No to Wam jeszcze trochę ponudzę 
Co do kuchni albańskiej.
Albańska bardziej przypomina grecką kuchnię czy turecką niż inne kuchnie bałkańskie.
Są dania warzywne i mięsne, zazwyczaj mocno przyprawiane ziołami. Dużo jest owoców morza, ale to nie moja bajka więc nie próbowałam (za to mój mąż tak - małże, krewetki, kalmary i ponoć pyszne ryby).
Bardzo popularny jest "byrek" - rodzaj strudla (?) z różnym farszem: mięsem, serem, szpinakiem, pomidorami. Można go dostać prawie wszędzie, wprost na ulicy lub z jakiejś budki.
Niestety typowe albańskie dania rzadko są dostępne na wybrzeżu gdzie spędziliśmy większość czasu. Wszędzie pytaliśmy o takie dania i wszędzie (!) dostawaliśmy odpowiedź, że właściwie tego nie robią. Są po prostu nastawieni na turystów, przeważają dania włoskie.
Gdy wynajmowaliśmy pokój w Albańczyków, a nie w hotelu, to na naszą prośbę gospodyni ugotowała nam fasule czyli fasolę z kawałkami mięsa (jagnięciny) wraz z innymi warzywami (rozpoznałam pomidory, cebulę i paprykę). Bardzo smaczne.
Natomiast gdy byliśmy poza wybrzeżem, w Kruji (ponoć czasem nazywanej albańskim Krakowem, choć, dalibóg, ja podobieństwa nijakiego nie widziałam - bardziej rumuński Braszow może kojarzyć się z Krakowem) leżącej na zboczu góry Sarisalltikut (w górach Kruje), udało nam się zakosztować typowych dań albańskich: bezmięsnych gołąbków w liściach winorośli (lekko kwaskowy smak) oraz jagnięciny zapiekanej w cieście (nijak nie mogę sobie przypomnieć nazwy, zresztą nawet wtedy była dla mnie nie do wymówienia) - bardzo smaczne (już chyba o tym pisałam).
Próbowaliśmy także kurczaka smażonego z serem, ale smakującego zupełnie inaczej niż podobna (na pozór) potrawa w Polsce.
Ponieważ lubię eksperymenty kulinarne, wszędzie gdzie jeździmy, próbujemy lokalnej kuchni, nawet takich dań, które na pierwszy rzut oka budzą obawy. Właściwie to mogłabym wszystkiego spróbować. Jednego tylko wiem, że nie mogłabym - psa.
Dlatego chciałam spróbować specyficznych dań albańskich np. pace koke - czyli zupę gotowaną na owczej głowie czy kukurec czyli owcze jelita opiekane w ziołach. Niestety nie było mi to dane. Nie wiem, może źle pytałam albo w tych miejscach tego nie podają.
Albańczycy parzą pyszną kawę, co jako zdeklarowany kawosz umiem docenić. Zwłaszcza kawę po turecku (kafe turka), która nie ma nic wspólnego z parzeniem po turecku (?) jakie odbywa się w Polsce. Parzy się ją w odpowiednim tygielku (mosiężnym lub miedzianym) z długą rączką. Wsypuje się do niego kawę (i ewentualnie też cukier jeśli ktoś pije słodką) i zalewa wodą. Nie można dopuścić do zagotowania, zdejmuje się z ognia gdy pojawia się piana. Tradycyjny sposób wymaga kilkakrotnego doprowadzenia do tego stanu (powstania piany). Przynajmniej tak zrozumiałam jednego Albańczyka (właściciela restauracji w centrum Albanii), który tłumaczył nam sposób parzenia. Oczywiście tłumaczył po albańsku (z użyciem górnych kończyn) więc mogłam niezbyt dobrze zrozumieć. Na koniec dorzucił nam jedno opakowanie kawy. Będę próbowała sama taką zaparzyć (w tygielek się już zaopatrzyłam), pewno z mizernym skutkiem.
Gotową kawę (w małych filiżankach) podaje się bez fusów, co uzyskuje się zapewne delikatnie wylewając z tygielka. Jest mocna i aromatyczna. Czasem do kawy dodaje się cynamon lub kardamon.
Znakomita jest też kawa z ekspresu.
W ogóle na Bałkanach tradycyjnie parzą znakomitą kawę, co jest zapewne wynikiem wpływów tureckich.
Jedynie w Serbii piliśmy podławą lurę.
Przejechaliśmy całe wybrzeże. Zaczyna się już komercjalizować. Tzn. coraz więcej hoteli, mnóstwo jest w budowie.
Wybrzeże jest przepiękne jeśli chodzi o ukształtowanie. Góry o wysokości ponad 2 tys. metrów schodzące do samego morza. Morze niesamowicie ciepłe (kąpaliśmy się zarówno rano jak i w nocy), kolor często szmaragdowy, woda bardzo czysta. Duże zasolenie wód, a zatem pływanie nie wymaga dużego wysiłku 
Geograficznie kraj ma dużo zalet. Są tu zarówno góry (w tych najwyższych nie byliśmy), jak i właśnie piękne wybrzeże z palmami i bananowcami (byłam zaskoczona) rosnącymi na plaży. Piękne gaje oliwne.
Zabytków jest mnóstwo i to z różnych okresów: helleńskiego, rzymskiego, bizantyjskiego, weneckiego czy otomańskiego. Udało nam się tylko niektóre zobaczyć.
Nocowaliśmy zarówno w hotelach jak i w prywatnych kwaterach.
Albania jest brudna i zaniedbana 
Wszędzie mnóstwo śmieci, nawet w centrum miast.
Ludzie są bardzo życzliwi. Oczywiście na wybrzeżu, które jest już nastawione na turystów, uprzejmość jest niejako "z urzędu", ale poza wybrzeżem spotykaliśmy się z dużą serdecznością i zaciekawieniem z ich strony.
Na koniec opowiem przygodę "graniczną".
Kiedy wracaliśmy m.in. Serbię ( a jak wiadomo, Serbowie Albańczyków nie kochają - z powodu Kosowa), to na granicy, gdy okazało się, że jedziemy z Albanii, odstawili nas na bok (z kilkukilometrowej kolejki), wybebeszyli cały samochód, potem wzięli go na kanał i jakby jeszcze było mało, to następnie wzięli go na prześwietlenie rentgenem. Dobrze, że mój mąż w takich chwilach zachowuje zimną krew, bo jak ja bym zaczęła coś gadać to pewno do dziś tam jeszcze bylibyśmy.
Jak trochę mi odpuściło, to pogadałam sobie z tymi celnikami (w czasie gdy inni sprawdzali samochód) - znali angielski - gdzie tłumaczyli, że to dla nich rutynowa procedura dla samochodów jadących z Albanii i w 60 % (jak twierdzili) "coś" w samochodach znajdują.
"Co" tego nie powiedział, potwierdził, że chodzi o narkotyki ale jeszcze o "coś". Mogę się tylko domyślać, że pewno także o broń.
Do teraz nie wiem, czy wyglądaliśmy tak groźnie, czy wręcz przeciwnie - tak poczciwie
Granicę przekraczaliśmy bite 6 godzin, ale nie tylko z powodu kontroli serbskiej. Głównie z powodu Węgrów, a raczej ich sposobu odprawiania innych, bo nasza odprawa trwała 15 sekund!