprobuje... ![]()
Przeczytałem ten wątek i widzę że macie bardzo podobną sytuację do naszej. Zgadzam się z powyższymi opiniami , że niema co zaogniać sytuacji . Jeżeli macie w planach budowę własnego domu to nie warto dobudowywać do starego czegokolwiek bo tak będzie i drożej , dłużej. Jeżeli jesteś tam dobrze traktowana to nie radziłbym Ci poruszać kwestji rachunków bo wasze relacje mogą się pogorszyć , a w takim tłoku nie trudno o pretekst do awantury. Ogólnie moja rada jest taka, że jak jest w perspektywie bardzo bliskiej przyszłości budowa i własny dom to nie warto wywoływać wilka z lasu , bo faktycznie kiedyś możecie potrzebować pomocy rodziny a wież mi nie ma nic gorszego jak kłótnie w rodzinie. Pozdrawiam i życzę dużo cierpliwości i wyrozumiałości.
Nie upierałabym się przy tych rachunkach. Teściowa pomaga wam w sadzie. Taka pomoc ma swoją cenę, a tym samym wy więcej czasu.
Sprawa co do opieki nad teściową. Czy sprawdzałaś akt notarialny? Czy nie jest tak, że przy Twoim mężu teściowa zapisała sobie tzw. służebność? Stąd może jej wymagania względem Twojego męża.
Wydaje mi się, że od początku za bardzo chciałaś być dobrą synową i tym sposobem pozwoliłaś sobie wejść na głowę. Zdaję sobie sprawę, że wiele rzeczy ma prawo Cię denerwowć, też wyznaję zasadę że dla świętego spokoju, warto się trochę pomęczyć.
Dziekuje Wam za odpowiedzi. W akcie notarialnym jest tylko dozywocie dla mamy i babci. Zreszta to niewazne, nieraz trzeba pomoc. W koncu tesciowa rowniez nam pomaga. Denerwuje mnie tylko to, ze jestesmy traktowani jak male dzieci. Nie mamy prawie wlasnego zycia. Wszedzie pelno jest tesciowej- u nas w pokoju, w sadzie (ja nie chce, by ona nam codzien pomagala, ale nie rozumie slowa "nie", mysle ze chodzi jej o kontrole, ze bez niej sobie nie poradzimy, ona musi nad wszystkim czuwac), podczas wizyt naszych gosci. Babcia, chociaz mieszka na gorze, potrafi predko zejsc na dol i bezpardonowo zajrzec do kuchni, by zobaczyc, kogo goscimy i...juz zostaje. Zreszta tesciowa zapisujac dom liczyla sie zapewne z tym, ze najmlodsze z jej dzieci bedzie kiedys chcialo wyfrunac z gniazda. Nie utrudnialaby mu tego. Tak mysle. Tesciowa potrafi czesto przy ludziach ochrzanic mojego meza: jestes moim dzieckiem i mam prawo powiedziec Ci, co tylko chce. Jeszcze wpierdol ode mnie mozesz dostac. Niby polzartem to mowi, ale mnie to okropnie denerwuje. Ja nie wiem, jak sie wtedy zachowac. Kiedys tak powiedziala, gdy przebieralismy jablka w przechowalni. Bylo z nami mlode malzenstwo. Popatrzyli na siebie dziwnie i tylko sie usmiechali pod nosem. Tesciowa tak sie wtedy madrzyla (jest okropna gadula), ze w koncu ten chlopak nie wytrzymal i powiedzial, ze teraz moj maz ma zone od rzadzenia. Tesciowa na to: ja im sie do pieniedzy nie wtracam. Tak, jakby tylko temat pieniedzy byl w malzenstwie... Inny przyklad, ktory mnie denerwuje to taki, ze kiedys przyjechala siostra meza w odwiedziny. Mieszka niedaleko. Pytala sie kiedy planujemy chrzciny. Tesciowa nie dala mi nawet ust otworzyc, predko za mnie odpowiedziala. Pytala sie, jak maly po zapaleniu oskrzeli, jak zniosl zastrzyki. Tesciowa predko odpowiedziala. Tak bylo za kazdym razem. W koncu wyszlam stamtad ze lzami w oczach i juz do nich nie wrocilam. Po co? Tesciowa i tak nie dalaby mi dojsc do slowa...
34 2013-10-29 23:12:16 Ostatnio edytowany przez eljola (2013-10-29 23:18:09)
Należałoby stanowczo, ale grzecznie określić granice jakich nie powinny przekaraczać obie ciekawskie starsze panie. Niestety jest to trudne, żeby którejś nie urazić. Do tego potrzeba nie lada dyplomacji i nie ma nadziei że się uda. Co byś nie zrobiła to może być źle. Jak powiesz co Cię uwiera, może się okazać że starsze panie uznają Cię za niewdzięczną. Nie mówiąc sama narażasz się na frustrację. Jak obraża się panie, mąż może poczuć się urażony.
Trochę w Tobie widzę dawną mnie. Rozumiem co przeżywasz i jak się w tym czujesz. Ja młodo wyszłam za mąż, teściowa była autorytetem dla mojego męża. Ja wychowana, na grzeczną dziewczynkę wolałam zmilczeć niż się narazić. Z biegiem lat, język mi się wyostrzył i nie daję sobie dmuchać w kaszę. My na szczęście z tesciową nie mieszkaliśmy. Gdybyśmy mieszkali, nie mielibyśmy łatwo.
Bo moja teściowa jest z gatunku tych co zawsze mają coś do powiedzenia, wszystko wiedzą, zawsze mają rację, błędów nie popełniają.
Tesciowa potrafi czesto przy ludziach ochrzanic mojego meza: jestes moim dzieckiem i mam prawo powiedziec Ci, co tylko chce. Jeszcze wpierdol ode mnie mozesz dostac. Niby polzartem to mowi, ale mnie to okropnie denerwuje. Ja nie wiem, jak sie wtedy zachowac.
Myślę że zachowuje się w ten sposób, żeby zaznaczyć że na tym terenie, czyli na dawnym swoim gospodarstwie ma jeszcze dużo do powiedzenia.
Jeśli sytuacja by się powtórzyła.
- Bardzo dziękuję, ale po ślubie od ochrzanów, to jestem ja, a bić męża mamie nie pozwolę.
Ciepło, delikatnie, z uśmiechem.
Jeśli nie poskutkuje.
Porozmawiaj z nią na osobności. Powiedz że ją doceniasz, szanujesz, ale nie życzysz sobie takich tekstów wobec męża, ponieważ takie teksty stawiają Cię w niezręcznej sytuacji i Cię upokarzają.
Dziekuje, Eljola. Trafilas w sedno. Trudno jest rozwiazywac takie sytuacje, gdy u kogos mieszkamy. Co innego gdyby to tesciowa byla u nas. Wtedy na pewno nie mialabym oporow, zeby ja nieraz na ziemie sprowadzic. Masz racje, duza role tu odgrywa moj wiek. Jestem mloda i najzwyczajniej w swiecie mysle, ze nie powinnam zwracac uwagi tesciowej. No ale niekiedy inaczej sie nie da... Szkoda tylko, ze tesciowa nie rozumie, gdy o cos ja prosze: tlumacze, ze do malego dziecka nie mowi sie "majutki chopczyku, cio sie paciś", bo zle to wplywa na jego rozwoj mowy. Tesciowa sie usmiechnie pod nosem i za godzine zacznie mowic tak samo, przy mnie, zebym slyszala. Prosze, zeby nie nosila go bez przerwy na rekach, bo trudno mi teraz jest przez to nawet obiad ugotowac (musi byc na konkretna godzine, bo mamy pracownikow w sadzie i zjezdzaja zawsze na poludnie). Tlumacze, ze ma lezaczek i rownie dobrze moze sie z nim bawic, gdy w nim siedzi synek. Przez ciagle noszenie maly domaga sie tylko i wylacznie rak. Co z tego, jak tylko wyjde z pokoju, tesciowa wyciaga malego i przesiedzi z nim tak pol dnia, gdy ja cos robie... Ja wiem, ze sie zale, narzekam, ale jest mi dzieki temu lzej, ze sa ludzie, ktorzy mnie rozumieja. To nie jest tak, ze tesciowa jest wylacznie zla, a ja biedna i pokrzywdzona... Jestem jej wdzieczna, bo u niej mieszkamy, ale czy to musi oznaczac, ze nie mamy prawa postawic jakichkolwiek granic? Wspolne mieszkanie to jeden wielki kompromis. Z obydwu stron. Tesciowa rowniez powinna zdawac sobie z tego sprawe. Na poczatku postu pisalam o rachunkach, ze placimy z bratem meza po polowie. Pisalam rowniez, ze tesciowa i babcia nie placa. Dziewczyny odpisywaly, ze nie powinnam sie czepiac. I maja 100% racji. Nie musza. Tesciowa w koncu dom przepisala (chociaz za wiele do gadania nie mamy, co innego brat-tam tesciowa sie nie wtraca. Ba! Nawet rzadko chodzi na gore). Mam wrazenie, ze brat potrafil odciac sie od wplywow matki, dlatego ma spokoj. A my, ze mieszkamy w jednym mieszkaniu, mamy z tym naprawde duzy problem. Nie wiem juz, co robic by tesciowa dala nam sie wykazac: zeby nie kontrolowala nas ciagle w sadzie (babcia co wieczor schodzi z gory, by zrobic wywiad: ile oberwane, ile zostalo, po ile sprzedane). Moze to nie jest cos wielkiego, ale sprawia, ze czuje sie osaczona i kontrolowana. Dziewczyny pisaly rowniez, ze pomimo, ze placimy rowniez za corke brata i jej rodzine, to powinnismy przecierpiec. Tak tez robimy, ale uczucia niesprawiedliwosci pozbyc sie nie umiem. Bo nie jest do konca sprawiedliwe, w momencie, gdy: na dole mieszka 4 osoby (dol meza, gora brata i tak tez placimy, maz za dol, brat za gore), to znaczy synek, maz, ja i tesciowa, a na gorze 7 brat z zona, 20-letni syn, 23-letnia corka z mezem i 3-letnim synem , babcia. A rachunki na pol. To jest tylko maz i jego brat. Ze wszystkich sil staram sie znosic ta sytuacje, w koncu wiedzialam, ze jest duzo ludzi, nie wiedzialam tylko, jak wyglada podzial kosztow utrzymania domu. Sraram sie zacisnac zeby, bo byc moze niedlugo zaczniemy budowe wlasnego domu, w ktorym to my bedziemy stawiac warunki ![]()
Dobrym rozwiązaniem, jeśli chodzi o energię elektryczną, jest zainstalowanie podlicznika ( nie wiem czy fachowo się to tak nazywa) nie wiem też jakie są tego koszty, ale wykazuje faktyczne zużycie energii. Babcia z teściową na pewno nie zużywają jej wiele, ale brat z rodziną dużo więcej.
Zainteresowania babci nie brałabym jako kontrolowanie, ale zwykłą ciekawość ![]()
Co do wtrącania się teściowej do waszej pracy, to chyba jest tak, że wydaje jej się że bez niej się świat zawali. Tak ludzie mają. Pamiętam dzieciństwo i kiedy żył dziadek, wydawało mu się że bez jego rady, dojrzenia obejścia gospodarstwo przestanie istnieć, teraz ma tak ojciec, siostra ze szwagrem przymykają na to oko, bo tata wraz z mamą dużo im pomagają. To są takie plusy i minusy.
A co Twój mąż, na wszędobylstwo jego matki? Na to że wraz z babcią ograniczają waszą prywatność? Mojej znajomej mąz jasno określił granice, których jego rodzicom nie wolno było przekroczyć i się do tego stosowali. Sporo zależy od Twojego męża. Ty w tym co ci się nie podoba, zwracaj uwagę, ale w miarę delikatnie. Zawsze pamiętaj, że to matka Twojego męża, kochać jej nie musisz, ale darz ją szacunkiem. Wiesz jak to bywa w życiu, pokłócisz się z teściową, Twojego męża zaboli i jeszcze biedak nie będzie wiedział po której stronie ma stanąć. Niema co zaogniać sytuacji, zwłaszcza, że macie w planach budowę domu, więc z biegiem czasu wszystko się zmieni
Jak sama powiedziałaś będzecie w nim z mężem dyktować warunki.
Jak już będziesz na swoim, zapomnisz o wadach teściowej. Czego Ci z serca życzę.
Dziekuje Ci bardzo. Piszesz bardzo madrze, ale nie dlatego, ze przyznajesz mi racje. Po prostu odczytujesz moje posty bezblednie. Dokladnie o to mi chodzi, ze tesciowej wydaje sie, ze bez jej pomocy pojdziemy z torbami... Pytalas, co na to moj maz. Otoz, staje dosc czesto po mojej stronie, gdy tesciowa z babcia juz za bardzo chca rzadzic. Ale poza tym niewiele moze zrobic. On rowniez zdaje sobie sprawe, ze to dom przede wszystkim tesciowej. Jest ta sytuacja tak samo sfrustrowany jak ja. Mimo wszystko, to nie tesciowa tak bardzo nas frustruje, a babcia wlasnie- przychodzi do nas dzien w dzien, przesiedzialaby caly czas u nas. Przewaznie sa to naloty z samego rana, gdy ja obrabiam sie przy synku, lozko nie poscielone, itd... Glupio sie juz czuje, bo najzwyczajniej w swiecie, gdy slysze, ze babcia schodzi po schodach, udaje, ze usypiam dziecko lub sie zamkne. Potem mam wyrzuty sumienie i jest mi nieladnie, ale naprawde nie mam ochoty na ciagle towarzystwo babci narzekajacej na zdrowie i wszystko wokol. Zwlaszcza, ze ona ma tylko 2 tematy: choroby wlasnie i temat swojej drugiej corki i wnuczat, ktore mieszkaja 300 km od nas. Jest w nich strasznie zakochana, oni sa najmadrzejsi, najlepsi, itd. Mi to akurat az tak nie daje we znaki. W koncu to nie jest moja "prawdziwa" babcia, ale maz i tesciowa juz sluchac tego nie moga. Szkoda mi nieraz meza i tesciowej, bo chodza kolo babci: tesciowa nosi jej na gore chleb, maz wozi po lekarzach, kosciolach a i tak najlepsza jest Jadzia i jej dzieci... No wnerwia mnie juz to.
Droga autorko, moim zdaniem priorytetem będzie jeżeli pomyślicie o własnym kącie i to jak najszybciej. Mieszkanie pod jednym dachem razem z teściową i jej matką nie jest najbardziej różową perspektywą. Co do rachunków nie wnikaj, bo jest rodzina twojego męża. Jeżeli on nie jest w stanie nic z tym zrobić to ty tym bardziej, a jak zaczniesz wsadzać nos w ich sprawy rozliczeniowe to wyjdziesz właśnie tak jak pisałaś, na pazerną synową.
Cześć Ewika jeżeli tam jesteś to proszę zajżyj na moje forum.
Dziekuje, Szakisz za odpowiedz na mojego posta:). Zapewniam, ze myslimy o wlasnym kacie. Nie ma takiej opcji, zebysmy tu mieszkali cale zycie, bo na pewno bym sie wyprowadzila z dzieckiem, gdyby moj maz chcial tu zostac. Nie chodzi juz nawet o te rachunki, ale o zwykla prywatnosc, swobode, o to, ze bedziemy mogli przyjmowac gosci kiedy chcemy bez obaw, ze zachowujemy sie zbyt glosno. I nikt nie wejdzie do nas z samego rana, gdy chcemy spokojnie wypic kawe, nikt nie bedzie dopytywal, co planujemy, gdzie jedziemy, itd. Mysle, ze te powody juz sa warte wyprowadzki ![]()
witaj powiem ze wasza sytuacja jest niezaciekawa ale nie taki diabel straszny jak go maluja wydaje mi sie ze warto bylo by obydwie kobiety troche wdrazyc w wasze plany o nowym domu itd podsunac pare argumentow dotyczacych dziecka ze gdy ono sie pojawilo wasze zycie stalo sie drozsze delikatnie napomknac o pomocy dla was przeciez same mialy rodziny i dzieci powinny wiedziec a wasza trojka duzo traci na tym podejzewam ze w przyszlosci jak to zwykle wtracajacy sie rodzice podwazaja czesto nasz autorytet wtedy zaczna sie o to klotnie miedzy wami dlatego im szybciej zaczniesz dzialac z grzecznascia to pozniej tobie samej ci jej nie zabraknie to jest twoje zycie twoje dziecko dom mozna zawsze zmienic zycze powo
dzeni;)
Dziekuje, Szakisz za odpowiedz na mojego posta:). Zapewniam, ze myslimy o wlasnym kacie. Nie ma takiej opcji, zebysmy tu mieszkali cale zycie, bo na pewno bym sie wyprowadzila z dzieckiem, gdyby moj maz chcial tu zostac. Nie chodzi juz nawet o te rachunki, ale o zwykla prywatnosc, swobode, o to, ze bedziemy mogli przyjmowac gosci kiedy chcemy bez obaw, ze zachowujemy sie zbyt glosno. I nikt nie wejdzie do nas z samego rana, gdy chcemy spokojnie wypic kawe, nikt nie bedzie dopytywal, co planujemy, gdzie jedziemy, itd. Mysle, ze te powody juz sa warte wyprowadzki
Dokładnie tak. Już są warte wyprowadzki! Na przykładzie mojej dalszej rodziny /i nie tylko/, bo też życiowego doświadczenia, /prawie 40 lat po ślubie.../, radzę - wyprowadźcie się! Inaczej, kiepskie perspektywy dla waszego małżeństwa! I nawet najlepszy mąż nic nie pomoże! A przy okazji uwaga do mocno dojrzałych forumowiczek : dajcie oddychać młodym! Nawet przy zamieszkiwaniu pod jednym dachem, nie musicie bez przerwy się wtrącać i brać udział w życiu waszych synów czy córek! Odkąd świat istnieje, temat synowa - teściowa istniał i istnieć będzie. Ale miejcie na uwadze to, że robicie własnym dzieciom krzywdę. I nawet pomoc przy wnukach niewiele to zrekompensuje.
Dokladnie jest tak, jak piszecie, drogie kobietki. Pomoc przy dziecku rzezczywiscie jest, i nawet jest ta chwila ulgi, gdy ktos wezmie Malego na rece i pobawi sie z nim troche. Ale jest to pomoc przesadna. Niekiedy nie moge pojsc do Malego, bo jestem zajeta i mowie do meza, zeby zajrzal do niego (maz akurat nic nie robi wtedy, albo za chwile bedzie wolny), a tesciowa predko podrywa sie i pedzi do niego z okrzykami: ja pojde, ja! No troche sie czuje tak, jakbym z nia slub wziela, nie z mezem. Pomimo calego szacunku, jakim darze tesciowa, pomimo jej pomocy i zaangazowania mam zwyczajnie dosc. Bo jest nas troje. Wiem, nie powinnam tak ciagle narzekac, bo jednak ta pomoc ma swoja cene, ale i nieraz szkodzi nam, jako mlodemu malzenstwu, bo oprocz pomocy potrzebujemy przede wszystkim swobody. A tej mamy bardzo malo...
emilka.s Wiesz, dziekuje za rade, ale raczej nie chce babci i tesciowej wdrazac w pomoc. Tesciowa i tak oferuje jej za duzo, wlasnie mi chodzi o to, zeby troche odpuscila. Moze chodzilo Ci o rachunki? Zeby pomogly placic, bo my teraz mamy wydatki i dodatkowo musimy oszczedzac? Troche wstydzilabym sie je o to prosic, a maz, nawet jakby napomknal, to jestem pewna, ze udawalyby, ze nie wiedza o co chodzi. I zostaloby tak, jak jest teraz. Patowa sytuacja. Babcia z tesciowa, nawet jak trzeba im po leki jechac do miasteczka oddalonego o 30 km, to czekaja, az maz bedzie jechal cos zalatwic. Byle tylko nie jechal specjalnie, bo jeszcze trzeba bedzie mu zaplacic za paliwo. Chociaz ja wiem, ze maz i tak by nie zawolal. Nie wiem, czy chodzi o to, ze nie chca mezowi glowy zawracac, czy tez chodzi o to, ze nie chca tracic pieniedzy. Podejrzewam, ze rozchodzi sie o to drugie. Bo jak kiedys byla u nas moja babcia i tesciowej skonczyl sie gaz i akurat maz jechal do kolegi, od ktorego gaz kupujemy, to wzial butle od tesciowej i mial jej kupic. Jak przyjechal to moja babcia (oczywiscie zartowala) zwrocila sie do tesciowej, ktora reszte brala od mojego meza: no a za paliwo i fatyge? Tesciowa sie zmieszala, bo raczej nie ma poczucia humoru i powiedziala: eee, przeciez nie jechal specjalnie, tylko przy okazji... Oczywiscie nie bralibysmy pieniedzy od tesciowej za takie przyslugi, to nie wchodzi w gre, ale chcialam tylko, opisujac ta sytuacje, odzwierciedlic Wam, ze w kwestii placenia rachunkow nie mamy co na nie liczyc. Niech juz lepiej zostanie tak, jak jest.
Współczuję Ci ewika99 ... Ja pierwsze lata po ślubie miałam jeszcze gorsze, bo teściowa robiła w dodatku awantury. A była i babcia męża, a jakże! Ale nic nie miała do powiedzenia, bo jak stanęła w naszej obronie, to i jej się dostało! Oj, ciężkie to były czasy. Teraz to dopiero naprawdę żyjemy! Dlatego rozważcie czy się nie wyprowadzić. Bo nie ma co liczyć że sytuacja się poprawi.
Uwierz, chcialabym sie wyprowadzic, ale nie mamy po prostu gdzie. Przy pracy mojego meza jest to niemozliwe. Potrzebujemy pomieszczen gospodarczych, przechowujemy duze ilosc owocow. Gdybysmy sprzedali przykladowo wszystko na przemysl to mielibysmy polowe mniej pieniedzy. Przechowane owoce ida na eksport, ktory kosztuje okolo 1,20 zl za kg. Dla porownania przemysl to tylko 0,50 gr/kg... Bardziej nam sie oplaca trzymac jablka w przechowalni. Nawet dzisiaj maz kupil 3 tony wapna do sadu. Musimy miec gdzie to trzymac, inaczej nie bedziemy mieli z czego zyc. Wiec wyprowadzka nie jest taka prosta, niestety... Dobrze, ze mamy plan sie budowac. Arleta, wiem jak musialo byc Ci ciezko... Moja tesciowa przynajmniej sie nie kloci, nie wszczyna awantur. Da sie jakos zyc, ale to wymaga ode mnie wiele wysilku i cierpliwosci. Od wszystkich zreszta. Chcemy pojsc na swoje, bo ile mozna zaciskac zeby, ustepowac? Tu nigdy nie bedziemy swobodni. Zawsze bedziemy musieli sie liczyc z tym, ze a to tesciowa za sciana, a to brat na gorze. Nie wyobrazam sobie dalszego takiego zycia. Przyznam, ze nie myslalam o tym zbyt, wychodzac za maz. Znalam tych ludzi od kilku lat. Wszyscy sa mili, itd. Myslalam, ze skoro tak, to dam rade. Ale jednak brak prywatnosci daje sie we znaki cholernie. Dzisiaj w dodatku dowiedzialam sie, ze ta corka brata nie wyprowadzi sie ani w tym roku ani w przyszlym. W tym roku nie wyremontuja jeszcze domu u swojej tesciowej,a w przyszlym zamiast kupowac meble, maja zamiar kupic samochod... Echh, to jeszcze sobie troche za nich poplacimy...
Cześć Ewika. Proszę zajżyj na moje forum . Proszę o radę.
Ewika, za nowych lokatorów, czyli córkę brata nie powinniście ponosić opłat. Porozmawiaj o tym z mężem, jeśli jemu jest niezręcznie z bratem o tym rozmawiać, porozmawiaj Ty, tylko za zgodą męża.
Witaj Ewika. ![]()
Powiem tak : mieszkacie Ty i mąż w 'przeciągu".
Wspólna kuchnia - trzy gospodynie, łazienka (?), pokój niby Wasz, a NIE WASZ.
Teściowej i babci zawsze 'po drodze ' jest do Was.
Jesteście w centrum ich uwagi i zainteresowania.
Koszty za prąd, gaz, wywóz fekalii, rozliczany jest tylko i po równo(?) miedzy Wami, a bratem męża.
"Po równo', to nie znaczy, że sprawiedliwie, bo jest Was troje użytkowników, a u brata sześcioro osób.
Teściowa i babcia nie partycypują w tych kosztach, czyli tutaj dwie rodziny je finansują.
Znamienny jest fakt, że nigdy nie widzisz tych rachunków, tylko teściowa określa kwotę do zapłaty przez Was.
Zatem nie wiadomo, czy faktycznie ten podział jest równy między rodzinami jej dwóch synów.
Dla mnie te rozliczenia są takie: "pi razy oko".
W bardzo niekorzystnym świetle jawi się brat Twojego męża.
Uważam, że sam od siebie winien wyjść z inicjatywą, aby rachunki podzielić przez ilość użytkowników z pominięciem matki i babci, jeżeli ma tak pozostać, że są one pomijane w płatnościach.
Jeżeli te płatności są wspólne, to brak jest również motywacji do oszczędzania światła, gazu itp. przez użytkowników.
No, bo to taki wspólny worek i nikomu nie zależy na oszczędzaniu.
Nikt nikogo nie wylicza z tego, że np. nie gasi światła wychodząc z pomieszczenia, telewizor jest włączony pomimo, że nikt go nie ogląda....przykładów można by mnożyć.
A u Was każdy grosz się liczy.
Zapewne teściowa i babcia otrzymują miesięcznie pewne środki finansowe - emerytury/renty.
Nie dokładając się do kosztów z tytułu użytkowania j.w., mają stałe, miesięczne oszczędności.
Też nie wiesz, czy teściowa np. nie w wspomaga rodziny brata męża.
Znamienne jest to, że w życiowych sprawach prosi raczej o pomoc Twojego męża, a nie starszego syna.
Moim zdaniem jest on faworyzowany.
Może tak być, że dlatego bardzo chętnie i wprost 'nachalnie' pomaga Wam w pracach przy sadzie i przy dziecku, chcąc niejako 'odrobić' to, czym Was w nadmiarze obciążyła, jeśli chodzi o płatności. Taka może być jej kalkulacja, że w ten sposób pomaga obu synom.
Ta jej pomoc wcale nie musi być taka bezinteresowna.
Nie musi tak być, ale taki jest mój tok myślenia.
Tym bardziej, że Ty Ewika uważasz, iż bardzo często obyłabyś się bez tej pomocy, a wręcz Cię to drażni.
Oboje z mężem ponosicie konsekwencje braku wcześniejszych ustaleń, co do podziału tych płatności pomiędzy wszystkich użytkowników.
Ale z tego już zdajesz sobie sprawę.
Nie znaczy to, że taki stan rzeczy musi trwać, przez cały okres Waszego zamieszkiwania w domu teściowej.
Uważam, że powinniście rozważyć z mężem przeprowadzenie rozmowy z matką/teściową oraz prosić o okazywanie rachunków.
Uważam również, że zarówno teściowa, jak i babcia powinny partycypować w płatnościach.....wtedy się okaże, czy teściowa, tak chętnie będzie 'wyrywała Ci' robotę z rąk oraz synka.
Wiesz, jest takie przysłowie:" Kochajmy się jak bracia, a liczmy się jak Żydzi".
I tego się trzymaj!.
Co do zakupu chleba, to czy musisz codziennie zrywać się z rana i kupować świeży chleb?
A jakbyś tak, co drugi dzień.....
Pozdrawiam. ![]()
Żyworódko, trafilas w sedno! Rachunki sa bardzo drazniaca kwestia. W sumie to nikt nie chce o nich rozmawiac. Dopiero ja, gdy przyszlam tu mieszkac, zwrocilam tesciowej uwage ze podzial kosztow jest niesprawiedliwy. Przeszlo to bez echa. Jezeli chodzi o brata, to tesciowa mu finansowo nie pomaga. Tego jestesmy pewni. Brat jest bardzo honorowy, nie wzialby pieniedzy. Zreszta on wychodzi z zalozenia, ze zalozyl wlasna rodzine, wiec tesciowa nie moze sie do niego wtracac. Cieszy mnie jednak, ze i moj maz zaczyna sie buntowac. Tesciowa faktycznie mysli, ze my bedziemy "kicac" wokol jej potrzeb. Opisze sytuacje z dzisiaj: przyjechali goscie do babci, byli i u nas na dole, posiedzieli i z powrotem na gore poszli. Gdy juz poszli, tesciowa stanela pod drzwiami naszego pokoju i wolala meza. A ze boli go dzis zab, to powiedzial by dala mu spokoj. Wiec odpuscila. Domyslam sie po co go wolala. Mianowicie zostawilismy na zime pare skrzynek jablek (troche za duzo zostawilismy, ale ja znalazlam kupcow na nie). I tesciowa chciala zapewne, zeby maz dal goscio jablka. Specjalnie wolala go do siebie, zebym ja nie slyszala co ona mu kaze, bo wie, ze ja sie denerwuje jak ona tak rozporzadza wszystkim. My jablka dajemy tylko najblizszej rodzinie. Mojej dalszej rodzinie sprzedajemy, bo w koncu wszystko bysmy rozdali. A tesciowa chce, zeby moj maz dawal za darmo. No chwila, przeciez my z tego zyjemy. Musimy miec z czego pooplacac te nieszczesne rachunki, rowniez za nia, tym bardziej, ze zbieramy na dom i nie bardzo nam sie widzi takie rozdawanie owocow na prawo i lewo. Zreszta tesciowa moze pojsc do brata i jemu kazac dac jablka. Ale tego nie zrobi, bo do tej pory to moj maz dawal soba manipulowac i ona mysli, ze tak bedzie zawsze. Tylko ja zaczelam stawiac granice. Wczoraj nawet zrobilam mezowi wyklad, ze tesciowa za bardzo chce ingerowac w wychowanie dziecka. Moze nie mowi mi dosadnie, jak powinnam ubierac i dawac jesc, ale ciagle chce go bawic. Nauczyla go noszenia na rekach i teraz nie moge sobie dac rady z dzieckiem. Dzisiaj slyszalam, jak maz sprzeciwial sie tesciowej i nie dawal jej na rece malego, gdy chciala mu go zabrac. Nadzieja jest. Maz rowniez ma dosc rzadzenia nim. Musi tylko przelamac sie bardziej, by postawic granice:)
Zyworódko, znowu mialas racje. Tesciowej pomoc nie jest bezinteresowna. Ona chce pomoc, bo chce odrobic to, ze nie placi rachunkow. Ale to prowadzi do tego, ze za duzo jej w naszym zyciu. Ja bym wolala, zeby rachunki byly podzielone normalnie, a tesciowa zeby nie pchala sie ze swoja pomoca. Jest to bardzo uciazliwe, gdy ciagle mowisz nie, a tesciowa i tak swoje.
Poza tym jestem w szoku! Dzisiaj rozmawialismy z mezem o rachunkach za prad. Wyszlo po 250 zl
... Jestesmy malzenstwem nieco ponad rok, wiec myslalam, ze tesciowa z tesciem (zmarl miesiac po naszym weselu) placili rachunki, maz ewentualnie sie dokladal... Ale nie... On placil polowe nawet, gdy byl sam! W domu bylo 10 osob, a moj maz placil polowe rachunkow!!!!! No wkurzylam sie... Jak tak mozna kogos wykorzystywac. Zapytalam, czy nie czuje sie poszkodowany ta sytuacja... Czuje. Ale nie chce sie klocic. No ludzie... Przeciez nie trzeba sie klocic, bo niby z jakiej racji mieliby sie klocic? Ze ktos domaga sie sprawiedliwosci??? Masakra. Nigdy nie zrozumiem zasad panujacych w tym domu...
Witaj. ![]()
Ewika, a za jaki okres jest ten rachunek?
To jest ostatni rachunek za prad. Bodajze wczoraj zaplacony.
Placimy co 3 miesiace. Wiem, nie jest to duzo w porownaniu do tego, gdybysmy mieli placic za miesiac, ale dlaczego mamy nadplacac? Niewazne, czy tej nadplaty bedzie 20 zl czy 200... Nam pieniadze sa potrzebne na budowe domu, nie mamy ich w nadmiarze. Chodzi o zwyczajna ludzka uczciwosc i sprawiedliwosc...
250 zł za trzy miesiące, to w sumie nie tak dużo.
Wiesz z czego wynika cała sytuacja? Tylko mąż zarabia, niby macie wspólnotę majątkową, ale on decyduje.
W innym wątku piszesz, że nie jesteś zależna od męża. W tej chwili jesteś.
Mąż przymyka oko na wybryki swojej rodziny. On może i to robi.
250 zł za trzy miesiące, to w sumie nie tak dużo.
Wiesz z czego wynika cała sytuacja? Tylko mąż zarabia, niby macie wspólnotę majątkową, ale on decyduje.
W innym wątku piszesz, że nie jesteś zależna od męża. W tej chwili jesteś.Mąż przymyka oko na wybryki swojej rodziny. On może i to robi.
Ewika, nie analizuje kosztów za energię pod kątem tego, czy to jest dużo, czy mało za okres trzech miesięcy.
Jej chodzi o to, że chciałaby płacić za faktyczne zużycie prądu przez jej trzech osobową rodzinę.
Ale problem jest już w tym, że nie ma założonych osobnych liczników, chociażby dół i góra. Bo na dole trudniej o kilowatowe wyliczenia, ile kto zużył prądu, z uwagi na to, że jest wspólna kuchnia z teściową i babcią.
Nie zgadzam się ze stanowiskiem Chaber, że ponieważ Ewika nie pracuje zawodowo, to mąż może sam rozdysponować zarobionymi pieniędzmi.
Ich małżeństwo nie posiada odrębnej wspólnoty majątkowej (autorka nic o tym nie wspominała, a opisywane fakty również na to nie wskazują), zatem posiadają wspólnotę majątkową i to nie NA NIBY.
Mąż płacił połowę rachunków za kawalera i taki stan rzeczy trwa do dzisiaj, pomimo, że od roku założył już swoją rodzinę.
Ja stoję na stanowisku, że powinien z tą chwilą się wyodrębnić, a nie nadal trwać we wspólnocie rodzinnej.
Pozostałym członkom rodziny jest to jak najbardziej na rękę, ale Ewikę i jej męża zaczyna uwierać taki podział, czują się pokrzywdzeni i wykorzystywani.
W zupełności podzielam ich odczucia.
Tylko, że: samo wylewanie żali nic Wam nie pomoże!
Potrzeba konstruktywnej rozmowy w temacie podziału kosztów. Z pewnością, nie należy się spodziewać zachwytów, raczej będą dąsy, ale z czasem przyzwyczają się do tego, że już nie ma 'sponsora' i trzeba wykładać własne środki pieniężne.
Ewika, przyszedł rachunek, więc to jest ten moment, aby zaprezentować swoje stanowisko, a nie czekać kolejne trzy miesiące.
Działaj, bo ja uważam, że równie dobrze Ty możesz wziąć sprawę w swoje ręce.
Chaber, mylisz sie. My RAZEM decdujemyo naszych pieniadzach, nie maz. On mi wszystko mowi, ile potrzebuje na naprawe maszyn, pyta, czy sprzedac kawalek pola znajomemu (na co sie nie zgodzilam), chcial kupic nowy samochod (ale ja powiedzialam, ze najpierw dom, wiec nie kupil)... Analizujemy wszystkie za i przeciw, ja raczej bardziej doradzam mezowi, ale on mnie slucha, jezeli chodzi o nasze plany itd. Nie jestem od niego zalezna, mam taki sam dostep do pieniedzy, jak on. Razem pracujemy w sadzie, chodz ja ze wzgledu na dziecko teraz troche mniej. Maz nie podejmie wiekszej decyzji bez mojej wiedzy, mniejszej tez zreszta. Nie wiem, skad u niego ta biernosc w sprawie rachunkow i innyh opisanych przeze mnie sytuacjach. Byc moze przywykl do tego, ze jest w pewnym sensie dojony i nie potrafi sie sprzeciwic? Mysle, ze sytuacja bylaby o wiele prostsza, gdyby dom zamieszkiwal tylko maz ze swoja rodzina (zona, dzieckiem) i brat ze swoja. Moze wtedy latwiej byloby sie dogadac...? Poza tym wydaje mi sie, ze sparawa naszej wyprowadzki jest na tyle przesadzona, ze maz nie chce po prostu mieszac w tym wszystkim, woli przeczekac. Ale chodzi o to, ze skoro mamy sie budowc to potrzebujemy pieniedzy.
Zyworodko, niestety, maz juz zaplacil tesciowej za ostatni rachunek. Ja nawet nie wiedzialam, kiedy przyszedl, nie widzialam go. Po prostu uslyszalam, ze bratowa przyszla do tesciowej oddac ich czesc rachunku i slyszalam, jak pytala tesciowej, ile bylo za prad. Nikt mnie nie informuje o rachunkach, jak juz to tylko meza, bo on daje tesciowej nasza czesc.
Aha, Zyworodko- sprostuje. Kuchnie mam wspolna z tesciowa. Babcia swoj pokoj na gorze ma w polowie przerobiony. Ma tam zlew, kuchenke,lodowke. Jest niby "na swoim", czyt. kupuje sobie jedzenie. Chodzi o to, ze czesto przychodzi na dol i nieraz obie z tesciowa cos pichca, a ja musze czekac, ba najzwyczajniej w swiecie nie ma miejsca. Niekiedy babcia przyprowadza do kuchni swoje kolezanki i siedza na dole, a my czekamy, zeby zrobic obiad albo w ogole wziac cos z lodowki. Mnie najzwyczajniej w swiecie krepuje, gdy ktos patrzy, jak jem, zwlaszcza, obca baba. Nie mieszkam tam dlugo, wiec sie jescze troche wstydze. Reasumujac: ja mam z tesciowa wspolna kuchnie, babcia na gorze kuchnie i pokoj w jednym oraz bratowa osobna, swoja kuchnie.
Wy kobietki piszecie o teorii, o tym jak powinno byc, a ja o tym co widzę.
Mąż mówi Ewice o wszystkim, konsultuje, na koniec sam płaci. Uwiera go ta sytuacja i co robi? Nic!
Tak postępuje mąż liczący się ze zdaniem żony?
Owszem Ewika, masz wpływ na wszystkie wydatki NIE ZWIĄZANE Z JEGO RODZINĄ. Tyle.
Owszem Ewika, masz wpływ na wszystkie wydatki NIE ZWIĄZANE Z JEGO RODZINĄ. Tyle.
Oczywiście, że tak jest, co z treści wypowiedzi Ewiki jasno wynika.
Dlatego, musisz definitywnie porozmawiać z mężem, aby nie pomijał Cię i informował o wspólnych płatnościach, ale przed regulowaniem tych należności. Powiedz, jak źle się z tym czujesz, kiedy załatwiane jest to za 'Twoimi plecami'.
Najlepszym wyjściem z tej sytuacji, byłoby nakłonienie męża, aby powiedział matce, żeby z rachunkami zwracała się do Ciebie/jego żony, bo Ty masz pieczę nad wydatkami. Taka jest moja rada.
Po prostu, żebyś Ty przejęła tę pałeczkę.
Jeżeli mąż tego nie zrobi, to raczej będziecie TKWIĆ w tym stanie rzeczy, aż do wyprowadzki, co może nastąpić za dobre kilka lat i jeszcze trochę.....a Ty będziesz się tym zadręczać, albo.....pogodzisz?
Mąż przymyka oko na wybryki swojej rodziny. On może i to robi.
Nie może i jeszcze raz NIE.
Nie rozumiem, dlaczego dajesz mu takie przyzwolenie!
Ja mężowi Ewiki nie daję przyzwolenia na nic, pisałam z ironią: "on może i to robi". Przyczyna leży w tym, że to on zarabia,nie liczy się z ze zdaniem żony.
Nie pierwszy i nie ostatni facet, trzymający niezarabiającą żonę pod butem.
Nigdy nie słyszałyście jak ktoś mówi: ja zarobiłem, to moje, ja decyduję; wersja hardkorowa; piję za swoje.
Nie, nie Chaber, maz nigdy nie dal mi do zrozumienia, a tym bardziej powiedzial, ze to jego pieniadze. On w tej chwili tylko mnie utrzymuje, bo mamy male dziecko, co nie oznacza, ze taki stan rzeczy bedzie trwal w nieskonczonosc. Kazda zona w chwili zajmowania sie dzieckiem jest na utrzymaniu meza. Faktycznie, mam wplyw na NASZE wydatki, ale te, ktore dotycza rozliczen miedzy domownikami sa jakby troche regulowane poza moimi plecami. I na pewno porozmawiam z mezem o tym. Zreszta, gdy mu zwroce uwage na pewno bedzie sie staral to zmienic. Co do tesciowej- watpie, czy bedzie mi mowila o rachunkach. To jest czlowiek, ktoremu bardzo trudno zmienic nawyki. Nawet, gdy chodzi o dziecko. Prosze, tlumacze by nie brala go bez przerwy na rece, bo nie ma takiej potrzeby, by dziecko do tego przyzwyczajac. Nie slucha mnie zupelnie. Gdy maly tylko na nia spojrzy, zaraz go wyjmuje, bo nie moze wytrzymac, by go nie wziac... Ja rozumiem, ze jest babcia i go lubi, ale bez przesady. Mimo, ze wkurza mnie nie raz gdy nie slucha, co do niej mowie, to juz powoli odpuszczam. Nie mam cierpliwosci bez przerwy tlumaczyc i prosic. Jestem osoba wybuchowa, a w tym domu dusze sie juz od dluzszego czasu, nie wiem, ile jeszcze wytrzymam, by im wszystkiego nie wygarnac... Zaciskam zeby z tego wzgledu, ze to ja przyszlam do meza mieszkac, nie odwrotnie. Ale jest trudno.
A wiesz kochana że im bardziej będziesz to w sobie tłamsić to będzie coraz gorzej.W końcu nie wytrzymasz i tak wybuchniesz że wszystkich z nóg zetnie ![]()
Wiem co mówię też jestem wybuchowa,raz dopuściłam do takiej sytuacji i nie było nikomu do śmiechu.Teraz wolę wylewać żale i pretensje na bieżąco,to o wiele lżejsze dla psychiki,tak mi się przynajmniej wydaje ![]()
Skąd ja to znam?!! Z własnego domu rodzinnego. I, naprawdę Cię rozumiem. Pamiętam jak mieszkaliśmy wszyscy w jednym domu. Niby były podziały, osobne wejścia. Ale kłopoty, awantury, przepychanki, to była codzienność. Po prostu, jak tyle ludzi jest w domu, nie da się żyć w zgodzie. Bo nikt nie jest święty, i żeby nie wiem jak się starać taki układ nie wypali. Zawsze coś jest nie tak, zawsze ktoś ma jakieś ale. Ja za wszelką cenę uciekłam z takiego ,,rodzinnego ogródka'' i do dziś nie wyobrażam sobie mieszkać z rodzicami, teściami, babciami czy innymi. Po prostu NIE! Nie ma mowy!
Co do Was powiem tak, jak najszybciej usamodzielnijcie się, zanim zakłócicie się wszyscy na amen. Budowa domu długo trawa, a jeszcze jak pieniędzy nie ma na całość. To kilka ładnych lat. Może lepiej zastanowić się nad mieszkaniem w bloku, co uskładaliście, resztę na kredyt. Dziecko do żłobka, wy do pracy. A rodzina jest fajna ale trochę. Odwiedziny, święta ach jak my się wszyscy kochamy!:) A i jak pójdźcie na osobno, to babcie coś tam Wam więcej kasą sypną, bo dzieci biedne. A tak, to wy dokładacie do interesu.
Różowa Malino- masz racje, trzeba sie usamodzielnic. Niestety, u nas nie jest to takie proste- praca, zlobek. Po pierwsze maz jest sadownikiem, musi byc na miejscu, bo ma taka prace. Nie mozemy wyjechac do miasta. Tym bardziej, ze dokupilismy sporo ziemi, ktora od tamtego roku zaczyna przynosic zyski. Po drugie- zlobka najzwyczajniej w swiecie nie ma, to mala wies. Nie wiem, czy czytalas watek od poczatku? Staramy sie usamodzielnic, ale troszke to potrwa. Chcialam wziac kredyt- maz nie chce. Twierdzi, ze to kamien u szyi. Ma troche racji, zwlaszcza przy tak niepewnym zawodzie. Co do klotni- nie, nikt sie nie kloci. Chyba glowny problem to taki, ze kazdy siedzi cicho i nikt nic nie powie, co go boli, itd. Kazdy ma dosc corki brata mojego meza i jej rodziny, ale nikt nie zwroci uwagi zeby sie dolozyla. Nie wiem, dlaczego. Ja co prawda nie czuje sie upowazniona, ale brat meza albo maz powinni to zrobic. Susze glowe mezowi o to, ale stwierdzil, ze tyle wytrzymalismy to jeszcze troche wytrzymamy. Nie rozumiem tego. Poza tym syn brata (19-latek) doslownie 2 dni temu sie wyprowadzil. Tylko ze nikt nie wie gdzie. Ma dosc tej sytuacji ze swoja siostra- przez nia i jej rodzine on nie ma wlasnego pokoju. Tesciowa jedzie na lekach uspokajajacych, bo martwi sie o wnuczka... Ale tez nic nie powie, bo uwaza, ze to nie jej sprawa... Moze niewiarygodnie to zabrzmi, ale relacje pomiedzy mezem a bratem sa dobre. Tylko tacy honorowi sa, ze nie beda sie nikogo o nic prosic... Skomplikowana sytuacja. Ten syn brata pali trawke, nie wiadomo, czy nie bierze czegos innego. Gdy sie wyprowadzal to ukradl skorzana kurtke mezowi swojej siostry. Podejrzewam, ze brakowalo mu pieniedzy na marihuane. W pobliskich sklepach ma dlugi. Od nas pozyczyl pieniadze, nie oddal, od babci rowniez i tez nie oddal... W zime byla identyczna sytuacja. Narobil dlugow a brat meza oddawal. Oddal ponad 2 tys. za niego. I tez sie wyprowadzal. Wtedy wrocil po 2 dniach- niestety bez pieniedzy za wiele nie nawojuje, a do pracy chodzi tylko sporadycznie i na czarno. Szkole zmienial 3 razy, zadnej nie skonczyl. I tak siedzi ta corka z rodzina nie dokladajac sie do rachunkow, dorosly syn (chwilowo nieobecny), ktory nie chce isc ani do pracy ani do szkoly, a maz ze swoim bratem placa za to wszystko... Nie moge sie juz doczekac rozpoczecia budowy. Jeszcze jakis rok musimy wytrzymac... Moze ta sytuacja sie unormuje? Dzisiaj nawet byla u nas siostra mojego meza. Gdy tesciowa powiedziala jej o tym, ze Igor zniknal to spowiedziala zebysmy wygonili ta Kaske (siostra, ktora nie doklada sie do utrzymania domu) jak najszybciej, bo to przez to, ze Igor nie ma wlasnego kata... Tesciowa tylko spuscila glowe i nic nie powiedziala (miedzy soba tylko gadaja, ze powinna sie wyprowadzic i na tym koniec). Kiedy, gdy rozmawialam z ta siostra to mowila mi, ze powoli moga sobie konczyc poddasze u tesciowej, bo, cytuje,"nikt przeciez nas nie pogania, mozemy powoli sobie konczyc, zreszta gdzie mi lepiej bedzie niz tutaj". Pomyslalam wtedy, ze caly dom czeka na ich wyprowadzke, a tylko oni tego nie widza... Najgorsze jest to, ze ta siostra naprawde nie widzi problemu, nie ma pojecia, ze kazdy ma dosc dokladania do niej i jej meza oraz dziecka...