Dziewczyny, trudno to przyjąć do wiadomości, ale według prawa, picie, nawet nadmierne nie jest przestępstwem, ani nawet wykroczeniem.
Na ścieżkę sądową Komisja d/s rozwiązywania problemów alkoholowych (jest w każdym mieście i gminie) występuje wtedy, gdy są udokumentowane dowody łamania porządku prawnego, interwencje policji, obciążający wywiad rodzinny, demoralizacja dzieci, niełożenie na rodzinę, awantury itp.
Ja pracuję w takiej komisji. Przyjmujemy do zbadania każdy wniosek, ale nie opieramy sie tylko i wyłącznie na tym co mówi żona. Musimy zebrać opinie od policji, Gops-u, izby wytrzeźwień, biegłych psychiatrów i psychologów. Rozmawiamy też z osobą, której wniosek dotyczy, o ile się zgłosi na wezwanie.
Rzadko, ale się zdarza, że nie możemy skierować sprawy do sądu. Człowiek spokojny, cichy, pracujący i łożący na rodzinę, nikt do niego nic nie ma, po prostu po pracy siada i pije. Żonie się to nie podoba z oczywistych względów, ale to za mało by pod przymusem wsadzić go na odwyk.
Czasem też biegły psychiatra w swojej opinii pisze, że leczenie jest niemożliwe, bo skutki 40-letniego pijaństwa są tak głębokie, że nie jest w stanie intelektualnie sprostać terapii. I ten ktoś nadaje się do zakładu opiekuńczego, a nie na leczenie.
I tak, nie ma w Polsce takiego prawa, żeby zmusić kogoś do LECZENIA. Można zmusić do POBYTU w placówce leczniczej, ale na TERAPIĘ musi pacjent wyrazić zgodę.
Terapia to udział w grupach terapeutycznych, spotkaniach z psychologiem i terapeutą, pisanie prac, czytanie je na grupie, udzielanie informacji zwrotnych itd.
Ci, którzy nie wyrażają zgody na terapię, a znaleźli się na oddziale z przymusu, po prostu SĄ. Śpią, jedzą na koszt podatnika i zużywają powietrze. Nie mogą się wypisać na żądanie, ale oddział pozbywa się ich najszybciej jak się da. Bo to nie darmowe wczasy, a ponad to mają zły wpływ na tych pacjentów, którzy chcą się leczyć. No i oczywiście zajmują miejsce tym, którzy poważnie podchodzą do swojej choroby.
A wogóle to myślę, że chyba nie stać naszej służby zdrowia na to, żeby ludzi nie chcących się leczyć trzymać w cieplarnianych warunkach przez ileś tam tygodni, karmić i słać im łóżeczka.
Ja osobiście zrezygnowałabym z tego zapisu o przymusowym leczeniu odwykowym. Po co to? Efekty są mizerne, a kosztuje to krocie.
Pije i bije? Budzi wrzaskami dzieci w nocy? Nie daje na dom? Założyć sprawę o znęcanie się nad rodziną, sprawę o alimenty, ograniczenie czy odebranie praw rodzicielskich, separację, rozwód, rozdzielność majątkową, eksmisję i wszysto co się da. Gdy mu się skutki prawne zwalą na łeb, to sam poleci się leczyć.
Alkoholizm to szczególna choroba. To nie grypa, gdy się trzeba chorym opiekować, otulać kocykiem i podawać aspirynę.
Alkoholika trzeba kopnąć w przysłowiową d..., żeby się przewrócił. Wtedy dopiero nabiera chęci na zerwanie z nałogiem.
Pewnie, są przypadki cudownych "olśnień", ale rzadkie jak diabli. W 99,9% przypadków za decyzją alkoholika o podjęciu leczenia stoi kryzys. Żona może się do tego kryzysu przyczynić. Jak? Dowie się tego na terapii własnej. Albo w Al-Anon. Można tu sztampowo powiedzieć - nie prać, nie gotować itd, ale każda historia jest inna, każda kobieta ma inne możliwości i każda żyje w innych warunkach. W poradni uzależnień, gdzie jest program dla współuzależnionych, każda żona, matka, czy dorosłe dziecko alkoholika ma swojego terapeutę, który indywidualnie z nią/nim pracuje, także w temacie co można zrobić, żeby alkoholik/alkoholiczka poszli się leczyć.
Co do Autora wątku, trzeźwego alkoholika to też uważam, że zajmuje się nie tym co trzeba. Nie pije DOPIERO trzy lata z haczykiem. To bardzo krótko. I lepiej byłoby dla niego, gdyby na razie skupił się na SWOIM problemie, a nie na problemie współuzależnienia.
Dobrze gdyby napisał, CO jego osobiście zmotywowało do leczenia i co stracił z powodu picia. To mogłoby komuś pomóc.
Kiedyś byłam na zajęciach, w których uczestniczył "trzeźwy" alkoholik. Z wyżyn swojego EGO opowiadał jaka to jego żona pokręcona, że miota się, nie radzi sobie sama ze sobą, ale cóż, to WSPÓŁUZALEŻNIENIE. Wybitny autorytet w tej dziedzinie nie wytrzymał i dobitnie powiedział - Nie, to Twoje UZALEŻNIENIE. Przypomniał skąd się wzięło jej współuzależnienie, że gdyby nie on, to by kobieta problemu nie miała. Więc może niech alkoholicy nie pouczają żon innych alkoholików, bo to wyraz pychy. I jeszcze coś. Wolę wyrażenie "trzeźwiejący alkoholik" od wyrażenia "trzeźwy alkoholik". Trzeźwiejący wyraża pokorę, trzeźwy pychę. Bo co, dostał certyfikat na trzeźwość? Określenie "trzeźwiejący" mówi, że człowiek jest W DRODZE, dąży do celu, ale go jeszcze nie osiągnął. Zachowuje czujność, żeby iść do przodu i pokorę wobec choroby. Trzeźwy, to już rzecz skończona. Znam alkoholików, którzy tak uwierzyli we własną trzeźwość, że zapili po 20 latach abstynencji.