To jeszcze wam dopowiem, że wczoraj to jechałam do pewnego lekarza specjalisty, u którego nie byłam hhhoho... i jeszcze trochu.
Przy okienku rejestracji stanął w kolejce za mną pan - na moje pierwsze wrażenie, taki chłopek-roztropek.
Niski, pulchniutki, w okularkach, czyściutki.
Zaraz do mnie zagadał, pokazując mi skierowanie do lekarza i pytając, czy ja też do tego, i że on to pierwszy raz.
Ja też do tego, ale kolejny raz.
Ale powiedział też, że się spóźnił na wyznaczoną godzinę, bo nie miał gdzie zaparkować, więc go przepuściłam w kolejce.
Później jednak stwierdził, że poczeka na mnie i razem pójdziemy, gabinet był na piętrze.
Jest górnikiem, w sierpniu idzie na emeryturę, a ma cosik tam z sercem - mówił dokładnie co, ale akurat mam słabe wiadomości w schorzeniu tego organu i nie zapamiętałam.
Zaraz po wizycie u tego lekarza, jedzie do następnego do innej przychodni w sprawie tego serca, bo mają mu robić rezonans magnetyczny.
To przygotowanie przed zabiegiem na to chore serce.
Pytał się lekarza, czy przeżyje tę operację, bo na emeryturę idzie w sierpniu, a zabieg ma mieć robiony w czerwcu. Chodziło mu o to, żeby jakby co, to żona miała po nim dobrą rentę.
Lekarz powiedział mu, że przeżyje.
To go uspokoiło, no bo chciałby jeszcze pożyć, ma wnuka.
Te choroby sercowe, to u nich rodzinne, rodzice zmarli wcześnie, w wieku 49 i 46 lat, ale nie pamiętam, które w jakich latach. Wychowywali go dziadkowie, któreś z nich jeszcze żyje, ma blisko 90-lat (chyba).
Tego wszystkiego dowiedziałam się w czasie chyba ok. 15 minut.
Pan był bardzo komunikatywny.
Poczekał na mnie i poszliśmy przed gabinet. Ludzi na poczekalni mnogo, ale łącznie do kilku lekarzy.
Siadłam na krześle, pan nieco dalej też znalazł wolne miejsce.
Za chwilę podszedł, pytając mi się o nazwisko lekarza. Powiedziałam.
Po chwili znowu podszedł, tym razem z komórką, żebym mu jeszcze raz powiedziała. Powiedziałam.
Usiadł na miejsce i klikał w komórkę. Ale przed zatwierdzeniem, podszedł do mnie ponownie, żeby się upewnić, że dobrze zapisał.
Dobrze.
Jednakże po chwili podszedł do drzwi gabinetu z komórką w ręku, chyba czytał wizytówkę i cosik wklikiwał do komórki.
Pewno imię lekarza, bo ja mu nie podałam.
Zwolniło się miejsce bliżej drzwi gabinetu i pan tam się przesiadł.
Gdy zwolniły się kolejne dwa miejsca, to przesiadłam się ja, bo nazwiska wyczytywała nie lekarka, tylko prawdopodobnie studentka, ale tak bardzo cicho mówiła.
Pan powiedział do mnie, że chyba nie pojadła.
On schudł w tamtym roku 37 kg (szok, bo w tym momencie widziałam go jako toczącą się beczułkę), bo był na takiej diecie.
Ale najpierw, to jeszcze przytył na tej diecie, bo miał jeść 5 razy dziennie, no to on jadł. Ale okazał się, że np. jeden posiłek to jabłko, czy pestki słonecznika, a on by się tym nie najadł. Ale trochu się jednak zastosował i na wadze ubywało.
Jednak tę dietę porzucił i żona gotuje mu teraz golonki.
Wtrąciłam, że ja też uwielbiam jeść golonki.
Jabłko, to on je wtedy, jak nie może się załatwić, jak twardo mu wychodzi......
W tym momencie wyszła pani z gabinetu i wyczytała moje nazwisko, więc już dalszego ciągu historii z jabłkiem w roli głównej nie znam.
Ja miałam wizytę jedną godzinę za nim, ale widocznie z powodu tego, że nie był na czas, to jego kartę odłożono na koniec.
Po wyjściu z gabinetu, pan wołał za mną do widzenia, zanim ja zdążyłam otworzyć usta.
W drodze powrotnej bilet zaraz przy wejściu skasowałam, miejsce siedzące miałam, ale książki nie czytałam, bo......autobus był przepełniony, było mi duszno i byłam z=nieco zmęczona. 