Kiedyśbyłam-bardzo Ci współłczuję,ale najgorsze jeszcze przed Tobą/niestety/.
W pracy widzę każdego dnia ból dziewczyny zostawionej przez męża.Z dwojgiem małych dzieci,które nie rozumieją dlaczego nie ma w domku tatusia.
Marnym pocieszeniem jest to,że tylko Ty sama cierpisz/na szczęście bez dzieci/.
Miej świadomość,że bardzo wiele kobiet łączy się z Tobą w bólu.
Dasz radę!Musisz!
Dzięki dziewczyny, te slowa wsparcia komus moga wydawac się bez sensu,no bo ilez mozna powtarzac to samo...? Ale one sa naprawdę potrzebne, za kazdym razem wnosza cos nowego i od nowa daja sile, utwierdzaja że to zlo kiedys minie...
Przeczytałam Twoje posty... bardzo współczuje.
Ale jednocześnie czuję jak jakaś twarda kula więźnie mi w gardle, serce przyśpiesza i łzy napływają do oczu.
Też czeka mnie rozstanie. Prawdopodobnie. Dwa razy od niego odeszłam i wiem jakie to cierpienie... zasypia i budzić się bez niego. Inni patrzą z pożądaniem, a Twoje wewnętrzne Ja krzyczy " chcę tylko Tamtego!"
Nie jesteś w aż tak złej sytuacji kochana. Masz pracę, masz DOM! Jesteś młoda, po studiach, BEZ DZIECI! Wszystko przed Tobą.
Dla porównania : mam 21 lat, studiuję i pracuję ( praca słaba i niestabilna), mam 1,5 roczne dziecko, nie mam własnego 1m, a co tu dopiero mówić o domku.
Nie mam dokąd iść a mój mąż po 1,5 roku ślubu odtrąca mnie fizycznie i psychicznie. Nie ma nikogo, wiem o tym, twierdzi, że to przez nasze częste kłótnie i rozstania ( 2 ) nie wie czy jeszcze mnie kocha.
Ty wyjdziesz na prostą, postaraj się jak najszybciej zapomnieć o tym dupku. To po prostu DUPEK z klasy " jestem szefem, dopieszczę ego romansując z podwładną. " Wiesz ilu miałam przełożonych, po ślubie, z małymi dziećmi, którzy przebierali w swoich podwładnych jak ziemniakami w warzywniaku? Ile niemoralnych propozycji składano mi?
Tacy faceci są żałośni... niedowartościowane szczeniaki.
Czas leczy rany, a Ty masz wszystko, by bardzo szybko się otrząsnąć.
Głowa do góry!
Boxerka, Ty tez wyjdziesz na prosta. Ty to dopiero mlodzitka jestes, za kilka lat bedziesz miala juz odchowana pocieche i nic, tylko swiat podbijac... w kazdej stuacji sa plusy i minusy. Teraz jest Ci ciezko, z dzieckiem, ale ja... ja nie wiem kiedy i czy w ogole bede je miala
( wszystko runelo. I kazdego dnia niby coraz bardziej sie z tym godze, to juz ponad miesiac, ponad 30 dni, gdzie nie wykonalam polaczenia, nie wyslalam smsa, gdzie nie prouszylam tematu typu 'czy na pewno', czy naprawde koniec' itd. TAK NAPRAWDE. I niby czas mija, ale ja mam wrazenie ze w jakims stopniu dalej sie ludze, ze cos nagle sie zmieni, ze sie opamieta. i wiem ze nie powinnam, ale to jest silniejsze ode mnie, ze gdzies ta nadzieja sie tli. Dopoki tu mieszka i chcac nie chcac ze 2 razy w tygodniu sie miniemy i powiemy sobie 'czesc'... mimo ze data notariusza w polsce ustalona - zaczynaja sie konkretne formalnosci, to ja wciaz sie ludze, ze moze po powrocie do Anglii, kiedy poczuje, ze dostaje faktycznie to co chce, ze ja nie utrudniam, ze naprawde tam pojechalismy i zrobilismy rozdzielnosc, sprzedalismy mieszkanie w polsce, do tego to bedzie juz prawie 2 miesiace wtedy jak ja sie nie bede odzywac na nasz temat, nie bede prosic, plakac, tylko zyje swoim zyciem... to moze wtedy zacznie miec jakies watpliwosci...? kurde! wiem ze nie powinnam tak myslec
ale coraz czesciej dochodze do wnisoku ze poki on sie nie wyprowadzi to ja bede zyc w takim zawieszeniu i ze to jest niezalezne ode mnie ze chociaz ten 1% nadzieii bede miec...
tylko ze wiem ze to bezsensu, bo na ta chwile NIC, kompletnie NIC nie wskazuje na jakikolwiek, najmniejszy nawet powod tego, zebym ja ta nadzieje powinna miec. nie zmienia sie z jego strony nic, ani cienia nadzieii ze moze on nie jest taki pewny swojej decyzji. jest i to bardzo, kazdego dnia mi to pokazuje, nawet tym ze sie nie widzimy i kazdy kolejny dzien mija bez zadnego kontatku... i tylko slysze w nocy jak wraca do domu, otwiera sie zamek w drzwiach, potem lazienka i potem zamykaja sie dzwi od 'jego' pokoju
(
Kiedyśbyłam, wy mieszkanie kupiliscie w Angli czy w Polsce, Czy macie i w Anglii i w Polsce? A nie chcialabyś zostać tu w Polsce, czy jednak tam sie odnajdujesz?
Zobaczysz jeszcze wszytsko dobrze sie ulozy ... ![]()
A dlaczego On się nie wyprowadza?! Niech spada do cizi, jak Mu żona się znudziła! Przecież to On nie chce z Tobą być, a do tej pory konsekwencje ponosisz tylko Ty! Jak taki mądry, a z Tobą tak źle, to wypad! I nie interesuje Cię gdzie! Sam podjął taką decyzję. Podziwiam Cię, ja chyba nie dałabym rady mieszkać razem z padalcem.
Trzymam za Ciebie kciuki! Powodzenia!
72 2013-05-13 14:41:43 Ostatnio edytowany przez kiedysbylam (2013-05-13 14:42:12)
pisalam o tym wielokrotnie...
sila mam go wyrzucic? inaczej nie chce. powiedzial jasno i wyraznie kiedy sie wyprowadzi....
Bella - mieszkanie jest i w polsce i t uw anglii
73 2013-05-13 15:58:29 Ostatnio edytowany przez serce i rozum (2013-05-13 16:00:00)
pisalam o tym wielokrotnie...
sila mam go wyrzucic? inaczej nie chce. powiedzial jasno i wyraznie kiedy sie wyprowadzi....
Bella - mieszkanie jest i w polsce i t uw anglii
O tym napisałam. On Cię zostawił, on decyduje kiedy się wyprowadzi, on on on. A Ty cierpisz! Nie piszę tego, żeby Ci dowalić! Jestem najnormalniej w świecie wkurzona, że przez jego myślenie inną częścią ciała niż mózg, Ty jesteś strzępkiem nerwów.
A może trzeba przy pomocy np.brata się pozbyć wrzodu?:)
74 2013-05-13 23:35:33 Ostatnio edytowany przez kiedysbylam (2013-05-13 23:38:42)
serce i rozum - wiem, zgadzam sie z tym co piszesz. Takie sa fakty, ale co moge to robie, nie siedze biernie i nie daje sie juz krzywdzic. a z rzeczami na ktore nie mialam i nie mam juz wplywu - nie walcze. nie ma sensu marnowac energii na cos, na co sie nie ma wplywu, wole energie sporzytkowac na cos na co wplyw mam....
strzepkiem nerwow, absurdalnie ale chyba nie jestem. na szczescie dosc szybko sie pozbieralam, z 1 najgorszej chyba fazy po zdradzie, rozstaniu. przede mna dluga droga, duzych smutkow i malych radosci... ale zyje, jestem zdrowa, mam prace, mieszkanie o ktore bede walczyc jesli bedzie taka potrzeba, nie opuscilam ani 1 dnia w pracy przez NIEGO, jakos spie, cos tam jem, nie biore antydepresantow. mysle ze nie jest az tak zle.. trzeba sie cieszyc z tego co jest... nad czlowiekiem tak marnym, jakim on teraz jest, naprawde nie ma co sie ani rozczulac, ani mscic, ani NIC. po prostu NIC. dla niego i dla mnie przede wszystkim najlepsze bedzie jak dam mu to wlasnie. nic innego jak wielkie NIC. ZERO. obojetnosc w kazdej postaci.
a to ze cierpie? tak, bardzo. ale z tym tez sie musze poki co pogodzic, przezyc to cierpienie. bo tego akurat w tej chwili nic kompletnie nie zmieni. tez nie mam na to wplywu. zrobil co zrobil i przez to cierpie, ale tak jak pisalam - nie mialam na to wplywu. z pewnymi stanami rzeczy trzeba sie pogodzic a nie za wszelka cene walczyc. bo z tym nie wygram. w sensie w ogole - na pewno tak, ale w tej chwili tego cierpienia nie wyeliminuje, cokolwiek bym nie robila. moge je tylko usmierzac... i staram sie to robic.
zle mi
(
zle mi
(
Ej no jak to dopiero co budowałaś nas wszytkich a teraz zaś coś????
no... widzisz, to te cholerne hustawki nastroju... data i godzina u notariusza juz wyznaczona. mimo ze to ja to 'zalatwiam' bo wiem ze nie ma wyjscia, to jakies chore mysli przychodza, ze moze powinnam z tym jeszcze poczekac... ? wiem, ze nie mam kompletnei zadnych powodow, zadnych znakow jakiejkowliek zmiany z jego strony, ale te mysli sa po prostu silniejsze.
no... widzisz, to te cholerne hustawki nastroju... data i godzina u notariusza juz wyznaczona. mimo ze to ja to 'zalatwiam' bo wiem ze nie ma wyjscia, to jakies chore mysli przychodza, ze moze powinnam z tym jeszcze poczekac... ? wiem, ze nie mam kompletnei zadnych powodow, zadnych znakow jakiejkowliek zmiany z jego strony, ale te mysli sa po prostu silniejsze.
Musisz się jakoś od nich odpędzić, sama pisałaś,że w dzień o tym nie myślisz, że obowiązki itd.
Musisz wynaleźć patent ![]()
caly czas nad nim pracuje
mam nadzieje ze niedlugo cos opatentuje ![]()
caly czas nad nim pracuje
mam nadzieje ze niedlugo cos opatentuje
To podeślij go i mi, oczywiście prawa autorskie zastrzeżone ![]()
tak zrobie ![]()
a tak na powaznie no to dramatu nie ma i mam nadzieje ze juz nie bedzie, ale ciezko, ciezko, ciezko....
Kiedysbylam i wszyscy obecni - Witajcie,
Przeczytałam cały Twój wątek po Twojej odpowiedzi u Twarda sztuka... To niesamowite jak wiele wspólnego ma Twoja historia z moja... dla porównania:
1) To ON zawsze był tym hmm "dobrym duchem" w związku, tym który wspierał, pomagał, dawał siłę, dzięki któremu wierzyło się w siebie i w to że da się radę osiągnąć zamierzony cel...
2) Moja mama również choruje na raka... miała już operację teraz jest wszystko "prawie ok"
3) Bylismy razem prawie 10 lat, ale mieszkaliśmy ze sobą niecałe 6...
4) zostawił mnie dla innej
ale niestety to ja musiałam sie wyprowadzić (nigdy nie łączyło Nas nic formalnie ślub...) i niestety wiem, że ona u niego pomieszkuje (kiedy jej dziecko jest jeszcze u jej męża - sprawa rozwodowa w toku)
5) też z reguły jestem raczej bojaźliwą osobą i raczej pesymistką...
Myślę, że jeszcze (niestety) wszystko przed Tobą... wachania nastrojów, płacz.... Boże jak ja ryczę w weekendy... kiedyś myślałam, że nie lubię poniedziałków, teraz nie mogę znieść myśli, że to już piątek....
te wszystkie uczucia które opisujesz... cała ja... tyle, że ja nadal (po 5 miesiącach od rozstania) zrobiłabym jeszcze wiele by do mnie wrócił... czuję, że nie mam godności ...
Boję się, że z Tobą bedzie podobnie (trzymam mocno kciuki aby tak nie było...) abyś nie postępowała tak jak ja - przesuwając ciągle tą granicę (do jej 1 sprawy rozwodowej,dopóki nie pozna dziecka.... itd) kiedy należy powiedzieć sobie, że NADZIEJI JUŻ NIE MA... a właściwie już to robisz,l jednak mam nadzieję, że dasz radę się z tym uporać!
Zazdroszczę Ci tylko tych przyjaciół i teściowej, którzy wiedzą, że to jego wina i dają Ci siłę do dalszej walki, niestety jego rodzina do mnie się nie odzywa (przecież jesteśmy dla siebie obcymi ludzmi a to ich syn i chcą jego szczęśca - nie winię ich za to, ale jest to bardzo przykre)...
Przykro mi, że to napiszę, ale obawiam się, że na obecną chwilę nic już nie możesz zrobić - bo skoro on już sobie poukładał, że jesteś zła, to tylko on może to zmienić, a niestety teraz tego nie chce....
Zadbaj o to by rozwód był z jego winy, zgromadź dowody świadczące o jego winie, zadbaj o siebie... może alimenty?
TRZYMAJ SIĘ i nie daj mu się złamać...
P.s
Nie wspominasz nic o tacie... czy jest obecny w Twoim życiu?
pytam, bo również chodzę do psychologa i to on uświadomił mi, że to co się teraz ze mną dzieje nie jest spowodowane tylko rozstaniem z moim ech byłym...
nie potrafię przyzwyczaić się do tego słowa...
Dasz radę dziewczyno!
Pokonałyśmy już dużo!
Teraz będzie już tylko lepiej, ale w to wierz ![]()
M. - witaj.
tak, faktyczie z tego co piszesz, jest wiele podobienstw w naszych historiach.
tak- ja wiem ze juz nie moge zupelnie nic zrobic i jak narazie juz nic nie robie od 5 tygodni. mimo ze jest ciezko, zeby juz nic sie nie odezwac, zwlaszcza ze kazdego dnia, nawet jak sie nie widzimy, to wraca do domu jakos wieczorem i mam swiadomosc ze jest za drzwiami drugiego pokoju. rano jak wstaje do pracy - tez wiem ze jest kilka metrow dalej. chcialoby sie cos zrobic, pojsc przytulic sie do niego po prostu, ale na szczescie poki co nie mam w sumie takich mysli bo wiem ze to po prostu tylko by mnie pograzylo.
co do tesciowej - tak poki co okazala sie w porzadku, ale tez nikt z jego rodziny sie do mnie nie odzywa zupelnie. ona tez nie dzwoni. tylko jak ja sie odezwalam 1sza no to normalnie rozmawialysmy. Ale teraz tez juz przestalam dzwonic - no bo po co? ilez mozna rozmawiac o tym samym. no jej tez ciezko, tez nie rozumie, ale nic tez nie moze zrobic. wiec teraz kontakt podejrzewam ze bedzie sie juz totalnie urywal, no a jak on sie wyprowadzi to juz calkiem zaniknie.
piszesz o weekendach - ooo tak. zawsze czekalam tylko do piatku - zeby wreszcie cos razem zrobic, gdzies pojechac... a teraz? tak, jest ciezko, bo w te weekendy nic konkretnego do roboty nie ma... w tygodniu tez mi sie nie chce, ale troche jak taki robot wstaje i jezdze do tej pracy. Piszesz ze placzesz duzo.... 5 miesiecy po... kurcze to straszne po prostu. ja juz naprawde bardzo malo placze. nie wiem czy to dobrze czy zle... ale mozna powiedziec ze juz w ogole nie placze. pierwsze 2-3 dni jak bylam u brata no to byla rozpacz, panika, przerazenie - jak to bedzie??!! i wtedy zanosilam sie placzem, ryczalam jak bobr, potem uspokajalam sie na godzine- dwie i znow. Ale moze to wyplakalam? Teraz tylko czasem - 2-3 razy w tyg mnie 'zetnie' poplacze kilka minut i przestaje.
wiem ze emocjonalnie wszystko jeszcze przede mna. Ale mam chociaz nadzieje ze fizycznie to juz jestem na tym etapie nowego zycia. bo naprawde, od ponad miesiaca zyje kompletnie bez niego. Nie ma zadnych telefonow, smsow, nie widuje go. nikt nie wie o 2 osobie NIC. co robimy, gdzie jestesmy, jak pracujemy. poza tym zanim sie definitywnie rozstalismy 5 tyg temu, wczesniejsze 5 miesiecy tez go fizycznie nie bylo w domu, tez spedzalam cale dnie sama, z taka roznica ze sie zadreczalam ,czekalam na telefon, sms, zainteresowanie moja osoba. teraz chociaz juz tego nie ma, bo wiem jak sprawa wyglada.
co do mojego taty - ciezki temat. z pscyholog jeszcze do tego tematu nie doszlam. Pewnie moze miec to jakis zwiazek. tata mi bezposrednio nigdy krzywdy nie zrobil i bardzo mnie kocha - cale zycie z mysla o nas, dzieciach ciezko pracowal. Ale jest zlym czlowiekiem jesli chodzi o najwazniejsza dla mnie osobe -mame. nigdy jej nie szanowal, traktuje i traktowal ja bardzo zle. wiec skrzywdzil mnie bardzo, choc pewnie do dzis o tym nie wie. Ale wszystkie jego awantury po pijaku, kiedy wyzywal sie na niej a ja od dziecka to slyszalam, kiedy od naprawde najmlodszych lat bylam bardzo swiadoma, ze po kazdych urodzinach, imprezie bedzie pijany i bedzie to samo - gadki do samego rana z mama, zylam w ciaglym strachu, wszystko krecilo sie wokol tego zeby w koncu poszedl spac.... do dzisiaj zreszta tak jest. nic sie nie zmienilo, tyle ze nie mieszkam juz w domu od 6 lat wiec jakos odzylam, ale mysl ze mama tak naprawde dalej to przechodzi tez mnie wykancza i bardzo do niego zraza. przez to - nie mielismy nigdy w sumie zadnego kontaktu z ojcem - ja po prostu sie go balam - nie fizycznie, bo tak jak pisalam nigdy nic mi nie zrobil, ale tak psychicznie no i tez go w sumie nienawidzilam za to wszystko. Unikalam go zawsze jak moglam. nasze kontakty ograniczaly sie do powiedzenia 'czesc' rano jak go 1 raz zobaczylam i tak jest do dzisiaj, jak jestem w polsce. to on zawsze odbiera mie z lotniska, to on mnie odwozi, ale nawet teraz jest do dla mnie bardzo niezreczny czas, kiedy jedziemy sami w samochodzie przez godzine a tematy do rozmowy koncza sie po 3 minutach. 'jak tam lot'?, 'wszystko o czasie', no i co tam w pracy? no i ja do niego tez ze dwa pytania o babcie, o cos tam i koniec. teraz pewnie bedzie troche inaczej, jak mnie odbierze z lotniska za poltorej tygodnia, ale tez pewnie zapyta jak sprawa wyglada, ja mu powiem ze nic sie nie zmienilo jesli chodzi o nasze malzenstwo i tyle... boje sie tylko jak bedzie ja ksie spotkamy wszyscy u tego notariusza. jak moj ojciec sie zachowa wzgledem niego. mam nadzieje ze nie dojdzie do jakis dziwnych scen...
no nic, jakos musimy sie trzymac, jakos trzeba isc do przodu, po prostu. walczyc o kazdy dzien. nie wybiegam za daleko w przyszlosc, skupiam sie na kazdym dniu, zeby jakos dobrze go przezyc. a czas mam nadzieje zrobi swoje i porozwiazuje sam wiele spraw.....
M. a jak czuje sie mama? jaki to rak? miala chemie albo radioterapie? gdzie sie leczy?
Tak właśnie myślałam. Nasze losy są bardzo podobne... mój ojciec też jest alkoholikiem... moja mama na szczęście miała tyle siły by się wyprowadzić ,jednak zrobiła to chyba zbyt późno by uchronić nas od skutków przebywania w takim domu... tak jak Ty teraz mamy sporadyczny kontakt (mieszkamy w innym mieście i ze wzg. na to że już nie mogłam mu pomóc - był na odwyku, później znowu to samo - odcięłam się...)
Myślę, że masz to samo co ja - syndrom wielbłąda - jak to mówi mój psycholog... gromadzisz wszystko i tylko dodajesz sobie nowe "garby", a gdy zniknie jedna mała cegiełka z Twojego świata, który był dla Ciebie bezpieczny, wali się wszystko...
syndrom DDA... nawet jak opisujesz swój charakter...
u mnie niestety jest ten problem, że podejrzliwie patrzyłam gdy tylko "mój były
" brał alkohol do ust - fakt, że niestety nie znał swojej kreski nie polepszał sytuacji... ale wiem że przesadzałam w tej kwestii...
u Ciebie mógł być to inny syndrom (kłótnie gdy nie zadzwonił na czas, albo jak nie wrócił o umówionej porze...) niestety strach z dzieciństwa powraca i uzewnętrznia się najczęściej (przynajmniej u mnie) w złości czy odcinaniu się ("na wszelki wypadek" - żeby później bolało mniej)...
Przede mną jeszcze długa droga, wiem to... mam nadzieję, że Ty poradzisz sobie z tym lepiej, bo mimo wszystko wydaje mi się, że jesteś ciut silniejsza
czy płaczę... w weekendy... w tygodniu to tak jak Ty, skupiam się na pracy, wieczorem siedzę do późna (bo nie mogę spać) na kompie i zdarza mi się tylko czasami... i tak mija dzień za dniem... Chociaż fakt, zdarzają się "lepsze okresy" - wtedy ryczę trochę mniej ![]()
Tak sobie myślę, że może wykorzystaj ten okres kiedy jesteście razem, ale osobno do tego by spróbować przyzwyczaić się do tego że już niedługo jednak tej drugiej osoby nie będzie nawet obok... Niestety trochę inaczej jest gdy mimo wszystko wie się, że ten ktoś śpi obok, że wróci, że gdy będzie ciężko można na siebie wpaść - oczywiście przypadkiem - np. w kuchni...
Walcz o to by jak "to" się już stanie być na tyle silną aby sobie z tym poradzić....
Mnie niestety to wszystko można powiedzieć, że zaskoczyło... tydzień pakowania (właściwie mogłam to zrobić w jeden dzień - ale ta nadzieja) i nie pozostało nic z mojego życia... ![]()
Ja płaczę, a on jest szczęśliwy... ma inną, jest z inną, ja jestem zużytym kapciem który miał już same wady i dziury... Nie pozwól by to samo spotkało Ciebie... Walcz o to co Ci się należy...
Jeżeli chodzi o jego rodzinę, to masz rację ? niby po co? Ale jednak mnie ciągle ciągnie by zapytać co u nich? Czy są zdrowi, jak plany? Byliśmy tam praktycznie co niedzielę na obiedzie? Byli dla mnie wzorem rodziny (jego rodzice są szczęśliwym małżeństwem już 30 lat), byli dla mnie prawdziwą rodziną, której tak naprawdę nie miałam? I znowu odebrano mi to z dnia na dzień ![]()
Jeżeli chodzi o mamę to był to rak piersi, leczyła się na onkologii w Gliwicach. Na szczęście obyło się bez typowej chemii, miała tzw. brachyterapie.
P.s.
Chciałabym Ci pomóc... Ale nie wiem jak... nie wiem jak pomóc również sobie ![]()
Ciesz się, że to co Was łączyło nie zniknie ot tak?
Pisałaś, że Twój mąż nie chciał isć z Tobą do psychologa, ale jest jeszcze nadzieja bo prawdopodobnie, jeśli nie będziesz chciała zgodzić się na rozwód, a nadal mieszkacie ze sobą (czyli tak naprawdę nie nastąpił jeszcze zupełny i totalny rozpad) to najpierw jest separacja, a później być może mediator?
Jeżeli nadal będziesz chciała ratować ?Was?, postaraj się by go Wam przydzielili? może taka postronna osoba jakoś Wam pomoże? może ta jeszcze odrobina czasu pozwoli mu wszystko przemyśleć?
Proszę tylko byś była silna? byś nie załamała się jeśli to nie wyjdzie? bo zrobiłaś WSZYSTKO co było można!
Jeżeli będziesz potrzebowała, jeżeli będziesz miała gorszy dzień to pisz? może chociaż to, że się ?wygadasz? troszkę Ci pomoże?
87 2013-05-15 13:47:52 Ostatnio edytowany przez kiedysbylam (2013-05-15 13:55:05)
M. co do ojca jeszcze - nie zaprzeczam ze jest alkoholikiem, ale jak dla mnie to nie byl/ nie jest taki typowy alkoholizm. W sensie ze wielu alkoholikow po prostu nie funkcjonuje przez alkohol, nie pracuja, nie robia nic, tylko pija. Moj ojciec cale zycie zapieprzal - chociaz za to mu chwala, ze finansowo zawsze bylo i jest dobrze. Poza tym jest bardzo pracowity - nie umie usiedziec nie robiac nic. a to ze na imprezie albo nawet sam, wieczorem musi wydoic, to juz inna sprawa. nigdy nie bylo typowych awantur, trzaskania talerzy ani przemocy fizycznej w domu. to bylo takie znecianie sie psychiczne nad mama, jego 'zale' wylewane do godzin porannych na mame i cala jej rodzine. nie wiem do konca jaki to ma na mnie skutek. jesli chodzi o alkohol to nie mialam jakis oporow zeby maz nie pil. bylo wiele imprez przez te lata, sama lubie sie czegos napic i byly okresy ze konkretnie imprezowalismy
bardziej juz chyba t oco napisalas - ze jak nie zrobil czegos, na co sie umowilismy wczesniej, to tracila mszybko kontrole i bylo dla mnie bardzo wazne. no jak to - mowiles ze bedzie tak ,a robisz tak?
co do tego syndromu wielblada no to nie wiem -nie moge powiedziec ze jedna cegielka wypadla i zawalilo mi sie wszystko. Owszem - wypadl on, maz, zawalil mi sie swiat, jak chyba kazdemu w takiej sytuacji. Ale nie moge powiedziec ze runelo wszystko bo bym zgrzeszyla. zdaje sobie sprawe z tego co mam - nie przestalam chodzic do pracy, nie zamknelam sie w domu, juz od 3 tyogdni w miare normalnie zasypiam, kontaktuje sie ludzmi, chodze do psychologa, mam auto ktore zostawiam dla siebie - no absolutnei nei moge powiedziec ze przez niego, przez ta jedna cegielke zawalilo sie wszystko.....
nadal mieszkamy ze soba ale mysle ze jeszcze maksymalnie miesiac. tak naprawde to zaelzy chyba ode mnie. bo on sie wyprowadzi jak zostana zalatwione formalnosci w banku - a ze to ja chce zostawac w naszym mieszkaniu, to ja musze to wszystko sobie sama pozalatwiac z kredytem - on sie po prostu na to zgodzi, podpisze ze sie zrzeka a ja go splace. i w sumie juz zaczelam to robic, juz skontaktowalam sie z bankiem i spoldzielnia. i wlasnie dostalam odpowiedz ze spoldzielni ze nie maja przeciwskazan zebym tylk ja pozostala wlascicielem!! :DD ale sie ciesze ze nie bedzie problemow. bank tez kredyt powinien przeniesc bez problemu na mnie sama. aha i jeszcze szacowana wartosc mieszkania, poltorej roku po kupnie wzrosla o 10 tys funtow!!
) to juz tak na marginesie super wiadomosc. wiadomo ze teraz to mi nic nie daje, bo mieszkania nie sprzedaje, ale sam fakt! i dlatego teraz i sama nie wiem jak bardzo sie z tym spieszyc wszystkim.....? bo mam wrazenie ze jakbym sie uparla to 2tygodnie i moglabym to pozalatwiac no i mialby sie wtedy wyprowadzac.... wiem ze nie ma co przeciagac, ale trudne to wlasnie jest. ze teraz w sumie to ja rozdaje juz kartwy w sensie ze kiedy ja to sobie pozalatwiam to wtedy on bedzie sie wyprowadzal.... a na temat rozwodu naarazie tematu nie ma. co nie zmienia faktu ze w jeg orozumieniu izachowaniu to juz kompletny koniec. tak jak pisze - ma sie wyprowadzac lada chwila, pieniadze juz podzielone, mieszkanie w polsce i rozdzielnosc bedzie robiona za 2 tyg i tyle... rozwod bedzie tylko formalnoscia, ktora ni wiem kiedy nastapi. ja narazie nie chce o tym myslec.
a kiedy dokladnie mama miala operacje ? miala mastektomie czy tylko czesciowe ? Moja mama tez w Gliwicach
) spedzialam tam troche czasu z nia, na chemiach...
moja mama miala calkowita amputacje z wezlami chlonnymi w sieprniu 2011. potem pol roku chemii i radioterapia - niestety niektore wezly byly juz zajete i dlatego po operacji zalecili takie leczenie. U Twojej mamy musialo byc duzo lepiej skoro nei bylo chemii.... wiec nic tylko sie cieszyc i byc dobrej mysli. Co ile mam jezdzi na kontrole? i kiedy nastepna ?:)
od razu napisałam że jesteś dużo silniejsza niż ja - cieszę się
masz wszystko poukładane i będzie tak jak to sobie zaplanujesz... z wyprowadzką to może gdy już załatwisz wszystko i mu to oświadczysz... gdy zabraknie mu argumentów aby z Tobą mieszkać, to może otworzą mu się oczy? chociaż po tym jak opisujesz jego zachowanie to sama nie wiem....
co do mamy to jeżdzi co 3-4miesiące, teraz miała rechabilitację bo po częściowym usunięciu węzłów chłonnych zbiera jej się limfa w ręce i niestety ma ją cały czas spuchniętą... Na szczęście nie była to pełna amputacja, ale tylko częściowa... guzek był jeszcze w miarę mały - około 1,5cm. Więc tak, można powiedzieć, że miała szczęście...
A jak się czuje Twoja mama? to taka ciężka operacja, a całkowite usunięcie piersi musi być strasznym przeżyciem... ;/
P.s.
Dlaczego ten świat jest tak skonstruowany, że to wszystko jest takie trudne...? że dzieją się takie rzeczy...?
Jakby to było dobrze gdyby ludzie tak jak robią przeważnie łabędzie - łączyli się raz na całe życie...
M. czy silniejsza to absolutnie nic pewnego. Ty juz jestes 5 miesiecy 'po' wiec zobaczymy w jakim ja bede stanie za taki czas.... dzisiaj wlasnie wrocil wyjatkowo 'wczesnie' do domu, bo ok 20 czym mnie zaskoczyl. no i siedzi ' u siebie' w pokoju. stwierdzam ze przywyklam juz jak tak go nie ma.... i chyba nawet lepiej, bo tak, teraz fizycznie slysze jego obecnosc. oczywiscie zadnych zmian. powiedzial czesc jak wszedl i to wszystko. NIC, zero, co tam, jak leci, co slychac - no nic i ja tez o nic nie pytam...
limfa - oj wiem, wiem cos o tym. Mama ciagle masaze, rehabilitacje, senatorium itd. Reka boli, puchnie i co zrobic:/ sama mama cwiczy ja codziennie, spi z klinem od czasu operacji, 'przepycha' limfe, ale i tak ma juz taki obrzek jakby na stale ktory w sumie nie schodzi. Dzieki Bogu nie jest jakis ogromny, ale jednak... ale mama czuje sie ogolnie dobrze. ona podczas chemi czula sie dobrze
) to taka silna kobieta ze szok... zero marudzenia, zero narzekania. ludzie przy grypie bardziej dramatyzuja niz ona podczas chemi. moment kiedy wlosy zaczely sie sypac garsciami, w ciagu 1 dnia, jakby po prostu sie odkleily.... a ja akurat wtedy przylecialam do polski. trzeba bylo obciac reszte i zgolic.... ehh ciezkie to bylo, teraz jak sobie pomysle to jak takie cos przezylam, to co , teraz mam sie nim przejmowac... bez sensu.
przykre to jest, to jest fakt, nic tego nie zmieni. oczywiscie ze po ludzku, chcialabym zeby po prostu chociaz bylo mu przykro, zeby okazal skruche - nie chce ze mna byc - ok, trudno, ale zeby jakos sie tym w ogole przejal... to by czlowiekowi lepiej bylo na sercu. no ale tak nie jest i co zrobic... a jak u Ciebie dokladnie sytuacja wyglada? jest gdzies Twoj watek?
Dasz rade... ktoś musi, a skoro ja nie daje to zgodnie z prawami natury... to tak jak z tym powiedzeniem, że ktoś musi pracować żeby spać mógł ktoś ![]()
Podziwiam Twoją mame... miała (ma) tak ciężkie życie przez Twojego tatę, a tak świetnie dała sobie radę z tym wszystkim co ją spotkało... Jest naprawdę niesamowitą kobietą!
mojego wątku nie ma, zalogowałam się tutaj 3 dni temu, kiedy przypadkiem trafiłam na to forum gdy po raz kolejny nie umiałam zasnąć... Jeszcze nie wiem jak to wszystko funkcjonuje - chyba trochę wcinam się ze swoją historią
(jakoś nigdy wcześniej nie wchodziłam na żadne fora - a przynajmniej nie w takim celu). Wiem jedno, historie tu opisane, ludzie którzy tu są, którzy wspierają, odpowiadają - bardzo pomagają, nawet wtedy kiedy krytykują... Dzięki nim (dzięki Wam) człowiek wie że nie jest sam, wie że jest ktoś na tym świecie kto służy dobrą radą, wsparciem, kto (niestety) przeżył to samo, ale wyszedł z tego i jest szczęśliwy...
Ktoś kogo obchodzi to co się z Tobą w tym momencie dzieje.... ![]()
M. nigdzie sie abolutnie nie wcinasz. pytalam - bo chcialabym wlasnie poznac blizej Twoja historie. czyli nie byliscie malzenstwem, ale mieszkaliscie razem 6 lat - to tak jak my. tzn w sierpniu byloby 6, a chyba do tej 6tki pod jednym dachem nie dociagniemy.
tak, mama jest niesamowita. tylko tym bardziej mam zlosc na tate, bo nawet ta jej choroba wiele w nim nie zmienila. owszem - zawsze jezdzil/ jezdzi z nia na te kontrole, wozi do Gliwic czy do jakis tam lekarzy jak trzeba. Ale nadal truje - chyba troche rzadziej sie to zdarza niz w przeszlosci i mama chyba tez sie juz na to uodpornila, no ale na pewno dalej tak jest. ze potrafi ublizac, nazekac i krytykowac, gdzie mnie szlag trafia bo wiem jaki negatywny wplyw ma wlasnie stres na cala chorobe mamy.
tak samo z cholernym praniem - mama nie moze nic dzwigac. ale co tam. prac trzeba, pralka w piwnicy to zima na 2 pietro do lazienki trzeba miski z praniem nosic, w lato tylko jedno pietro w gore - na dwor. i mowilam mu to nawet jakis czas temu: 'mama nie moze nosic'. nie mowie zeby to pranie robil, wieszal, ale tylko ta cholerna miske np wynosil. no ale za ciezko, po co....
macie ze soba teraz jakis kontakt? gdzie teraz mieszkasz? rozumiem ze mieszkanie bylo jego? dlaczego sie musialas Ty wyprowadzic?
kiedysbylam
jesteś silną babką, bardzo racjonalną. Czy przypadkiem ta racjonalna strona nie bierze góry a co z uczuciami? Mówię tak bo mam podobnie, zresztą mój psycholog twierdzi, że racjonalność i rozumowe podejście do sprawy mam opanowane do perfekcji, ale te uczucia, tak głęboko schowane... . To wszystko też trzeba przeżyć, przeżyć żałobę, odejście. Ja myślę, ze u Ciebie to wyjdzie jak się wyprowadzi na dobre, teraz jest inaczej bo czujesz jego obecność.
stokorotko bardzo slusznie to widzisz. jestem i zawsze bylam osoba 'racjonalna'. lubie miec wszystko zaplanowane, przemyslane 10 razy. i lubie miec kontrole nad wszystkim ogolnie...
moja psycholog zwrocila na to samo uwage na co Ty - jest nawet powiedzialabym 'lekko' zaniepokojna moim jakby stanem i psotepowaniem. nie wie czy to do konca dobrze ze trzymam sie az tak 'dobrze'. nie ani razu w zasadzie podczas naszych spotkan nie plakalam, ze tak wszystko analizuje racjonalnie, staram sie zrozumiec kazda sytuacje. Ona tez uwaza ze ta zlosc ktora w sobie mam, ten bol, ze to musi wyjsc, musi znalezc ujcie.
No ja o tym, wiem ale co mam zrobic? na poczatku plakalam, az sie zanosilam przez pierwsze 2-3 dni. teraz czasem jak mnie najdzie - nie powtrzymuje tego, poplacze pouzalam sie 5-10 minut i mi przechodzi. a potem wracam do swojego racjonalnego myslenia. nie wiem, nie moge na sile plakac? bo kazdy placze w takiej styuacji? to co czuje w sercu, ten bol i zal - one tam sa i mysle ze caly czas przezywam juz to, ze ten czas dziala na korzysc mimo wszystko, ze to juz jest ten proces. przeciez wiem, ze to koniec, wiem ze sie wyprowadzi - malo tego - to ja zaltwiam formalnosci zebym mogla zostac w naszym mieszkaniu i wtedy on sie wyprowadzi. a jak to faktycznie bedzie? pewnie mnie sieknie wtedy jeszcze...
Byc moze Cie sieknie, ale na pewno nie wywroci bo gdyby tak mialo byc to juz by bylo.
Ludziom racjonalnym jest latwiej - nie znaczy ze mniej cierpia, ale jest im latwiej pozbierac sie do kupy, wiec ciesz sie z tego ze taka wlasnie jestes ![]()
Z Twojego opisu wyraznie widac ze masz kontrole nad tym wszystkim, to jest Twoja sila, tego sie trzymaj.
Osobiscie uwazam ze bedzie Ci lzej na serduchu po jego wyprowadzce.
Kazdy jego ruch w mieszkaniu, dzwiek, przypomina Ci o calej sytuacji, wywoluje gorycz, smutek i pewnie cala palete innych negatywnych uczuc. Nie mow ze podswiadomie nie wyczekujesz na jego powrot do domu kiedy zbliza sie czas kiedy zazwyczaj wraca.
Z pewnoscia masz jeszcze zachowania ktore generujesz z mysla o nim, chcesz mu pewnie jeszcze pare rzeczy pokazac, robisz cos z mysla o nim lub pod niego. A z jego strony masz tylko obojetnosc. To jest jak operacja bez znieczulenia na otwarym sercu.
Jest tak ?
Zobaczysz, po jego wyprowadzce poczujesz sie wolna. Nieszczesliwa ale wolna.
Tak, mieszkaliśmy ze sobą 6lat... W tym czasie było różnie, ale zawsze dawaliśmy radę (niestety wiem,że czasami przesadzałam z reakcją, ale wiem również że i mój ... też nie był całkowicie fair w stosunku do mnie...) dopóki nie pojawiła się osoba trzecia
Teraz mieszkam z mamą i siostrą, niby jest dobrze, ale strasznie tęsknię za swoim dawnym życiem...
za tym by móc się wieczorem do kogoś przytulić i zasnąć jako ta "mniejsza łyżeczka"
za tym by zadzwonić po pracy, by czekać aż wróci do domu... ech...
Nie wytrzymałam i zadzwoniłam do niego w sobotę... nie odebrał, napisał że nie może rozmawiać i że zadzwoni w tym tygodniu - jak do tej pory cisz, a ja czekam... (był pewnie z nią, a zapewne nie mówi jej o naszych ewentualnych kontaktach - nie powiedział jej, że się widzieliśmy 3 tyg. temu...) Nie wiem dlaczego tak robi... Bo chociaż mówił mi wtedy, że z nami już koniec to przecież gdyby był uczciwy w stosunku co do niej to by jej powiedział, a ona powinna to zrozumieć (sama zapewne jeszcze utrzymuje kontakt ze swoim mężem - chociażby ze wzg. na dziecko czy też sprawę którą mają...) może obawia się, że gdyby się dowiedziała to by go zostawiła?
Stokrotka1978 ma rację, trzymam mocno kciuki i życzę z całego serca by to co się teraz z Tobą dzieje było tym najgorszym co może Ci się przytrafić.... ja wiem również sama po sobie... Gdy się wyprowadzałam myślałam, że mimo wszystko dam radę i nie będzie tak źle, to zderzenie z rzeczywistością sprawiło że kompletnie się rozsypałam... czasami jest lepiej i wydaje mi się, że wychodzę na prostą, ale później jest taki czas kiedy znowu wszystko wraca i to ze zdwojoną siłą...
(
Moja mama też wykonuje dużo prac których nie powinna robić, niestety mieszkamy - same baby - w domku w którym jest wieczny remont i musimy radzić sobie same z wieloma rzeczami... A dodatkowo moja mama jest strasznie upartą i samodzielną osobą (nie miała łatwego życia) która czasami pewne rzeczy woli zrobić sama niż poprosić kogoś o pomoc... Staramy się jakoś we trzy dogadywać, niestety nie zawsze nam to wychodzi (każda na swój sposób jest trochę ułomna jeśli chodzi o charakter)... Twój tato myślę, że też został hmmm "przyzwyczajony" przez Twoją mamę do tego, że poradzi sobie... Niestety często potępiamy ten błąd - nie chcemy okazać słabości i płaczemy gdzieś w łazience albo w nocy (jak ja teraz tego żałuje
)...
Czasami sami musimy dostać porządnego kopa od życia by przekonać się co może czuć ktoś inny, bo bogaty nigdy nie zrozumie biednego (mam nadzieję że rozumiesz co mam na myśli)...
eine_gute_ehefrau - pewnie masz racje ze mi ulzy. chociaz z 2 strony to chyba w moim osobistym postrzeganiu tego wszystkiego, wlasnie wtedy, dopiero wtedy bedzie prawdziwy koniec nas.. teraz poki mieszka, ta nadzieja jeszcze sie tli.... mimo ze nic jej nie wznieca, on jest konsekwenty, ale ona jest. naprawde boje sie tergo jak to sie juz stanie, ta swiadomosc ze juz go wiecej w zasadzie nie zobacze... nie to ze nigdy, bo wiadomo ze jeszcze kiedys na pewno, no ale kiedy? za ile? i na ile? no ale z 2 strony jest tak jak piszesz - chce czy nie chce - rejestruje to o ktorej wroci, albo ze jeszcze go nie ma w domu...
z tym robieniem cos pod niego to juz chyba naprawde jestem na dobry etapie. naprawde mam to juz gdzies. tez jestem obojetna. nie interesuje mnie to czy cokolwiek zauwazy a juz tymbardziej co o tym pomysli... na poczatku to jeszcze zastanawialam sie jak kubek po kawie postawic ( przesadzam teraz oczywiscie ale cos na tej zasadzie) zeby on to czy tamto pomyslal. teraz wiem ze nic z takich rzeczy nie ma dla niego kompletnie zadneg oznaczenia, on nawet tego nie zauwaza, nie mysli o tym. wczoraj przyszedl do mnie po zapalniczke? :'masz moze zapalniczke?' - dalam mu z torebki bez slowa. poszedl, odpalil sobie swieczke zapachowa w swoim pokoju, odniosl zapalniczke i powiedzial 'dzieki'. Ja znow bez slowa wzielam ja spowrotem do torebki. Boze jakie zalosne jest to ze ja nawet taka sytuacje tutaj opisuje... bo on powiedzial dwa slowa a ja nie
) no ale coz.
M. - no to dobrze ze mieszkasz z mama i siotra.... Kochana, ja to sie tej samotnosci, ciszy najabrdziej boje... oczywiscie ze za nimi bedziemy tesknic tak czy inaczej, za przytuleniem, za wspolnymi wieczorami... ale jednak jak jest ktos obok bliski do kogo mozna sie po prostu odezwac, zajac czyms to bardzo wazne... ja nigdy nie mieszkalam wswoim zyciu sama. a teraz bede - sama - w duzym mieszkaniu, w obcym kraju - bede mieszkac sama...
( to mnie przeraza tak naprawde.
a co do kontaktu z nim? czemu dzwonilas? co chcialas mu powiedziec? widzisz, nie oddzwania, a nawet gdyby to co? Kochana nie czekaj.... nie dzwon, nie pisz... mnie tez kilka razy dziennie skreca zeby cos tam naskrobac mu jeszcze. Ale od 14 kwietnia tego nie zrobilam i nie zamierzam. NIC, kompletnie, to naprawde najlepszy sposob zeby raz samemu wyjsc jakos z tego, a dwa jesli cokolwiek mialoby w nich peknac to wlasnie uwazam przez taka cisze z naszej strony.....
No widzisz, rozmyslasz, analizujesz...
I nie mow ze jego durne wejscie po zapalniczke nie zburzylo Twojego spokoju.
Ze nie zranilo ze tak wlazl, wzial, oddal i poszedl sobie.
Mieszkanie samej tez ma plusy choc wierze ze teraz moze Cie to przerazac. Ale zobaczysz ze to tez jest fajna sprawa.
Nie boj sie samotnosci - masz brata blisko siebie, masz prace, kontakt z ludzmi.
No i jestes mloda.
Ide o zaklad ze nie zdarzysz jeszcze oswoic samotnosci a juz samotna nie bedziesz ![]()
Nie wybiegaj myslami w przyszlosc, nie rysuj czarnych obrazkow bo to tylko wywoluje leki.
ze zburzylo spokuj to moze bylo by zbyt duzo powiedziane - ale tak, kolejny raz udawadnia mi ze nic sie nie zmienilo, nic sie nie zmienia w jego decyzji.
probuje patrzec na to w ten sposob ze juz teraz w zasadzie mieszkam sama. Fakt, ze on tam 'mieszka', wraca zazwyczaj na noc i jest kilka godz w weekend nie ma w sumie dla mnie zadnego znaczenia. Ja caly swoj czas czy poza domem czy w nim, spedzam sama albo z innymi ludzmi. To tylko moja psychika, ze to tak groznie brzmi no ze bede mieszkac juz sama. Juz wlasciwie mieszkam. A zreszta planuje dac ogloszenie i wynajac ten 1 pokuj... raz ze finansowo bedzie mi lzej, no a dwa, ze moze trafi sie jakas normalna dziewczyna i bede miec chociaz kolezanke.
co do tej samotnosci jeszcze - no mi jest ciezko jak mi tak ludzie wszyscy mowia - jestes mloda, ladna za chiwle znajdziesz 10 lepszych od niego. Ale... ja jestem wierzaca... nie wyobrazam sobie do konca zycia byc sama. ALE: wedlug mojej religii, wedlug tego co przysiegalam, to nie powinnam juz nigdy z nikim byc... i kropka. jego zlamanie przysiegi nie zwalnia mnie ze swojej. wiem ,ze moze niektorzy maja mnie za wariatke, w dzisiejszych czasach nitk o tym w ten sposob nie mysli... ale ja tak... ja nie chce miec nikogo innego, wiem ze pewnie kiedys to sie stanie, ale wiem ze wtedy nie bede mogla byc tak blisko z Bogiem, jak bym chciala i jak powinnam. no i dlatego to wszystko takie trudne... gdybym inaczej do tego podchodzila w tej kwestii - to tak, pewnie, kurcze nie on jedyny, naprawde!! i jestem tego swiadoma, ze moglabym miec jeszcze wielu innych i wybierac tak naprawde. Ale ja tego nie chce...
Skoro jestes tak gleboko wierzaca to masz zapewne swiadomosc ze byc moze w ten sposob Bog Cie doswiadcza. Ma w tym swoj cel. Dal Ci krzyz ktory musisz niesc jak Chrystus. Wiara to cos wiecej niz zycie wedlug dekalogu. Przeciez musisz to wiedziec.
Patrzac przez pryzmat wiary nie jest bez znaczenia ze to Ty nie zlamalas przysiegi. Czy Cie nie zwalnia tego nie wiem. Porozmawiaj o tej kwesti z porzadnym ksiedzem.
Ze dzisiaj nie chcesz zadnego innego wcale nie dziwi.
Nie mozesz juz dzis przekreslic okolo 60 lat swojego zycia ktore sa dopiero przed Toba.
i wiedziec lepiej od Pana Boga.
Zaufaj mu.
Co bym powiedziała? sama nie wiem... zapytałabym co u niego, jak w pracy i jak sie czują jego rodzice... zapytałam jak Nasza papuga (została u niego ze wzg. na lepsze warunki... - tam może latać po całym mieszkaniu, a u mojej mamy siedziałaby w klatce...) ech... brakuje mi jego głosu... ale milczę... przeważnie udaje mi sie wytrzymać najpierw tydzień teraz około 2ch... ale chociaż się staram to potem pękam...
To dobrze, że się nie poddajesz, że zatrzymujesz mieszkanie... jeśli choć w 1/10 wyprowadzka wpłynie na niego tak jak na mnie to pożałuje tego... będzie się zastanawiał czy już z kimś jesteś, czy coś zmieniłaś, czy ktoś korzysta z kiedyś jego łazienki, mebli itd...
Zgadzam się w 100% ze słowami eine_gute_ehefrau... porozmawiaj z normalnym księdzem.... może ta rozmowa sprawi, że będzie Ci lżej...
Podobno wszystko jest wcześniej dla nas zaplanowane... więc może to co się dzieje ma jakiś sens?
kiedysbylam
a co Biblia mówi o tym? Cudzołóstwo jak najbardziej zwalnia drugą osobę z przysięgi to jest wprost napisane. Ja też jestem wierząca, ale uważam, że to 1)nie ja zdradziłam 2)nie ja powiedziałam że nie kocham i nie chce z nim być 3)to ja chciałam walczyć bo kocham, i jestem przekonana że to są dostateczne powody do tego żeby móc sobie ułożyć życie na nowo.
juz sie orinetowalam, rozmawialam z wieloma osobami, jestem tez na pewnym forum katolickim dotyczacym ratowania malenstwa itd. no i tak to wlasnie wyglada. nie ma pol sodkow. dla Boga jestesmy jednoscia i bedziemy nia do konca zycia, mozemy byc po rozwodzie, mam prawo a nawet obowiazek byc szczesliwa i zadowolona z zycia bez niego, ale slubowalam wiernosc i ze cie nie opuszcze az do smierci - bez zdnych 'ale'. 'chyba ze'. nie ma kruczkow, gwiazdek ukrytych
ze chyba ze mnie zdradzisz (to juz nie musze byc ci wierna do smierci).
no a co do ogolu sytuacji to mysle ze wlasnie wiara bardzo pomogla mi teraz dosc szybko sie pozbierac z tej najwieszej rozpaczy. tak sobie wlasnie tlumacze - ze musi byc w tym jakis glebszy sens. nie wiem jeszcze jaki. moze przez moje cierpienie on cos ma zrozumiec, nawrocic sie kiedys? po to zeby potem moc zyc juz jak dawniej, w sensie jako normalny, dobry czlowiek z zasadami moralnymi i Bozymi? Moze jeszcze kiedys ze mna? tylko rozumiejac juz to wszystko co mi zrobil, co stracil, co przeszlam przez niego? A moze juz nie ze mna ale z kims innym, bedzie tworzyl prawdziwy zwiazek na dlugo dluzej niz ze mna? Moze sens w tym taki zebym ja uwierzla i zrozumiala jak wartosciowa osoba jestem - sama w sobie, bez niego? jak wiele naprawde sama potrafie? nie mam pojecia jaki jest tego sens, ale wierze ze jakis jest, probuje codziennie oddawac wszystko Bogu, w sensie, ufam Ci Jezu, rob co chcesz
ja wszystko postaram sie przyjac. i wiecie co? nie pisalam Wam o tym wczesniej... od 21 kwietnia odmawiam Nowenne Pompejanska - za niego. ale nie modle sie o to zeby do mnie wrocil.... bo to jest moja, ludzka wola. A ze probuje godzic sie z wola Boza, to modle sie po prostu o to, zeby on sie nawrocil jakos, przypomnial sobie o istnieniu Boga i podstawowych wartosci, ktrore kiedys mial ale je zlamal, zgubil. zeby sie nawrocil do prawdy po prostu. a gdyby tak sie stalo, wierze ze byloby dobrze... cokolwiek by nie bylo. gdyby dopuscil do siebie to co naprawde zrobil. o Nowennie mozecie przeczytac w necie jesli ktos zainteresowany
ale od razu mowie ze to cieeeezka modlitwa. 3 rozance dziennie jade
ale jak uspokoja....ponoc ma magiczna moc... ja, od 1 dnia kiedy zaczelam odmawiac, nagle, jakby reka odjal zasnelam normalnie wieczorem 1 raz od ilus tam tygodni i od tematej pory normalnie w maire spie. rozumiecie? no dla mnie to juz cud. pierwsze 2 tygodnie tluklam sie przez cale noce do rana z boku na bok - masakra jakas.
M. - no zobaczymy jak to bedzie jak juz sie wyprwoadzi, tego juz sie pewnie nie dowiem, ale licze ze wtedy wlasnie najbardziej odczuje, poniesie konsekwencje swoich decyzji....
stokrotko - to jest niestety nasze ludzkie interpretowanie pewnych spraw, tak zeby nam jakos to lepiej pasowalo. dla Boga nie ma rozwodow, rozwod jest grzechem. mozesz byc po rozwodzie, mozesz chodzic do kosciola, spowiedzi i komuni, ale tylko jesli zyjesz samotnie, jesli nie zlamales przysiegi malzenskiej. wiem to na 100%. inaczej, mozesz isc do spowiedzi, ale nie dostaniesz rozgrzeszenia, nie mozesz isc do komuni. przeciez wlasnie z tego powodu, slub koscielny mozesz miec tylko raz. gdyby Bog przyzwalal na to, ze jesli maz mnie zdradzil i zostawil to ja moge sobie byc z kims innym, to mozna byloby zawrzec kolejny zwiazek koscielny. a nie mozna. malzenstwo to sakrament - nie ma zmiluj
no, ale nie ma sensu za abrdzo tutaj na tematem religii sie rozgadywac chyba. kazdy ma swoje zdanie na ten temat i kazdy ma do tego prawo ![]()
Pomóżcie...
jaka jestem głupia...
( weszłam na skypa - mam go w kontaktach (a raczej miałam bo właśnie usunęłam- czy dobrze zrobiłam????) i miał w opisie ze jest w Lądku Zdroju.... po co? z nią na wakacjach???? dlaczego.... dlaczego to tak trudne... dlaczego to wszystko tak boli...
(((
kiedysbylam
masz prawo tak uważać, jak uważasz. Ja nie jestem katoliczką tylko protestantką i odnoszę się bezpośrednio do Biblii. Ja też oddaję 2/3 razy dziennie mojego męża Bogu, nie modlę się o nasze małżeństwo ale o niego samego i o siebie osobno. Ja jeszcze dodatkowo pościłam, kiedyś pościłam dłużej, ostatnio nie daję rady dłużej niż parę dni ale to też mi pomaga oraz czytanie Psalmów Dawidowych. Bóg daje siłę, to prawda. Ja mam przyjaciół też wierzących (choć nie tylko) i to też mi bardzo pomaga.
M.
a może Lądek Zdrój oznacza Londyn. Tak usuń, lepiej dla Ciebie.
M. no widzisz Kochana jak to jest, jak same sie krzywdzimy, myslac o nich, ciagle gdzies sie natykajac na ich slady... ja tez ostatnio weszlam na jakies glupie forum motocyklowe gdzie on pisze i widzialam ze pododawal zdjecia z naszych ostatnich wakacji teraz z kwietnia, na szej wycieczki motocyklowej, jak objezdzalismy wyspe. opisal ta wycieczke bez zadnych emocji, bardzo dokladnie, w liczbie pojedynczej - 'jechalem ta i ta droga, potem przecialem ta autostrade, widoki przepiekne itp itd.' nawet jedno zdjecie na ktorym ja jestem dodal, nie wiem po co, ale generalnie ta jego realcja tez mnie ruszyla. nie ma sensu robic takich rzeczy, patrzec na ich opisy, no cokolwiek co z nimi zwiazane.
no jest, moze z nia, moze nie. wiem jak to boli, ale to znowu wszystko podejscia. ja juz nawet sie z tym pogodzilam. jeszcze 3 tygodnie temu mialam pewnosc ze ma z nia kontakt i sie spotyka. jak nie wracal do domu do godziny 24, najpierw przeszywal mnie bol, ze jest teraz z nia. a potem? przyjelam to za fakt. po co mam sie ludzic? przeciez wiem ze z nia jest. jest i niech jest. zaufalam Bogu i wierze ze kiedys zrozumie co to za dziewczyna ktora puszcza sie z nim i zdradza swojego narzeczonego. im wiecej beda sie widywac tym szybciej sie o tym dowie. niech sie widuja....
pomysl o tym w ten sposob moze?
kiedysbylam, Twoj maz tez byl tak wierzacy w waszym zwiazku jak Ty ?
a moze cos sie stało??? miał byc w tym tyg. w niemczech... moze zapytac czy wszystko,ok? moze zle zrobilam kasujac go? ![]()
co znaczy 'tak wierzacy'?
moze byl bardziej ode mnie, nie wiem. ja tez nie bylam jakos az tak. tak to jest - jak trwoga to do Boga. teraz w tej rozpacz swojej bardzo sie do niego zblizylam ,zaczelam czytac to forum katolickie i tak sie zaczelo. wczesniej nigdy bym nie pomyslala zeby teraz sie jeszcze za niego modlic. wiedzialam ze powinna mchodzic w niedziele do kosciola, ale nie chodzilismy regularnie. on sam nigdy nie mial wielkiej potrzeby. ale wiem ,ze wiara to nie tylko wlasnie chodzenie do kosciola, tylko to jak sie ogolnie zyje, postepuje. i uwazam ze byl moralnie moze i lepszy ode mnie? ale wiem ze teraz Boga nie potrzebuje, zlekcewazyl sobie jego, sakrament no i mnie i cale nasze mazlenstwo.
M. gwarantuje Ci ze nic sie nie stalo. jakby cos sie stalo to czy pierwsze co robisz to piszesz opis na skypie gdzie jestes? nie martw sie o niego. nie pisz. wytrzymaj do jutra. jutro sprobujesz kolejny dzien.
kiedysbylam.... zazdroszczę Ci że możesz wierzyć w coś takiego...
ja niestety (wiem, że nie powinnam tak myśleć) boję się że będą razem szczęśliwi... że poprosi ją o rękę .... bo skoro ona się rozwodzi dla niego, a on skończył ze mną dla niej..
czasami mam taką ochotę (chociaż wiem że to głupie) napisać do jej męża, żeby wiedział jak wygląda sytuacja... zastanawiam się co on czuje... czy też mu tak źle... mają mediatora, wiec on chyba nadal nie chce tego rozwodu (chyba, bo na początku wiem na 100% że ie chciał)
(
p.s.
przepraszam, że tak piszę o sobie na Twoim wątku, dziękuję, że mi odpisujecie
kiedysbylam
my z jm byliśmy mocno wierzący, ale jak się zaczęło dziać źle to odpadł od razu, a może było odwrotnie najpierw odszedł a potem się zaczęło dziać. Tak to niestety jest, jak się sobie daje przyzwolenie na niemoralne zachowanie to potem idzie lawina a mając wiele na sumieniu nie jest łatwo wrócić do Boga.
M.
ale po co Ci to, po co się zadręczasz że ją poprosi o rękę, że z nią sypia. On Cię już nie powinien obchodzić (wiem, wiem mi tez jest źle z tym, że mój jm może mieć kogoś innego). Ty po prostu jeszcze go kochasz, zależy Ci dlatego cierpisz. Obojętność to jest stan docelowy, który musisz osiągnąć.
wiem... tylko kiedy to nastąpi...???
minęło już 5 miesięcy a ja nadal w tym tkwię po same uszy...
((
No jak co znaczy "tak wierzacy" kiedysbylam ![]()
Z Twoich opisow odnioslam wrazenie ze jestes "tak gleboko wierzaca" od dawna.
A skoro tak zalozylam to idac dalej tym tokiem, tez to ze meza sobie wybralas podobnie do siebie odczuwajacego sprawy wiary.
Tylko tyle, nic wiecej.
Teraz troszke inaczej to wyglada po Twoich wyjasnieniach ![]()
M. ja tez sie tego boje - ze moze jednak sie nie pomylil? moze bedzie z nia na stale, na powaznie, ze moze razem zamieszkaja. moze i tak byc. ale no to tymbardziej sie upewnie ze dobrze sie stalo jak sie stalo teraz, bo wtedy to oznacza ze naprawde nic do mnie juz nie czuje. Wiec widzisz- KAZDA JEDNA sytuacje probuje obrocic w cos pozytywnego. tlumacze sobie wszystko ale na swoja korzysc - niech sie spotyka, do woli!!! albo szybko zrozumie ze ona nie jest taka wspaniala jak mu sie wydawalo, albo go kopnie szybciutko, no albo w przeciwnym razie - tak jak pisalam, no to dobrze ze sie stalo teraz a nie za 2 albo 22 lata....
Stokrotka - dokladnie tak jak piszesz. jak ma sie cos na sumieniu to ciezko w lustro spojrzec, albo wlasnie zwrocic sie do Boga. jak w Wielkanoc teraz bylismy w kosciele razem, pierwszy raz od listopada (co za zbieg okolicznosci, ze jak zaczal z nia krecic to przestal ze mna chodzic) to nagle mowi mi ze mu duszno. no szok po prostu. zrobilo mu sie duszno, rozumiecie? nie dziwie sie... byl z zona w kosciele, ksiadz gada o milosci, zaufaniu i Bogu, a on od kilku miesiecy mnie zdradzal i pewnie chwile przed kosciolem pisal do niej milosne meile. nic dziwnego ze mu sie duszno robilo... dzien pozniej sie dowiedzialam - nawiasem mowiac.
M. - masz skypa - to swietnie
moze pogadamy pod wieczor, jak wroce do domu z pracy?
zawsze bylam wierzaca - to fakt. zawsze starala msie modlic, ale do pacierza dziennie sie to maksymalnie ograniczalo. do kosciola czulam poczucie obowiazku chodzic, mama cale zycie tak wychowywala, ale wlasnie sama nie bylam az tak praktykujaca. a skladajac przysiege tak naprawde nie wiedzialam ze tak zycie moze mi sie potoczyc i jakie sa tak do konca konsekwencje przysiegi malzenskiej. teraz sie ucze, dowiaduje wiecej, zagleviam sie w to wszystko. ale to nie jest tak ze ja taka swieta i wierzaca jestem... absolutnie ![]()
ech...
co do wiary to jego rodzice sąbardzo wierzący... on już nie, mnie też nigdy nie ciągnęło do kościoła (spotkałam kiepskich księży, a to co się działo u mnie w dzieciństwie nie polepszało sytuacji...) teraz znowu myślę, że może byłby to błąd, bo może miałby jakieś wartości?? chociaż czytając Wasze posty wiem, że nie miałoby to znaczenia... jednak nadzieja znowu pozostaje...
kiedysbylam skypa wysyłam na maila...
kiedysbylam
mam bardzo podobne spojrzenie do Twojego, też bardzo racjonalne. Psycholog wysnuł dobre wnioski, jak dziecko wrażliwe (bo taka jestem) było w stanie funkcjonować w domu dziadka despoty bez rodziców, musiało schować uczucia gdzieś głęboko. Taka jestem mega racjonalna. Ja płakałam przez pierwsze 3 miesiące, dzień w dzień potem zaczęłam się podnosić i teraz też jest lepiej. Czasem jest gorszy dzień i wtedy płaczę, ale generalnie nie jest tak źle. U psychologa płakałam może z raz odkąd chodzę, aż się zaniepokoił, ale twierdzi że uczucia mam tylko głęboko w sobie bo widzi, ze zmieniam ton głosu jak mu opowiadam o tym co czuję. Teraz uczę się wyrażać te uczucia w stosunku do moich dzieci, z synem jest łatwiej, jest bardzo ciepły, przytulanka, z córką trudniej, zimna, zamknięta, wychowywana przez teściową swego czasu...to wszystko tłumaczy.
M.
czy chodzisz na terapię? Czy pracujesz co robisz? Widzisz ja mam taki plan dzisiaj wieczorem żeby wreszcie usiąść samemu i pomyśleć co chcę robić w samotne wieczory, może doszlifuję angielski, może odświeżę rosyjski, może znajdę fajną książkę, itd. byle by nie myśleć, odsunąć ten koszmar.
No to jak to kiedysbylam ?? ![]()
A przekreslasz przyszlosc patrzac na nia po przez wiare ( mylalam ze tak gleboka ze az strach )
Troche nie rozkminiam, przyznaje bez bicia ![]()
A kosciol ? Kosciol swoje stanowisko zmienia tez w roznych kwestiach na przestrzeni lat.
Ale Ty nie zmieniaj ... twarda badz ![]()
Sorry, troche sie z Toba podroczylam dla rozladowania napiecia
z nadzieja ze Cie nie urazilam...
heh, no bo to wszystko takie mega skomplikowane jest tak naprawde...
nie wiem co bedzie. zycie, czas pokaze. nie ma za daleko co wybiegac. dzisiaj, jutro, ewentualnie weekend - to maksymalne moje plany.... bardzo dobrze jesli chodzi o te plany na te dlugie, bo letnie, samotne wieczory. trzeba pomyslec. ja dzisiaj np wlasnie chcialam z M. pogadac na skypie, ale jesli jeszcze ktos chetny to mozemy jakas konferencje mala zrobic ?:) ksiazka? tez dobry pomysl. ja cos o tancach jakis myslalam... albo o porzadkach takich gruntownych, zeby codziennie cos zrobic, ale takie sprzatanie od A do Z - np jedno polke dziennie w kuchni ogarnac.
wszystko lepsze niz myslenie... nawet to pisanie nasze jest juz lepsze, mimo ze temat sie jakby przewija, ale cos robimy, wymieniamy sie pogladami, nie siedzimy bezczynnie i myslimy co moj pan albo byly pan teraz robi
ale ja sie dzisiaj obijam w pracy... uhhh az wyrzuty sumienia mam ![]()
Takie generalne porzadki zostaw sobie na czas jak Twoj m sie wyprowadzi.
Od razu posprzatasz po nim ![]()
Taniec super pomysl, mowie z wlasnego doswiadczenia ![]()
126 2013-05-16 15:27:53 Ostatnio edytowany przez kiedysbylam (2013-05-16 15:29:03)
oj tak, wiem ze takie naprawde generalne porzadki to dopiero przede mna, jak juz sie wyprowadzi... mamy wielka szafe, bede mogla sie rozwalic ze swoimi rzeczami, pewnie bedzie trzeba cos dokupic zeby ja zapelnic
moze jakies male przemeblowanko albo cos. troche rzeczy wiadomo, zniknie wiec wszedzie sie luzniej (zeby nie powiedziec pusciej) zrobi.
kurcze jutro mam obserwacje swojej lekcji przez 'przelozona' i jeszcze nie dokonca porzadnie zaplanowane wszystko. no i troche stresa mam, ale juz i tak nie tak jak kiedys... bedzie co bedzie... tylko czasem wciaz mysle sobie ze nikgdy bym nie pomyslala ze mi przyjdzie uczyc dzieci w szkole nie w swoim ojczystym jezyku ![]()
Ha !
Wiec nie wymyslaj przyszlosci bo na pewno sie pomylisz ![]()
M. jak tam? troche lepiej? nie mysl juz o tym jego Ladku.... nie wiesz i nie dowiesz sie co robi, z kim jest, po co i dlaczego... pomysl co Ty mozesz zrobic? dzisiaj, jutro.... odezwe sie ok 19-20 ![]()
129 2013-05-16 18:11:44 Ostatnio edytowany przez M. (2013-05-16 18:15:30)
Lepiej... to była kolejna z tych małych chwil która sprawia, że się rozpadam, wpadam w panikę, nie poznaję swojego ... i pytam dlaczego... (przecież powiedział, że będzie w Niemczech... przecież miał zadzwonić...)
wiem, że nie jestem już (niestety) najważniejsza w jego życiu osobą (czasami zastanawiam się czy wogóle byłam ważna skoro tak postępuje teraz) jednak to co robi nie pasuje mi do niego jako do osoby którą znałam...
Dzięki, że jesteście...
stokrotka1978 - tak, chodzę do psychologa i kiedyś też byłam silna i opanowana, analizowałam wszystko 10 razy i nie robiłam niczego jak nie byłam pewna wyniku... jednak chyba (a właściwie na pewno) zbyt mocno oparłam swoje życie na nim... na tym, że tyle już ze sobą jesteśmy i tyle przeszliśmy więc zawsze będziemy już razem (teraz tak sobie myślę), a tu taka niespodzianka...
tak, pracuję (na szczęście!) i tak jak kiedysbylam dzisiaj raczej mało co zrobiłam
no ale cóż nie zawsze trzeba być wydajnym w 100%
moje sposoby na "nie myślenie" - porządki (chociaż patrząc na to co mam teraz w pokoju to ktoś mógłby powiedzieć, że bardzo rzadkie...), youtube (można znaleść dużo różnych filmów), internet - a teraz Wy ![]()
Niestety na nic bardziej kreatywnego nie potrafię się zmusić...
kiedysbyłam... hmmm to dzisiaj chyba niewiele pouczyłaś
dzieci pewnie były zadowolone... swoją drogą to fajnie tak władać biegle 2 lub więcej językami ...
M.
pisałaś że pochodzisz z domu alkoholowego, ja tu widzę jakieś syndromy DDA a z tego bierze się też KKZB. Tak, za bardzo oparłaś się na nim, był Twoim życie, przypuszczam, że Cię dowartościowywał. Masz też potrzebę kontroli jak widzę (ja też to mam), jak człowiek czuje się niepewnie, ma niskie poczucie wartości to kontrola daje ułudę bezpieczeństwa. Czy kontrolowałaś go w związku? Ja uważam, że musisz skupić się na sobie, na tym co czujesz, jak odbierasz ten były związek, jakie masz problemy, to jest pójście do przodu i zrozumienie siebie i nauka, żeby się w podobne g... nie wpakować. Co mówi Twój psycholog, bo 5 miesięcy to już długo, czy często miewasz takie stany, czy to tylko chwilowe?